284 obserwujących
1324 notki
4155k odsłon
3395 odsłon

Dziewięć lat po Smoleńsku, czyli państwo na chybcika

Wykop Skomentuj176

Dziewięć lat temu przeżyliśmy narodową traumę, która miała zmienić standardy w polskiej polityce i naszym życiu. Polskie elity polityczne nie wyciągnęły jednak wniosków z katastrofy smoleńskiej, a koronnym dowodem na potwierdzenie tej tezy jest to, że praktycznie nikt za nią poniósł o odpowiedzialności i dowody, które wciąż znajdują się w Rosji.

10 kwietnia trwał wyścig z czasem. Kto wsiadł do samolotu? Jak to się stało? Gdzie jest pomoc, kto przeżył? Dramatyczne pytania z biegiem czasu zamieniały się w rozpruwające wszelkie wyobrażenia odpowiedzi. Zginęło w katastrofie Tu-154 M 96 osób, a wśród nich prezydent Lech Kaczyński z małżonką Marią, ostatni prezydent na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski, wielu polityków z różnych stron, kombatantów, bohaterów polskiej historii, społeczników.

Skutki wszędobylskiego pośpiechu

Truizmem było już wtedy stwierdzenie „niepowetowana strata”, ale w istocie tak było. Wyścig z czasem jednak trwał. Premier Donald Tusk spieszył się na miejsce tragedii w Smoleńsku, byle zdążyć przed delegacją z Jarosławem Kaczyńskim na czele. Później polski rząd spieszył się – bo, jak do dzisiaj słyszymy, nie było czasu na konieczne konsultacje – by wybrać taki model śledztwa, na który zgodziliby się gospodarze. Wybrano zatem konwencję chicagowską w pośpiechu, zapominając o istotnym załączniku do umowy polsko-rosyjskiej z 1993 roku, która pozwoliłaby przynajmniej na równorzędny status stronie rządowej. Nie od dziś zresztą wiadomo, że Władimir Putin szanuje przywódców, zdolnych w sposób zdecydowany się mu przeciwstawić.

Już wtedy, w nocy z 10 na 11 kwietnia 2010 roku wiadomo było, że śledztwo ws. katastrofy smoleńskiej utknie w błocie – tym samym, w którym znalazły się szczątki Tupolewa. Pośpiech po tragicznym locie dotyczył identyfikacji ciał, a przede wszystkim chowania ich do trumny. Efekt? Kilkanaście „pomyłek”, szczątki, leżące nie w tych grobach, co trzeba, mroczny seans odkrywania w trumnach dowodów profanacji, jakiej dopuścili się Rosjanie na zmarłych: niedopałki papierosów, zamienione z premedytacją części ciał, plastikowe kubki, nieprawidłowe protokoły sekcji zwłok – skandali wokół pierwszych dni po katastrofie smoleńskiej można by mnożyć.

Makabryczne efekty pierwszych dni

Pośpiech dotyczył również sprowadzania ciał do Polski. Politycy PO od kilku lat zwierzają się w mediach, że dziewięć lat temu rosła w nich obawa, iż opozycyjny PiS – rozsierdzony stratą brata lidera – zacznie wytykać, iż procedury trwają zbyt długo, byłby rzekomy „wrzask” o ukrywanie jakichś faktów, stąd zorganizowano w ekspresowym tempie powrót szczątków do Polski. Mętne to tłumaczenia, bo po pierwsze – z niewyjaśnionych do dzisiaj przyczyn zalutowano trumny i rodziny, które nie wierzyły Rosjanom, były od początku zdane na ich łaskę.

Po drugie – do skandali i tak doszło, bo przecież w Smoleńsku odbyła się kradzież rzeczy i pieniędzy zmarłych, podpalenie dowodu osobistego Tomasza Merty czy upokarzające pakowanie zwłok do trumien. Bronisław Komorowski w kategoriach sukcesu oceniał, iż „państwo sprawnie zorganizowało pogrzeby”. A może na tyle nas rzeczywiście było wówczas stać? Pogrzeby odbyły się ponownie już po ekshumacjach, na skutek tamtych zaniechań. W pośpiechu Rosjanie niszczyli wrak Tupolewa pod pretekstem wyjaśniania przyczyn katastrofy samolotu. Dodali do tego później przetrzymywanie niszczejącej polskiej własności w hangarze, przekop miejsca, gdzie upadła maszyna z 96 osobami na pokładzie, wycinkę drzew, o które zahaczył Tupolew, skromny podest i postawioną nie tak dawno tabliczkę „zakaz wstępu – teren prywatny”. Mało tego – mimo toczącego się śledztwa zarówno strony polskiej, jak i, formalnie, rosyjskiej – tragiczny dla Polski skrawek lasu jest zwykłym placem budowy. Rosjanin kupił działkę w 2017 roku i, zupełnie przypadkowo, rozpoczął budowę gazociągu. Przypomnijmy, że jeszcze kilka lat po katastrofie smoleńskiej, turyści, oddający hołd polskim ofiarom, jak również geodeci, odnajdywali na miejscu dowody, rzeczy osobiste ofiar i wreszcie szczątki, które wsiąknęły w ziemię.

Odpowiedzialność rozeszła się po kościach

Pośpiech za to nie dotyczył rozliczenia winnych tego, co się stało – przynajmniej w politycznym wymiarze. Minister obrony narodowej w rządzie PO-PSL Bogdan Klich przetrwał największe tragedie lotnictwa w ostatnich dekadach – katastrofę CASY i Tupolewa.

Ówczesny szef BOR, Marian Janicki, dziś bryluje w mediach i recenzuje wpadki Służby Ochrony Państwa, tymczasem jego zastępca był jedyną osobą z zarzutami niedopełnienia obowiązków w śledztwie smoleńskim. Janicki nie ma sobie nic do zarzucenia, a o śmierci 96 osób na pokładzie Tu-154 M dowiedział się z krakowskiego bazaru. Prowadzący śledztwo już w 2012 roku przekazali na biurko szefa MSW, Jacka Cichockiego, raport, w którym precyzyjnie wypunktowali nieudolność BOR, a pismo stanowiło jasną sugestię, że Janickiego należy zdymisjonować. Zamiast tego, wszystko rozeszło się po kościach, Janicki awansował na stopień generała dywizji, a po odejściu PO od władzy jest ekspertem od spraw bezpieczeństwa.

Wykop Skomentuj176
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka