Mój komentarz, do powyższego artykułu:
Oczywiście, nikt nie przeprowadza publicznie analizy dotyczącej wzrostu zatrudnienia w tzw.sferze budżetowej, okołobudżetowej, samorządowej itp. - jednym słowem, w tych obszarach które nie dość że obciążają finanse publiczne w sposób bezpośredni, to jeszcze przyczyniają państwu zgryzot wynikających z robienia zamieszania pozorującego zatrudnienie.
Nikt nie próbuje (przynajmniej oficjalnie) wyliczyć - ile to setek tysięcy (lekko licząc) rąk i głów dałoby się wygospodarować dla gospodarki, z tego matecznika synekur.
Nadto, należałoby obalić idiotyczny dogmat wciskający kit o konieczności proporcjonalnego podziału na - płacących składki ubezpieczeniowe, - i tych, którzy korzystają z opłacanych przecież przez okres życia zawodowego świadczen emerytalnych.
Jakoś przecież nie ujawniono do tej pory takiego prawa natury, a tym bardziej ekonomii, które czyniłoby niemożliwym wynagradzanie pracowników na poziomie umożliwiającym opłacanie składek emerytalnych w wysokości gwarantującej dożywanie starości w dostatku.
Istnieją dwie zasadnicze przeszkody, których (znowu) publicznie nie wypada politykom analizować.
Pierwsza, i zasadnicza - wynika z alergicznej niechęci do przyznania, iż wysokie koszty prowadzenia przedsiębiorstwa wynikające z obciążeń fiskalnych - nie są w żaden logiczny sposób powiązane z faktycznymi kosztami funkcjonowania państwa.
Rozdęta bowiem, poza granice wyobraźni Orwella, administracja państwowo-samorządowa - przeżera dosłownie i w przenośni wypracowane w gospodarce środki, a permanentna konieczność uzasadniania jej istnienia - powoduje dodatkową, zbędną, szkodliwą, generującą jeszcze większe koszty aktywność.
Przeszkoda druga, o wiele łatwiejsza do pokonania, a wynikająca z tej pierwszej - to swoisty dil zaistniały pomiędzy ośrodkami władzy państwowej oraz samorządowej i dużymi oraz wielkimi organizacjami gospodarczymi.
Wielkie przedsiębiorstwa, od zawsze stanowiły najbardziej jaskrawe zaprzeczenie idei kapitalizmu. To one właśnie one stanowią faktyczny motor uruchamiający tryby państwowej machiny, wg własnych wyobrażeń i...interesów.
Kiedy w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, Ludwig Erhardt budował potęgę gospodarczą Niemiec (określaną w Europie mianem cudu gospodarczego) - to stawiał, nie na setkę gospodarczych gigantów, które każdego dnia mogły skutecznie szantażować państwowe władze zbiorowymi zwolnieniami - tylko na miliony średnich, małych i jednoosobowych firm, z których każdego dnia setki plajtowały, by dnia następnego na ich miejsce powstawały setki nowych.
W wielu wywiadach, ten wybitny mąż stanu wskazywał potem, że dla państwa sprawą przetrwania jest dostarczanie każdego dnia podatków milionami małych łyżeczek, a nie setką kapryśnych chochli.
Rak biurokracji na pożywce socjalizmu rozwija się niepowstrzymanie. Trudno o pomoc chirurga - kiedy ten...też socjalista.



Komentarze
Pokaż komentarze (8)