Wydawnictwo Fronda Wydawnictwo Fronda
30
BLOG

Komuniści chcieli, żeby zniknęły na zawsze. Te dwory i zamki właśnie wróciły z martwych

Wydawnictwo Fronda Wydawnictwo Fronda Kultura Obserwuj notkę 0

Przez dekady stały puste, rozkradane, celowo doprowadzane do ruiny. Dach po dachu, okno po oknie, portret po portrecie — komunistyczna Polska systematycznie wymazywała ze swojego krajobrazu ślady ziemiańskiej kultury. Dziś coś nieoczekiwanego odwraca bieg historii. W Goszycach, w Guzowie, pod Krakowem i pod Warszawą — dawne siedziby szlacheckie budzą się do życia. Ktoś je odbudowuje. Ktoś do nich wraca.


To nie jest historia o nostalgii. To historia o oporze.

Kiedy w 1944 roku komunistyczna władza przeprowadziła reformę rolną, ziemiaństwo jako warstwa społeczna przestało istnieć z dnia na dzień. Majątki skonfiskowano, rodziny wysiedlono, archiwa spalono lub rozproszono. To, czego nie zabrali nowi gospodarze, niszczało latami w zamienionych na magazyny i domy wczasowe pałacach. Celowe zaniedbanie było formą polityki. Jeśli mury znikną, zniknie i pamięć. A bez pamięci nie ma powrotu.


Ale mury nie zniknęły.

W Goszycach Nowych piękny dwór od lat remontują Marta i Michał Smoczyńscy — spadkobiercy dawnych właścicieli. Mozolnie, ścianę po ścianie, odtwarzają to, co ich przodkowie zbudowali. Nie jest to praca na jeden sezon ani nawet na jedno pokolenie. To rodzaj zobowiązania, które przyjmuje się razem z kluczami do bramy. Potomkowie wiedzą, co tu było. Wiedzą też, co zostało zrobione, żeby tego już nigdy nie było.


Kilkadziesiąt kilometrów dalej, w Guzowie, podobna historia rozgrywa się na znacznie większą skalę. Rodzina Sobańskich odkupiła od gminy pałac, który należał do ich przodków. Brzmi jak triumf sprawiedliwości dziejowej — i po części nim jest. Ale rzeczywistość, jak zwykle, okazuje się bardziej brutalna niż symbolika. Pomimo olbrzymiego zaangażowania finansowego i emocjonalnego, pałac wciąż pozostaje nieukończony. Odbudowa tego, co celowo zniszczono przez pół wieku, kosztuje nieporównywalnie więcej niż pierwotna budowa. Sobańscy płacą dziś za czyjś historyczny wandalizm.


Książkę Powrót ziemian. Niezwykłe losy dworów, pałaców i zamków, które odzyskały dawną świetność” autorstwa Marcina Schirmera → Zamów teraz.



Nie wszyscy, którzy ratują te miejsca, mają rodzinne zobowiązania. Niektórych przyciąga coś innego — może trudniej uchwytnego, ale równie silnego. Andrzej Kołder nie jest spadkobiercą dworu w Kopytowej na Podkarpaciu. Jest człowiekiem, który po prostu kupił zabytek, wyremontował go z własnej pasji, a następnie urządził w nim muzeum swoich zbiorów. Prywatna kolekcja w prywatnie odrestaurowanym dworze — to model, który w zachodniej Europie funkcjonuje od dawna, a w Polsce wciąż wywołuje zdumienie. Kołder stworzył coś, co nie istniało. Albo — precyzyjniej rzecz ujmując — przywrócił coś, co istniało, zanim ktoś postanowił, że istnieć nie powinno.


Jerzy Donimirski z kolei tchnął nowe życie w zamek Korzkiew pod Krakowem. Kiedy go przejmował, był ruiną. Dziś jest przykładem architektury obronnej, która — jak rzadko się zdarza — została zaadaptowana do współczesnych potrzeb z prawdziwym smakiem i poszanowaniem dla oryginału. Korzkiew nie udaje skansenu. Żyje.


I właśnie o to chodzi w całej tej historii — żeby żyło.

