Grzegorz Wszołek - gw1990 Grzegorz Wszołek - gw1990
2818
BLOG

Oręż do kalibracji. MON popełnia błędy, których musi unikać

Grzegorz Wszołek - gw1990 Grzegorz Wszołek - gw1990 Wojsko Obserwuj temat Obserwuj notkę 56
Gdy w Przewodowie spadła rakieta, polskie władze zachowały się odpowiedzialnie i nie publikowały żadnych komunikatów, dopóki nie odbyły się konsultacje z sojusznikami i nie zebrano danych wskazujących na pochodzenie pocisku. Świat uznał takie podejście za wzorowe w sytuacjach kryzysowych. Niestety, potem było już gorzej – z zabłąkaną pod Bydgoszczą rakietą i ostatnio z naruszeniem polskiej przestrzeni powietrznej przez białoruskie śmigłowce.

Gdy trwa wojna za naszą wschodnią granicą, siłą rzeczy Polska już jest i będzie „testowana” na okoliczność prowokacji i wypadków losowych. Tego samego doświadczają również inne kraje przyfrontowe, Mołdawia i Rumunia, gdzie co jakiś czas rakiety albo spadają w szczere pole, albo „tylko” dokonują naruszenia przestrzeni powietrznej danego kraju. Rosyjski pocisk odnaleziony po kilku miesiącach kilkanaście kilometrów od Bydgoszczy nie był zatem niczym nadzwyczajnym. 

Leży sobie rakieta pośrodku Polski

Problemem było to, że zabrakło przepływu informacji do najważniejszych osób w państwie. Ani premier Mateusz Morawiecki, ani szef resortu obrony Mariusz Błaszczak, ani nawet zwierzchnik sił zbrojnych, prezydent Andrzej Duda nie dowiadywali się o groźnym incydencie na bieżąco, a dopiero w kwietniu, podczas gdy obiekt spadł w lesie w grudniu ub.r.

– Zgodnie z ustaleniami kontroli dowódca operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych zaniechał swoich instrukcyjnych obowiązków, nie informując mnie o obiekcie, który pojawił się w polskiej przestrzeni powietrznej, nie informując Rządowego Centrum Bezpieczeństwa – wskazywał na konferencji prasowej minister obrony narodowej.

Później MON opublikowało dokument, który miał potwierdzać, że Dowództwo Operacyjne RSZ nie informowało 16 grudnia o wykryciu rakiety. Nie zapadły jednak żadne decyzje personalne. Szef dowództwa gen. Tomasz Piotrowski nagrał nic niewnoszący film, w którym apelował o jedność w obliczu wojny, i na tym sprawa przyschła. To z mediów dowiedzieliśmy się o zabłąkanym pocisku Ch-55, nie od państwowych instytucji. Nikt nie poniósł konsekwencji.

Była to pierwsza rysa na wizerunku Mariusza Błaszczaka, który z przytupem wszedł do Ministerstwa Obrony Narodowej. Nie ma wątpliwości, że zapisze się on w historii III RP jako minister, który podpisuje ogromne kontrakty na zbrojenia w zawrotnym tempie, reformuje armię i wraz z Jarosławem Kaczyńskim doprowadził do wdrożenia ustawy o obronie ojczyzny, popieranej w Sejmie nawet przez antypisowską opozycję. 

Ktoś powie: gdyby nie wojna na Ukrainie, pewnie aż tak intensywnych zakupów himarsów, samolotów wczesnego rozpoznawania, myśliwców, bayraktarów, czołgów i wozów opancerzonych byśmy nie uświadczyli. Liczą się jednak fakty, a jeśli kogoś one nie przekonują, niech porówna sobie stan polskiej armii – również pod kątem jej wyposażenia – przed 2015 r. i obecnie. Po zabłąkanej rakiecie coś się jednak w MON-owskiej polityce zacięło.

Białoruskie śmigłowce nad Białowieżą

We wtorek 1 sierpnia „Gazeta Wyborcza” i RMF FM podały groźnie brzmiącą informację o białoruskiej prowokacji, polegającej na naruszeniu polskiej przestrzeni powietrznej przez dwa wojskowe śmigłowce, należące do reżimu Aleksandra Łukaszenki. Najpierw MON zaprzeczyło, by coś podobnego się zdarzyło, ponieważ incydentu nie odnotowały polskie radary.

„Centrum Operacji Powietrznych nie odnotowało naruszeń polskiej przestrzeni powietrznej. Wedle przekazanych informacji strona białoruska prowadzi rutynową działalność w rejonie przygranicznym po swojej stronie z użyciem statków powietrznych (loty szkoleniowe). Były to najprawdopodobniej dwa śmigłowce Mi-8 oraz bezzałogowiec” – brzmiał pierwszy komunikat.

Jednak po kilku godzinach resort mówił już co innego: „Po przedstawieniu przez dowódców i szefów służb wniosków z analizy sytuacji ustalono, że dzisiaj, 1 sierpnia 2023 r., doszło do naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej przez dwa śmigłowce białoruskie, które realizowały szkolenie w pobliżu granicy. O szkoleniu strona białoruska informowała wcześniej stronę polską. Przekroczenie granicy miało miejsce w rejonie Białowieży na bardzo niskiej wysokości, utrudniającej wykrycie przez systemy radarowe. Dlatego też w porannym komunikacie Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych poinformowało, że polskie systemy radiolokacyjne nie odnotowały naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej”.

Polityka informacyjna do poprawki

Ta druga wersja komunikatu powinna się pojawić natychmiast 1 sierpnia, zamiast pierwszej, niepełnej. Okazało się, że Białoruś kolejny raz – po wysłaniu balonów szpiegowskich i napuszczaniu imigrantów na granicę z Polską, gdzie mogą zacząć działać wagnerowcy – igra z ogniem. Nie tylko zresztą z Warszawą, ale z całym sojuszem NATO. Tymczasem o zdarzeniu dowiadujemy się najpierw z mediów, po czym pierwszy komunikat ze strony rządu jest zwyczajnie błędny.

Wojna i mnogość związanych z nią palących kwestii w polityce międzynarodowej nie mogą tłumaczyć chaosu, bo zbrodnicza inwazja Rosji trwa już półtora roku. Polskie władze zresztą radzą sobie z pomocą Ukrainie i organizacją dostaw tak, że są od miesięcy chwalone w nawet nieprzychylnych sobie europejskich i światowych tytułach prasowych. Reakcja na kryzys w Przewodowie mogła zwiastować, że polityka informacyjna jest dojrzała, nie czeka na niedopowiedzenia i medialne spekulacje.

Zabłąkana rakieta, przerzucanie się odpowiedzialnością na wysokich szczeblach wojskowych za brak komunikacji i ostatni incydent w Białowieży pokazują, że ta instytucjonalna machina się zacina, jest reaktywna, reaguje dopiero po nagłośnionym fakcie, pozwala na różnorodne interpretacje.

Coś z tym fantem trzeba zrobić, póki nie jest za późno. W gorącej sytuacji nie będzie miejsca na błędy, bo mogą one skutkować paniką, destabilizacją albo groźną z perspektywy ewentualnej eskalacji demobilizacją obywateli. 

Tekst opublikowano w "Gazecie Polskiej Codziennie" 

Publicysta i redaktor Salonu24, "Gazety Polskiej", "Gazety Polskiej Codziennie", kiedyś "Dziennika Polskiego" (2009-2011, 2021-2023).  Wszystkie zamieszczone teksty na tym blogu należą do mnie i mogą być kopiowane do użytku publicznego tylko za moją zgodą. Grzegorz Wszołek Utwórz swoją wizytówkę

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo