Gdyby w angielskim kalendarzu zlikwidować weekendy, święta państwowe, swięta kościelne i pozostałe, lokalne historyczne eventy, to nacja zamieszkująca Wyspy Brytyjskie, już w czwartym pokoleniu, podzieliłaby los innych wymarłych kręgowców. Anglicy mają niespotykaną wśród innych narodów potrzebę zabawy w każdych okolicznościach. Dlatego też, dla podniesienia morale narodu, po skończonym weekendzie, już w poniedziałek, przed niektórymi sklepami wystawia się planszę z napisem : jak to dobrze, że już w piątek zaczyna się weekend.
Jeśli ktos poszukuje idealnego wzorca Homo ludens, to Anglik do tego wzorca pasuje najbardziej. Tu krótka informacja dla czlonków PSL : Homo ludens to nie jest człowiek oddający głos na ludowców, tylko człowiek bawiący się. Człowiek oddający głos na ludowców, dzięki innowacyjnym wynalazkom PSL, już wkrótce w ogóle nie będzie potrzebny. Ta Anglików skłonność do zabawy może mieć czasem skutki opłakane.
To przydarzyło się pewnej dziewczynie z Londynu, która korzystajac z Tweetera zaprosiła " wszystkich " na swoje urodziny. Przyszło coś koło czterech setek gości. W typowym angielskiem Terraced house, w living roomie, można pomieścic ok 10 gości lub 25, bez prawa do siadania na czymkolwiek. Pozostała - rozgoryczona - część gości urządziła zamieszki na ulicy solenizantki i na dwóch sasiędnich ulicach, demolując przy okazji ten niegościnny dom. Zapraszanie gości na urodziny to w Wielkiej Brytanii bardzo odpowiedzialne zadanie.
Nie zawsze to umiłowanie zabawy kończy się aż tak drastycznie, czasem ma finał tragikomiczny, jak w przypadku pewnej dziewczyny z hrabstwa Kent, która z przyjaciółmi udała się na koncert rockowy gdzieś na podmiejskie błonia. Wielka Brytania z powodu swojej wyspiarskości jest dość mocno nasiąknięta wodą, w wypadku ulewnego deszczu nasiąkliwość gleby ulega zwielokrotnieniu. Dziewczyna była na wózku inwalidzkim, przyjaciele rozbiegli się w poszukiwaniu ulubionej machorki posła Palikota, zostawiając dziewczynę blisko sceny. Wówczas zerwał się ulewny deszcz, koncert przerwano, widzowie się ewakuowali. Dziewczyna również chciała się ewakuować, niestety, na przeszkodzie stanęła nasiąknięta gleba. Wózek zarył w bagnisku po osie i dziewczyna na wózku stała samotnie w strugach ulewnego deszczu jako element surrealistycznego krajobrazu, dopóki jej czterej ochroniarze, po dwóch godzinach, nie odessali z bagniska. Dwóch ochroniarzy to za mało, dziewczyna ważyła bowiem statystyczne 250 funtów.
O Stag party i Hen party, czyli o wieczorze kawalerskim i panieńskim nie warto nawet wspominać ponieważ udział w nich jest dla Anglika obowiązkiem, bez mała, służbowym. Jest tym czym dla nas wieczór wigilijny. Zabawy w czasie takich wieczorów czasem wymykają sie spod kontroli i wtedy w prasie toczy sie dyskusja czy nie zakazać prawnie tego typu zabaw. Uczestników takich przyjęć łatwo wyłapać, ponieważ z reguły ubrani są jednakowo, jednak skazanie kogokolwiek z paragrafu o zakazie Hen party, stworzyłoby precedens i po następnym weekendzie należałoby skazać większość uczestników zwykłych weekendowych wypadów do pubu. Ponieważ ich zachowanie nie odbiega od zachowania uczestników Stag party i Hen party. Przypadkowo uczestniczyłem w Hen party, które zaczęło się już ekspresie relacji Manchester - Edynburg. Steward rozwożący posiłki i drinki odwiedził nasz wagon dwukrotnie, a potem został już na stałe urządzając sobie u nas filię Warsu. Gdyby pociąg jechał do Aberdeen pan młody dostałby pannę młodą na gotowo i jedyne co mógłby zrobić to zaprowadzić ją po 3 miesiącach na USG, a potem radować się własną skutecznością.
Anglicy uwielbiają bale przebierańców, realizują w ten sposób odwieczną ludzką potrzebę bycia kimś innym niż jest się w życiu realnym. Może to wynikać z lektury powieści " Książe i żebrak " z tego niezadowolenia, że jest się księciem i z tego przykrego doświadczenia bycia żebrakiem. W związku z tym zamiłowaniem do maskarad w każdym mieście jest wypożyczalnia kostiumów, a w powiecie sąsiadującym z moim powiatem jest największa na Wyspach wypożyczalnia mundurów Wehrmachtu, bowiem całe miasteczko w pierwszy weekend maja bawi się w wojnę. Jedni przebierają się za Niemców reszta za Aliantów, a kobiety za damy lub przyfrontowe pielęgniarki. Można sobie nawet wypożyczyć mundur Hermanna Göringa, oczywiście za buławę i ordery płaci się osobno. Na mnie ten mundur pasuje jak ulał, jednak dzienna opłata 60 funtów to za drogo za wcielenie się w rolę marszałka Rzeszy. O wiele tańsze są dziecinne mundury żołnierzy Wehrmachtu, na mnie jednak zbyt ciasne. Tu pewnie bystry czytelnik zauważy, że nie było w czasie wojny dziecinnych mundurów dla Wehrmachtu. Otóż były, bowiem ci durni niemieccy generałowie posyłali pod koniec wojny młodych chłopców wprost pod sowieckie lufy. Ba, oni poszli nawet dalej, zgodnie z tym co twierdzi Stuhr - junior. Niemcy podobno przybijali dzieci do wież oblężniczych pod Stalingradem. Horror. Wiedza o tym, że Niemcy kochają mundury była już powszechnie znana przed wojną, o czym świadczy poniższa angielska anegdota z 1936 roku, którą chcę przytoczyć jako przerywnik.
