27 obserwujących
209 notek
200k odsłon
  705   8

Rosja, Niemcy i kwestia polska

Buńczuk
Buńczuk

Pewne, marginalne na szczęście polityczne środowiska w Polsce, mieniące się „prawicowymi” przejawiają atawistyczną, wyciągniętą ze źle odczytanych pism Dmowskiego, przetrawionych przez peerelowski PAX i Jędrzeja Giertycha (który jeszcze w 1988 pisał, że jest za Paktem Warszawskim, tylko nie za socjalizmem) prorosyjskość. Jawi im się ona jako wyczytana z proroctw i map geopolityczna mądrość, szukająca w naszym odwiecznym położeniu pomiędzy sojusznika przeciw Niemcom. Mądrości te często doprawiane są nieukrywaną wrogością wobec naszych pozostałych sąsiadów, bo i Czechom, Słowakom, Białorusom i Litwinom zawsze można jakieś skierowane przeciw nam grzeszki znaleźć. Szczególnie jednak im nienawistnymi, oprócz wszechobecnych Żydów (maskowanych dziś dla politcenzury Chazarami) pozostają Ukraińcy. Cel wydaje się stosunkowo łatwy. Nie oszukujmy się – podstaw znajdziemy aż nadto. Niemało jest krwi polskiej na ukraińskich rękach i sumieniach, niemało ziem i miast, które kiedyś były nasze, dziś są za tamtą granicą.
O ile jednak poszukiwania przez Pana Romana  teoretycznie możliwych do pomyślenia pól współpracy z Rosją miało w czasach, gdy pisał on „Niemcy, Rosję i kwestię polską” poważne podstawy polityczne, jego dzisiejsi samozwańczy epigoni poza wydumywaniem jakichś mamon wszechsłowiańsko – cywilizacyjnych, poważnych argumentów nie znajdują. Nie mogą – bo ich po prostu nie ma. Piszę „samozwańczy” bo Roman Dmowski nie był nigdy prorosyjski. Niezależnie od oceny szczegółów jego koncepcji, był politykiem tylko i wyłącznie propolskim. We współpracy z Rosją widział w pewnym okresie swojego politycznego żywota lewar, mający umożliwić ponowne umieszczenie sprawy polskiej, kompletnie wówczas zapomnianej, znów jako bieżącego problemu na arenie międzynarodowej. Z jakimi sukcesami, opisuje osobiście w „Polityce polskiej i odbudowaniu państwa”. Już w 1916 roku musiał sam sobie przyznać się do klęski, i rozpocząć nowy etap. Tym razem w Londynie.
Z Rosją łączy nas 600 lat znajomości i sąsiedztwa, praktycznie od początku powstania tej formy państwowości stepowej, ubranej w kostium spadkobiercy Bizancjum. Są to niemal wyłącznie doświadczenia złe – nie czas i miejsce analizować kto bardziej winien. Tak zdecydowała za nas mapa, a nasi przodkowie niestety posiadanej niegdyś przewagi utrzymać nie umieli. W starciu z ekspansywnym i bezwzględnym sąsiadem zostaliśmy odrzuceni spod Smoleńska pod Przemyśl. W okresie tych stuleci z naszej strony propozycje współpracy, czy choćby pokojowego współistnienia padały wielokrotnie. W drugą stronę niemal nigdy. Toczonych z sobą wojen naliczymy kilkanaście, i tylko dwa razy (1534, 1609) byliśmy stroną atakującą. Na palcach jednej ręki zliczymy tych rosyjskich przywódców, którzy patrzyli na nas przychylniej, i jakiś konsensus proponowali - Aleksy Michajłowicz, Aleksander I oraz Borys Jelcyn. Pozostali widzieli w nas tylko łup. Ale nawet ta trójka, mimo bycia władcami niewiele mogła zmienić, wobec oporu materii.
Tu dochodzimy do kwestii, która nas zasadniczo jako społeczności różni. Polska i jej państwo, gdy istniało, zawsze było wspólnotą obywateli, nakierowaną na ich wolność i dobrobyt. Obywateli - tak, bardzo liczną naszą szlachtę z pełnią praw politycznych, ale i mieszczan – civites w swoich małych ojczyznach, a i bogatych chłopów. Nie bez przyczyn szlachta czerwonoruska już w drugiej dekadzie XV wieku buntowała się przeciw Jagielle, żądając przyznania sobie wolności polskich. Nie dla przelotnego kaprysu niemieckojęzyczni mieszkańcy miast pruskich przez trzynaście ciężkich lat przelewali krew i oddawali ostatni grosz za to, by zostać poddanymi króla polskiego. Kraju, gdzie władzę ograniczało prawo, zwyczaj i zdanie oraz głos ludzi w nim mieszkających. Gdzie można żyć, dorabiać się, planować.
Moskwa, przemianowana następnie na Rosję takiego układu społecznego nie miała. Stworzona na tradycji politycznej tatarskiej ordy znała tylko siłę i posłuszeństwo - lub bunt. Wola panującego była wszystkim, los jednostki niczym. Kaprys władcy mógł wynieść ulicznego sprzedawcę pierogów do pozycji księcia i ministra (Aleksander Mienszykow), a z obozowej dziewki zrobić carycę (Katarzyna I)  – i równie szybko z powrotem strącić ich w nicość Wielkość państwa nie przekłada się tu nijak na dobrobyt jego mieszkańców. Po co pracować, dorabiać się, skoro i tak jedno skinienie palca kogoś wyżej stojącego może odebrać ci wszystko? Lepiej służyć pokornie władzy i liczyć na jej łaskę lub łut szczęścia. I na łupy. No bo jak się kraj ma bogacić, kiedy nie umie i nie chce pracować? Kiedy nikt w swoim posiadaniu nie jest bezpieczny? Łatwiej napadać, kraść, rabować.  Najlepiej całe kraje, a gdy się kolejny wyeksploatuje, atakować następny. Panujący też wbrew pozorom nie jest niezagrożony. Słaby car, nie ma łupów, nie ma darów. No to zrobimy rotację, na ten przykład szarfą orderową zadzierzgniętą na szyi. Albo rewolucję.
Po III rozbiorze Rzeczypospolitej Płaton Zubow, ostatni z kochanków Katarzyny II dostał majątki ziemskie z 13 000 rodzin chłopskich. Feldmarszałek Suworow tylko 7 000. Ale już dwa lata później nowy car skonfiskował mu wszystko. Poznajecie tradycję powstawania majątków współczesnych oligarchów rosyjskich? Chodorkowski i Abramowicz nie są pierwsi, ani nie są wynalazkiem Putina. Dlatego używają, nie kumulują, nie inwestują w swoim kraju. To zbyt niebezpieczne. Rosyjski, ordyński system. Rosja posiada największe na kuli ziemskiej terytorium, zajmując prawie 1/7 powierzchni jej lądów. Posiada wielki areał dobrych ziem rolnych, niemal całą tablicę Mendelejewa surowców kopalnych. I co z tego? Jej PKB jest 11 na świecie, za Koreą Południową. Per capita 51. Ponad 30 milionów mieszkańców Rosji nie ma w domu bieżącej wody, jeszcze więcej – kanalizacji. Ale na liście najbogatszych ludzi na świecie nazwiska rosyjskich poddanych nie są rzadkie, zdumienie i politowanie budzą odkrywane ostatnio przed opinią publiczną świata ich służące rozrywce „jachty”, większe i droższe niż flagowy okręt floty wojennej Federacji Rosyjskiej. Wielki majątek i ogromny potencjał gospodarczy nie wystarcza do zbudowania sensownego miejsca do życia dla przeważającej liczby mieszkańców  tej ziemi. Orda nie tworzy, orda eksploatuje. Dlatego twierdzi, że ciągle ktoś czyha pod jej drzwiami, jakieś NATO albo inna Estonia gotuje się do napaści. Pretekst do kolejnej agresji zawsze się znajdzie - orda nie rozumie i nie szanuje pojęć „umowa” czy „traktat”. W pojęciu ordyńców sprawne oszukanie kontrahenta jest powodem do dumy, a nie wstydu. Rosjanin śmieje się z zadowoleniem z dowcipu mówiącego, że Rosja graniczy z kim chce.
Nie doczekamy się porozumienia z Rosją. Nie jesteśmy w stanie. Może zmienić to kiedyś tylko jakiś gigantyczny wstrząs.
Dzisiejsi nasi „słowianofile”, plotący jakieś androny o tradycyjnych wartościach, których ostoją jest według nich Moskwa, i przeciwstawiający ją zgniłemu Zachodowi. Taka ładna światowa ostoja HIV, narkomanii, alkoholizmu i aborcji, tylko ukrywana pod pozłacanymi kopułami cerkwi, kierowanej przez współpracownika sowieckiego KGB.
Pan Roman oglądając ich występy pewnie najpierw zdrowo by się uśmiał, a potem, orientując się do kogo nawiązują, okrutnie zezłościł. Przez pewien czas stawiał przecież na układ z Rosją, ale w sytuacji jej narastającego konfliktu z Niemcami, które uważał za groźniejsze dla sprawy polskiej. Teraz, przy powrocie stosunków z XVIII-XIX wieku, a więc daleko idącej współpracy obu, prorosyjskość w Polsce nie jest po prostu głupia, ona trąci politycznym imbecylizmem. Bo skąd się wzięła aktualna wojna? Tylko kompletny polityczny ślepiec mógł nie zauważyć, że od kilkunastu lat trwa coraz bardziej zaawansowana gra o dominację na Starym Kontynencie, opierana na potencjale ekonomicznym i surowcowym. Układ rosyjsko-niemiecki, w którym Moskwa dostarcza tanie surowce, w tym zwłaszcza energetyczne, a Berlin przetwarza je i dystrybuuje, w dłuższej perspektywie wydawał się nie do powstrzymania. Tym bardziej, że korzyści, wobec ewentualnego płacenia rachunków głównie przez „rusofobiczne” kraje Europy Wschodniej, im dalej na zachód, wydawały się bardziej kuszące. Rurociągi Ribbentrop – Mołotow 1 i 2, chytrze uzasadniane troską o klimat i umacniane planem Fit For 55 miały ten układ spetryfikować co najmniej na kilkadziesiąt lat. Putin-Chan okazał się jednakowoż zbyt niecierpliwy. Przypuszczając, że USA pod przywództwem Joe Bidena są tak słabe, i tak zaangażowane w rywalizację z Chinami, że do ich wystraszenia z Europy wystarczy byle tupnięcie, postanowił przyspieszyć. Bezczelne żądanie wycofania NATO do granic z 1997 roku (grudzień 2021) było tylko przygrywką, prawdziwe cele Rosji ukazał Miedwiediew pisząc „Wolna Eurazja - od Lizbony po Władywostok”. Zarządzana z Moskwy i Berlina.
Polski „narodowiec”, z bezmyślności popierający takie plany, a dziś relatywizujący (skoro bronić naprawdę nie ma jak) agresję Rosji na Ukrainę jest karykaturalną, ponurą groteską.
Próby rozniecania nastrojów antyukrainskich we Polsce na podatny grunt nie padają. Polacy jako społeczeństwo za dobrze zdają sobie sprawę z tego, czym jest Rosja i jakie zagrożenia wynikać mogą z jakiegokolwiek jej sukcesu militarnego . Prosta zasada – wróg mojego wroga zwykle nie jest moim wrogiem. Historia zna wiele przykładów zmiany sojuszy i nagłego odwrócenia wektorów. W końcu, na tym samym kierunku 1000 lat temu książę kijowski Jarosław Mądry pod koniec panowania Mieszka II przyczynił się do klęski naszego pierwszego państwa, a już w kilka lat później jak nikt inny z zewnątrz przyczynił się do jego odbudowy przez Kazimierza Odnowiciela. Zagrożenie niemiecko-rosyjskim „wyzwoleniem” wielkiej Eurazii jest nadal na tyle poważne, że zacieśnianie sojuszu z także zaniepokojonymi taką perspektywą Anglosasami oraz wszystkimi niemal państwami naszego regionu pozostaje dziś potrzebą chwili. Pamięć i o rosyjskim, i o niemieckim imperium nadal jest tu żywa.
Europa po 24 lutego 2022 roku nie będzie już taka sama jak wcześniej. Co prawda w centrali UE nadal wykonują się charakterystyczne dla poprzedniego etapu tańce, ale nikt już nawet nie udaje, że zapadają tam decyzje. Wygłup Macrona, „negocjującego” z Putinem, bez wiedzy prezydenta Zelenskiego, ustępstwa terytorialne Ukrainy z pewnością będzie zaliczony do kanonu dziejów dyplomatołectwa. Ameryka nie dała się aksamitnie usunąć, Niemcom niezbyt delikatnie przypomniano, gdzie ich miejsce. Ukraińcy dziś, z karabinem w ręku, udowadniają, że są narodem, i że na nowej mapie politycznej kontynentu gotowi są zająć ważne miejsce. A my? Póki co, tak jako państwo, jak i naród potrafiliśmy stanąć po właściwej stronie i zachować się stosownie do sytuacji. Co przekłada się na poważny wzrost naszego znaczenia. Pilnujmy, by osiągnięć ostatnich miesięcy nie zmarnować.

Lubię to! Skomentuj14 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura