89 obserwujących
1324 notki
1382k odsłony
  2146   0

Insynuacje Doroty Kani i Gazety Polskiej

czyli Armia Narodowo-Wyzwoleńcza Gazety Polskiej 

 

17 kwietnia 1975 partyzancka armia chłopska Czerwonych Khmerów wchodzi, nie napotykając oporu, do stolicy Kambodży Phnom Penh. Wojska dotychczasowego przywódcy, generała Lon Nola, nie bacząc na obietnice walki do ostatniej krwi, masowo dezerterują, zrzucają mudnury i usiłują niepostrzeżenie wtopić się w masy mieszkańców miasta. A mieszkańcy miasta witają zwycięskie oddziały, których żołnierze po raz pierwszy stykają się z wielkomiejskim blichtrem i zepsuciem, kwiatami, słodyczami i coca-colą. Wydaje się przez krótką chiwlę, że nadszedł koniec cierpień, wojen, zamachów stanu, amerykańskich bombardowań i operacji Viet-Congu, destabilizujących i pustoszących przez ostatnią dekadę ten pokojowy kraj, który miał nieszczęście graniczyć z objętym wojną Południowym Wietnamem. Ludność Kambodży ma nadzieję na wytchnienie i powrót do jakiej takiej stabilizacji.

W ciągu kilku godzin okazuje się, że dotychczasowe katastrofy kraju to nic w porównaniu z bezmiarem mających nadejść państwowo zadekretowanych okrucieństw. W kilka godzin po wejściu do miasta nowa, jeszcze nie okrzepła władza dekretuje totalną ewakuację wszystkich mieszkańców Phnom Penh. Ubrani na czarno bosonodzy partyzanci pilnowali pustoszenia ulicy za ulicą, budynku za budynkiem, nie oszczędzając szpitali. Ci którzy się opierali, sprzeciwiali, próbowali argumentować byli rozstrzeliwani na miejscu.

Nowi władcy napędzani byli ideologią wydyskutowaną w marksistowskich grupach debat na paryskiej Sorbonie i innych francuskich uniwersytytach, gdzie przywódcy Czerwonych Kmerów studiowali na stypendiach ufundowanych przez byłą władzę kolonialną. W skład tej zabójczej mieszanki wchodził ortodoksyjny marksizm w odcieniu maoistowskim, radykalny agraryzm i trująca polityka historyczna, ufundowana na równi na resentymentach w stosunku do bliskich sąsiadów i Zachodu i na przekonaniu o supremacji .narodu khmerskiego. Dyskusje w odległym Paryżu owocowały co najwyżej płomiennymi apelami i przeintelektualizowanymi, czytanymi jedynie przez wtajemniczonych, artykułami w niszowych pismach lewicowych. Nie miejsce tytaj na nawet pobieżne omówienia tych szalonych lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, gdy rozgrzane głowy młodych (i starych) idealistów na Zachodzie kreśliły obraz nowego wspaniałego świata.

To co w Paryżu było niewinnym feblikiem, ot, taką zabawą w wymyślanie scenariuszy nie do realizacji, w Kambodży miało zostać wypróbowane w praktyce. A praktyka mówiła, że nigdzie jeszcze nie udało się wprowadzić w pełni idei komunizmu, albowiem zawsze na drodze do realizacji najgroźniejszym okazywał się wróg wewnętrzny, ludzie zarażeni myśleniem i ideami starego reżimu, sabotujący, świadomie lub nie, nieważne, wprowadzanie nowych idei. Wniosek mgł być tylko jeden - aby nowy porządek zwyciężył, aby nikt nie sabotował powszechnego szczęścia konieczna jest bezwzględna, totalna, fizyczna eliminacja nosicieli starych idei, puryfikacja społeczeństwa z elementów wrogich, niepewnych, chwiejnych, zarażonych.

W ciągu czterech lat, do chwili upadku rządów Czerwonych Khmerów, akcja puryfikacji  przyniosła dwa miliony (według uśrednionych ocen) ofiar mordów dokonywanych przez funkcjonariuszy reżimu. Wystarczył cień podejrzenia, wystarczył wygląd, ubiór, umiejętność czytania, czy wreszcie używanie okularów by stać się jednostką zasługującą na eliminację.

To marzenie o wielkim oczyszczeniu, o katharsis przelanej krwi powtarza się regularnie na obrzeżach gwałtownych przemian społecznych. W przypadku reżimów autorytarnych bywa w mniejszym lub większym stopniu wprowadzane w życie - niezależnie od afiljacji politycznych. To należy podkreślić, bo sprowadzenie problematyki do prawicowości lub lewicowości jedynie utrudnia zrozumienie mechanizmów marzeń i praktyki wielkich czystek. Wystarczy przypomnieć ekscesy dyktatur południowoamerykańskich, Chile pod rządami Augusto Pinocheta, czy Argentyny pod rządami generałów i mściwe mordy popełnianie na pokonanych przeciwnikach.

W perspektywie polskiej (i być może innych krajów postkomunistycznych) sprowadza się to pragnienie urządzenia nowej rzeczywistości i wyplenienia nosicieli starych idei do mniej lub bardziej nieskutecznych nawoływań marginalnych grup. Czasami obejmują one władzę i zaczynają się korowody z lustracją itp. Połowiczne to i nieskuteczne zabiegi, nigdzie w kraju zgniłej demokracji nie mogą przynieść tak soczystych owoców, jak w Kambodży.

Tak też należy rozumieć powtarzające się wezwania do radykalnej lustracji, obejmującej funkcjonariuszy i ideologów starego reżimu. Zabawne, że zasięg owej lustracji bywa ograniczany np do wyższych eszelonów, albowiem mogłoby się okazać, że wielu z rewolucjonistów tzw późnej godziny ma za sobą przeszłość w PZPR. Czasami w pierwszym szeregu radykałów stawiają się nawet beneficjenci byłej epoki, którzy dokonali (gówno prawda, niczego nie dokonali) aktu ekspiacji i wyznania grzechów.

Lubię to! Skomentuj54 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale