224 obserwujących
2246 notek
4017k odsłon
  2084   5

Promem przez Wisłę

I znowu jesteśmy nad królową rzek polskich. Nie sposób ją ominąć w drodze z zachodu na wschód. A i podróż w górę lub w dół dostarcza niemało atrakcji. By wprowadzić odpowiedni, wiślany nastrój, notka przypominająca sprzed dwóch lat. Podróż z pól Lubelszczyzny szlakiem spławianego  do Gdańska zboża. Bo jak mawiają klasycy blogerskiego gatunku: po to się ma dorobek, by z niego w odpowiednim momencie skorzystać. 

image

Prom z Kazimierza do Janowca 

Smutek jakowyś pod sercem mi się zagnieździł kiedym się w poprzek Wisły pod Kazimierzem przeprawił. Smutek, że tak tu pusto, że ruch na wodzie żaden. Jeno ten prom do Janowca i jakiś stateczek białej floty, pyrkoczący pod Kazimierzem w dół i w górę Wisły. To wszystko. 

Nasz stosunek do Wisły jest dziwaczny, z jednej strony królową naszych rzek nazywamy, a jednocześnie tyłem do Wisły stoimy. Spójrzmy choćby na Wisłę w Warszawie, nie zobaczymy podobnego obrazka w żadnej europejskiej stolicy. Po praskiej stronie niemal przedsionek " amazonki " gąszcz nie do przebycia. W ubiegłym roku przeszedłem praskim brzegiem od mostu Poniatowskiego aż za most Siekierkowski, po czym przeprawiłem się łodzią do Wilanowa.

Brzeg Wisły w stolicy to busz, a na rzece ruchu żadnego. Poza regularnie kursującą łodzią między Wałem Miedzeszyńskim, a plażą Zawady żadnej pływającej jednostki, nawet pływającej rekreacyjnie. Dzika rzeka w środku europejskiej stolicy. Łachy, łęgi, łozy i kozy. Nawet kozom lekko tu nie jest, bo włodarz stolicy nie zadba, a z piachu pożytek jeno piaskarze mają i Gierymski Aleksander. Bo obraz swoją cenę obecnie ma. Zatem i kozy zdychają, bo z rzeki wyżyć nie mogą. Wisła tymczasem toczy swe wody leniwe i pożytku z tego nie ma żadnego. Zmrużyłem tedy oczy i przywołałem obrazy jak drzewiej tu bywało. Jakim to rdzeniem naszej gospodarki była Wisła w czasach Jagiellonów, podczas dwustuletniego, mocarstwowego epizodu w naszej historii. Jaki tu ruch był, jaki rejwach w kazimierskim porcie. Już to skrzypią szkuty załadowane zbożem w swojej drodze do Gdańska. W Kazimierzu w czasach największej prosperity funkcjonowało ponad 100 spichlerzy, z czego kilka zachowanych - z innym dziś przeznaczeniem - zaświadczają o dawnej wielkości i skali obrotu gospodarczego generowanego przez rzekę.

image

Kazimierski spichlerz 

Cóż tedy w " ryzy " w dół Wisły chodziło ? Podstawowymi jednostkami kołyszącymi się wzdłuż gdańskiego i krakowskiego traktu w Kazimierzu, były oczywiście szkuty. Łodzie poważne, zrobione w zgodzie ze szkutniczym rzemiosłem. Burty grube na 6 cali, maszty i całkiem liczna załoga, 16 - 20 flisów, na czele z szyprem, najważniejszą po armatorze osobą na szkucie. 

Do tego przydał rzemieślnik uczony

Z oblego drzewa tak maszt wyniesiony,

Iż sterczy k'niebu z zawiesistą reją,

 Gdzie wiatry wieją. 

Właścicielem szkuty był z reguły bogaty szlachcic, który czasem puszczał się w " ryzę " do Gdańska, by zasmakować wielkiego świata i interesu dopilnować. Jeśli wierzyć znanemu ówczesnemu, niezawisłemu blogerowi, wiernemu prawdzie Janowi Chryzostomowi Paskowi, który takie podróże odbywał, rejza taka przy " chyżej wodzie " brała dni osiem. A Wisła rzeka kapryśna, mam tu przed sobą, pomiary " chyżości " wody za rok 1904. W dwóch następujących po sobie miesiącach : 12, 25 września i 15 października prędkość Wisły wynosiła odpowiednio - 0,41 m/s , 0,71 m/s i 0,84 m/s. Równie ważny dla ówczesnych flisów, zwanych też spławnikami był poziom Wisły. Tu też jak na rzekę całkowicie dziką wahania poziomu wody są spore. W 1901 roku odnotowany w Zawichoście średni stan rzeki wynosił 138, natomiast najniższy w październiku 70, a w czerwcu aż 382. Trzeba tedy było puszczać się do Gdańska z wiosną, kiedy tylko kra zeszła. Tak też najwięksi, najbardziej przedsiębiorczy śmiałkowie ruszali w dół Wisły. Tak o tym opowiada niejaki Sebastian Klonowic, nasz znamienity lubelski poeta. 

Bo kiedy flis zasmakuje komu 

Już się na wiosnę nie zastoi w domu 

Już ciecze ze krą do Gdańska w komiędze 

                                boi się nędzę.  

Ruszali wczesną wiosną przy wysokim poziomie wody. Szły " w kolei " czyli w konwojach, szkuty i półszkuty. " Frocht " bardzo poważny, bo 25 - 45 łasztów zboża z kazimierskich spichlerzy. Policzmy : Łaszt polski, miara objętości = od 3 do 3,8 m3, tona zboża to ok 1,5 m3, zatem łaszt to ok. 2 ton. Widzimy, że ładunek poważny, ciężki, szli jednak pewnie prowadzeni przez retmana, znającego rzekę jak zły szeląg. Cieszący się najwyższym wśród flisów przestiżem retman, szedł przodem na mniejszej łodzi, wtykając w miejsca niebezpieczne łoziny, znacząc szlak dla sztabnika i sternika. 

Wszystka myśl flisowa na Wiśle pływa 

za swoim retmanem jak za hetmanem 

Warunki pracy na szkucie były trudne, szlak wiślany pełen niebezpieczeństw. Flisacy spali pod gołym niebem, w drodze powrotnej mieli większy komfort, choć żegluga pod prąd, " z wiatrem w oko " łatwa nie była. Jednak nie pełniący wachty mogli choć wyspać się na słomianych matach, którymi wykładano ładownie, co zapobiegało zaparzeniu, czy zawilgoceniu ładunku. Szły tedy szkuty w dół i w górę Wisły wśród pokrzykiwań sternika przy " rudlu " i pokrzykiwań " sztabników " i " podsztabników " na dziobie szkuty ( sztaba ) Sztabnik musiał mieć doświadczenie i wiedzę. Przyjętemu na termin tzw " roczniakowi " na pewno na sztabie wachty nie wyznaczano.

Lubię to! Skomentuj36 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości