12 obserwujących
132 notki
80k odsłon
166 odsłon

Dzień dobry, ojcze, jaka radość widzieć ciebie, czyli Świątynia Ludu i polska partiokracja

Wykop Skomentuj

[tagi: lud, mesjanizm, trocki, rewolucja, powszechny dobrobyt, syndrom jerozolimski ("obłęd jerozolimski"), kompleks mesjasza, kompleks Boga, paternalizm, wielki architekt, partia, fanatyzm, religie zastępcze,mandaryni, batiuszka]

Kiedyś zaistniał pewien fenomen socjologiczno-psychologiczny. Swego czasu był on dość głośny. Został zapomniany. A przecież powinno się korzystać z doświadczeń, także cudzych. Postanowiłem więc przypomnieć trochę faktów. Może komuś dadzą do myślenia.

Aha, wszelkie podobieństwa do życia politycznego w ostatnich 30 latach oraz w tegorocznej Polsce - nie jest przypadkowe. Z wyjątkiem samobójstwa przywódcy, o ile przez samobójstwo nie rozumieć samobójstwa moralnego i intelektualnego. No i trzeba by wprowadzić pojęcie mesjasza zbiorowego, bo w tym kierunku ukształtowały się wszystkie partie III RP.

Gdy wszyscy (członkowie partii, sympatycy, publicyści i blogerzy) zwracają się do Szefa religijną formułą „dzień dobry, ojcze, jaka radość widzieć ciebie” (w setkach leksykalnych wariantów) - to nie ma mocnych, w każdym prawie zrodzi się kompleks mesjasza... Zwłaszcza gdy ma się określone predyspozycje psychiczne. Szczególnie zatrważająca jest powszechność akcesu do sekt mesjanistycznych w blogosferze, nominalnie mającej być gwarantem kontroli społecznej i niezależnego krytycyzmu.

Jones łączył Chrystusa z... socjalizmem (skąd my to znamy...). Ale poznajmy więcej faktów z tego socjo-psycho fenomenu.

"Świątynia Ludu – sekta religijna, założona przez Jamesa Jonesa w 1956 w Indianapolis i przeniesiona w 1965 do Kalifornii. W szczytowym okresie popularności do sekty należało około 30 tysięcy ludzi [średnia liczebność partii w Polsce, przypis mój, wawel], dysponowała ona majątkiem ok. 15 mln dolarów, a jej przywódca Jim Jones dla wyznawców kultu stanowił bezwzględny autorytet moralny. Sekta upadła pod koniec 1978 w wyniku zbiorowej śmierci ponad 900 osób (gł. amerykańskich członków sekty zmuszonych przez Jonesa do popełnienia samobójstwa) 18 listopada 1978 w ośrodku sekty w Gujanie.

James Warren Jones urodził się w 1931 roku w Lynn (Indiana), niedaleko Indianapolis. [...] Na początku lat 60. w rodzinnym mieście założył kilkudziesięcioosobową grupę Świątynia Ludu. Pod pozorem działalności charytatywnej zbierał fundusze dla swojej grupy. Tak umiejętnie obracał pieniędzmi, że wkrótce jego organizacja bardzo się wzbogaciła. Wraz z setką zwolenników Jones przeniósł się później do Redwood Valley w Kalifornii, by wreszcie osiąść w San Francisco. Twierdził, że jest Mesjaszem, otoczył się dwunastoma uczniami. Grupa stale powiększała się o nowych wyznawców, a wraz z nią rosły dochody, gdyż majątek każdego nowego członka stawał się automatycznie własnością guru. Przywódca Świątyni Ludu stał się tak popularny, że o jego poparcie zaczęli zabiegać politycy. Został przewodniczącym komisji mieszkaniowej w Radzie Miejskiej San Francisco. W połowie lat 70. Jonesa zaliczano do najważniejszych przywódców Kościołów i sekt w Stanach Zjednoczonych.

Życie w sekcie było nieustannie kontrolowane. Członkowie byli poddawani ciągłej inwigilacji i „praniu mózgu”. Za nieposłuszeństwo Jones nakazywał złożenie publicznej samokrytyki, a także wymierzał karę chłosty. Wykorzystywał swych ludzi do niewolniczej pracy. Kiedy prawda o życiu w sekcie zaczęła przedostawać się na zewnątrz dzięki prasie, „wielebny” uznał, że trzeba na pewien czas wyjechać. Wykupił kawałek ziemi w dżungli w Gujanie i założył tam plantację, którą nazwał Jonestown (Miasto Jonesa).

Zainteresowanie prasy sektą Jonesa wzbudziło niepokój władz, które dotąd, przychylne grupie, zaczęły bacznie obserwować doniesienia mediów. Okazało się, że Jones torturuje członków wspólnoty, w tym małe dzieci. Jeśli dziecko na widok „wielebnego” nie uśmiechnie się w porę albo nie przywita nakazaną formułką („dzień dobry, ojcze, jaka radość widzieć ciebie”), jest poddawane w specjalnym pokoju elektrowstrząsom.

Rząd Stanów Zjednoczonych nie mógł jednak natychmiast zlikwidować kolonii w Gujanie, nie posiadając niezbitych dowodów łamania prawa. Jonestown było bowiem prywatną posiadłością poza granicami państwa. Sprawę badał wysłannik rządu, kongresmen Leo Ryan.  

18 listopada część członków Świątyni Ludu zgłosiła się do kongresmena, chcąc razem z nim wrócić do Stanów Zjednoczonych. Tuż przed powrotem, na pasie startowym lotniska w Port Kaituma, oddalonego od Jonestown o pięć kilometrów, Ryan, trzej towarzyszący mu dziennikarze oraz kilkoro uciekinierów, zostało zamordowanych strzałami z broni maszynowej.

Tymczasem w samym Jonestown 900 osób zażyło truciznę. Szczegóły zdarzenia nie są znane. Wiadomo tylko, że wokół siedziby sekty Jones rozstawił kordon uzbrojonych strażników. Ocalało kilkoro osób, którym w ogólnym zamieszaniu na początku „ceremonii” udało się ukryć, a potem wymknąć do dżungli. W Jonestown znaleziono 903 ciała. Wśród nich były zwłoki Jonesa, ale nie wypił on trucizny – zginął od strzału w głowę. Razem z osobami zabitymi na lotnisku zginęło 914 ludzi. Być może w kolonii przebywało więcej osób, około 1200. Policja, która przybyła na miejsce tragedii, stwierdziła, że kasa pancerna, w której „wielebny” trzymał pieniądze, została rozbita. 

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale