Do biblioteki, której jestem wyrachowanym członkiem, zastrzeżeń generalnych nie mam. Wszystko jest ok: Sucho, ciepło, kurtyna powietrzna pracuje bezszelestnie, a cisi ludzie krążą między regałami pełnymi książek. Mógłbym oczywiście wprowadzić jakiś ferment w tym bezgłośnym świecie. Wystarczyłoby, żebym podgiął szpaltę " czytanej " gazety, która wówczas zaczęłaby furkotać jak pierwszomajowa szturmówka. Tylko po co robić Angolom pierwszomajowy pochód w październiku ? Nie robię tego, choć ta cisza przerywana czasem szuraniem butów, staruszków zmierzających do czytelni, jest porażająca. Nazywają ich tu " suwakami " czyli " zipami " Wiem, że to nie jest szczyt humanizmu, ale jak sobie pomyślę, że już wkrótce nasz VIP - Radek zostanie ZIP - Radkiem, no to serce rośnie.
Jestem człowiekiem dość aktywnym, ciągle w ruchu, zawsze gdzieś między hałdą żeliwa a hałdą metali nieżelaznych, by za chwilę jak duch pojawić się między pryzmą nierdzewki, a stosem zezłomowanych akumulatorów. Jak to na skupie złomu. Dlatego nudzi mnie ta biblioteczna cisza i ten bezruch. Straciłem już nadzieję na jakąkolwiek akcję w tym zastygłym świecie. Do dziś. Dziś w naszej miejskiej bibliotece rozegrały się sceny jak z filmu " Szklana pułapka " bądź z jakiejkolwiek innej hollywoodzkiej produkcji z gatunku filmów akcji. Do wyboru.
Awantura wybuchła przy stanowisku komputerowym nr 4 - Fast Acces. Ten rozdzierający biblioteczną ciszę krzyk był tak niezwykły, że kijek z The Guardianem prawie wypadł mi z rąk, a strumień gorącego powietrza o mały włos, a odzyskałby kontrolę nad swoim biegiem. Krzyczała kobieta, sądzę że Polka - krzyczała po angielsku z polskim akcentem. W kontrze darł się również Słowakocyganin, którego znałem nie tylko z widzenia. Sprzedałem - jego koleżce - dwa lata wcześniej mój pierwszy angielski samochód. Sprzedałem za połowę oferowanej ceny, bowiem modus operandi Słowakocyganinów kupujących samochód jest następujący: przychodzą przed dom w dwunastu albo i więcej ich. Zależy od szerokości ulicy. Zaczyna się nabożeństwo zakupu samochodu. Najpierw zaczynają wydziwiać, oglądają, robią wykresy tłumienia amortyzatorów skacząc na zderzaku, stukają w wydech, próbują " przybić piątkę " ale nie za cenę z kartki umieszczonej za szybą tylko za 1/3 wartości. My jednak jesteśmy kupcami, którym brew nie dryga i nie ustępujemy. 12 Słowakocyganinów mówi - Ciao ! i odchodzi. Odchodzą do bramki po czym zawracają. My w tym czasie jesteśmy w połowie drogi między autem a living roomem. Wracamy. Oni nam tłumaczą jak koniowi w munsztuku, że ten samochód im pasuje, ale nawet gdyby wszyscy złożyli się do kupy to i tak im nie starczy. No to przyjdźcie w dwudziestu pięciu i się złóżcie - odpowiadamy - jak rasowi kupcy i brew dalej nam nie dryga. Oni odchodzą za bramkę my idziemy do living roomu, bo za chwilę zacznie się program Tomasza Lisa, który jak to rasowy dziennikarski lis, zacznie nas znowu cyganić. Oczywiście razem z Karolakiem, który jest jak wiemy też niezłym Cyganinem, choć nie rasowym - chyba naturalizowanym - przez co cyganiącym bardziej prymitywnie, niż jego guru Tomek - szpec od lutowania garnków i bielenia kotłów.
Kiedy już łapiemy za klamkę Słowakocyganinowie zawracają i zapraszają do kolejnej rundy negocjacji. Wracamy. Oferowana cena wzrasta. To oni oferują cenę, nie my, co nas wkurza i nasza lewa brew ulega usztywnieniu. Odchodzimy. Kupiec musi być kupcem. My szczęśliwi, że możemy wreszcie wrócić przed telewizor biegniemy w stronę living roomu. Bramka skrzypi Słowakocyganinowie również wychodzą tylko po to, by wrócić, skrzypnąć bramką po raz drugi i zaprosić nas do czwartej rundy negocjacji. Normalne negocjacje jak między Angelą Merkel, a Grecją. Nerw puszcza, a brew się luzuje. Niech was wszyscy diabli, bierzcie to auto za połowę ceny oferowanej na kartce za szybą. Wszystko przez żonę, która zagroziła, że jeśli nie wrócę za 5 minut to ona przełączy Tomka Lisa na Magdę Gessler. Tym sposobem za bezcen - przez cholernych polskich, tandetnych celebrytów - oddałem Słowakocyganinom moje całkiem przyzwoite niemieckie auto, którym niejeden Grek mógłby jeszcze jeździć parę lat po Salonikach jako taryfiarz.
Stąd wiedzialem, że awanturę przy stanowisku nr 4 wszczął Słowakocyganin, a nie Angloafrykanin czy też może jakiś Azjoanglikanin. Określeń nacji używam poprawnych i zgodnych z dyrektywą Unii, więc panie Admin nic nie masz tu pan do roboty. Już ja się na tym znam bo jestem zapisany do biblioteki i jak to mawiała moja sąsiadka nie jestem w ciemno bity. Ciąg dalszy nastąpi, ale jak wrócę do normalnego posturlopowego świata. Do pojutrza.



Komentarze
Pokaż komentarze (60)