Brytyjski wysoki urzednik Foreign Office pojechał na olimpiadę do Berlina. Zgodnie z dobrym dyplomatycznym zwyczajem przydzielono mu równego rangą urzędnika Auswärtiges Amt, który służył za przewodnika po obiektach olimpijskich. Już pierwszego dnia Brytyjczyk zauważył, że wszyscy Niemcy chodzą w mundurach. Recepcjonistka w hotelu i odźwierny, tramwajarz i konduktorka, młodzi chłopcy, których gdzie indziej nazywało się harcerzami lub skautami. Także babcia klozetowa i sędziowie olimpijscy. Widząc to wszystko pragmatyczny Brytyjczyk pyta swojego cycerona :
- Sir, nie uważa pan, że Wehrmacht powinien chodzić w cywilnych ubraniach, aby było widać kto jest żołnierzem. Tyle przerywnik - anegdota.
Czy taka zabawa w wojnę to poważne zajęcie dla poważnych ludzi ? Pozornie nie, jednak z punktu widzenia budżetu gminy już tak, ponieważ dochód z imprezy i wpływy z biletów za przejażdżki zabytkowym pociągiem oraz eszelonem to ok. 9 milionów funtów. Jednak nie zawsze takie zabawy w przebierańców są dochodowe.
Na pewno nie były dochodowe dla Juliusza Cezara. Historia Juliusza Cezara zaczęła się od dziwnego wezwania na manchesterski numer alarmowy. Zdenerwowana kobieta prosiła o przysłanie karetki i radiowozu do rannego Juliusza Cezara. Niecierpiący żartownisiów operator telefonu alarmowego, postraszył kobietę odpowiedzialnością karną za wprowadzanie w błąd i za nieuzasadnione wezwanie pogotowia do jakiegoś Juliusza Cezara. Kobieta jednak okazała się bardziej krewka niż zwykle, więc operatorowi oberwało się od " ciemniaków " który nie chodził do szkoły i nie wie kim był Juliusz Cezar. Tymczasem Juliusz Cezar ocknął się, nie było z nim Brutusa, więc przeżył. Widząc co się święci, majac świadomość, że za chwilę zjawi się policja, zatrzymał samochód " na łepka " ( cesarzowi się nie odmawia ) i nawiał z miejsca wypadku. Został odnaleziony w szpitalu, w trakcie gipsowania. Ponieważ był całkowicie bezbronny bowiem gladius i tarcza została na izbie przyjęć, został aresztowany z powodu jakiegoś głupiego 1,7 promila, oraz spowodowanie wypadku drogowego. Nie mają tu szacunku za grosz dla Imperatorów, przecież nie codziennie jest się Cezarem. Szpitalne zdjęcie Cezara w lokalnej gazecie nie świadczyło bynajmniej, że jest nieszczęśliwy z powodu kary jaka go spotka. Miał to o czym marzył, został pięciominutowym celebrytą, a dla swoich kumpli już do końca życia będzie super fellow, który nawiał gliniarzom jako Juliusz Cezar.
Takie lud tutejszy uskutecznia sobie zabawy, które z każdym dniem są coraz intensywniejsze i tak już będzie przez Bożenarodzenie, Sylwestra, Nowy Rok i cały karnawał. A przecież nie tak dawno bo 5 listopada było Bonfire - swięto ognia - dzień w którym każdy Anglik ma w oczach zapalniczki i podpaliłby wszystko co nie jest z żelazobetonu. Jak dzieci. Właśnie, a gdzie w tych wszystkich zabawach dzieci ? Mają i one swoje święto na przełomie listopada i grudnia. W większości brytyjskich miast odbywa się Big Christmas Lights Switch On, czyli oficjalne zapalenie światełek i oficjalne ogłoszenie przez miejscowego włodarza ( Copyright©Stary ) sezonu świątecznego. To bardzo przyzwoity, grzeczny event, w sam raz dla dzieci. Zaczyna się od wjazdu pod Town Hall sań, które z powodów praktycznych są na kołach. Sanie są ciągnięte przez renifery, a renifery - znowu z powodów praktycznych - ciągnie Toyota Land Cruiser. Na saniach według starszeństwa siedzą : Santa Claus, Mayor of ..., oraz miejscowy proboszcz. Potem jest zabawa i na koniec jakaś miejscowa sława, np. osoba która zrobiła karierę w Londynie, włącza bożonarodzeniowe światełka. Potem fajerwerki. W tym roku przyszło ponad 4 tysiące ludzi z dziećmi. Ja byłem po raz pierwszy z wnuczką. Było przyzwoicie, tym bardziej, że jestem w trakcie odnowy moralnej.



Komentarze
Pokaż komentarze (92)