Dwór w Petrykozach pod Warszawą uratował aktor Wojciech Siemion. Z obiektu skazanego na zagładę stworzył ośrodek ekspozycji sztuki ludowej i miejsce spotkań środowiska artystycznego. W ten sposób budynek zyskał nową tożsamość — nie jako relikt przeszłości, lecz jako żywa przestrzeń kultury. To nieoczywiste rozwiązanie: ratujesz zabytek, nadając mu rolę, której nigdy wcześniej nie pełnił. Ale może właśnie dlatego to działa.




Książkę „Powrót ziemian. Niezwykłe losy dworów, pałaców i zamków, które odzyskały dawną świetność” autorstwa Marcina Schirmera → Zamów teraz.


W Sułkowicach, gdzieś w centrum Polski, stoi dwór, który jest po prostu domem. Rodzinnym, ciepłym, zamieszkanym. I jednocześnie otwartym salonem muzycznym, do którego zapraszani są goście. Historyczne wnętrze nie stało się muzeum ani hotelem butikowym — zostało tym, czym dworki przez wieki być powinny: centrum życia towarzyskiego i kulturalnego okolicy. Mało spektakularne? Może. Ale bodaj najbliższe temu, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi.


Na Podkarpaciu, w Zarzeczu, inna historia — tym razem z udziałem instytucji. Pałac rodziny Dzieduszyckich stał się muzeum poświęconym dawnym właścicielom. Stało się to możliwe dzięki porozumieniu między spadkobiercami a władzami samorządowymi. Brzmi urzędowo, ale w polskich realiach to niemal cud. Przez dekady samorządy i prywatni właściciele patrzyli na siebie z nieufnością lub wręcz wrogością. Zarzecze pokazuje, że istnieje inna droga.


Marcin Schirmer — autor, który zebrał te wszystkie opowieści w jedną całość — przez lata dokumentował to, co dzieje się z polskim dziedzictwem ziemiańskim. Jego praca to coś więcej niż katalog remontów i renowacji. To reportaż o pamięci, o tym, jak trudno ją odbudować i jak łatwo zniszczyć. O ludziach, którzy wracają do miejsc po przodkach i odkrywają, że historia nie jest abstrakcją — jest zastawą stołową ukrytą w piwnicach, jest inicjałami wybitymi w kamieniu, jest nazwiskiem na archiwalnej mapie katastralnej.


Współcześni właściciele tych obiektów — czy to spadkobiercy, czy pasjonaci bez rodzinnych więzów z miejscem — coraz częściej szukają kontaktów z rodzinami dawnych posesorów. Gromadzą pamiątki, uzupełniają archiwa, zapraszają do współpracy. To nie sentymentalizm. To świadoma decyzja, że tożsamość miejsca jest jego największą wartością — większą niż mury, większą niż hektary ziemi.


I właśnie ta tożsamość, latami zagłuszana i tępiona, wraca dziś z siłą, której nikt chyba do końca się nie spodziewał.


image


Książkę „Powrót ziemian. Niezwykłe losy dworów, pałaców i zamków, które odzyskały dawną świetność” autorstwa Marcina Schirmera → Zamów teraz.


Historyczne siedziby znowu promieniują kulturą, wzmacniają i łączą lokalne społeczności — jak przed wiekami, zanim ktoś postanowił, że tak być nie powinno. Dwory i pałace stają się znów miejscami, gdzie spotykają się ludzie, gdzie tworzy się sztuka, gdzie przechowuje się pamięć.


Ale zostaje jedno pytanie, które wisi w powietrzu po lekturze każdej z tych historii: ile jeszcze obiektów nie doczeka swojego Donimirskiego, swojego Kołdera, swojej rodziny Sobańskich? Ile dworów w tej chwili dogorywa, ponieważ nie ma już nikogo, kto chciałby lub mógł zapłacić cenę powrotu? Bo powrót — jak wynika z każdej z tych opowieści — nigdy nie jest ani tani, ani łatwy, ani pewny. Jest aktem woli przeciwko temu, co historia już dawno postanowiła.



Od debiutu w 1994 roku aż po dzień dzisiejszy wydawnictwo Fronda wydaje awangardowy kwartalnik oraz nietuzinkowe książki w trzech głównych kategoriach: – publicystyka konserwatywno–prawicowa, – książki historyczne odkłamujące historię Polski i świata, – literatura katolicka podawana w nowatorskiej formie. Czytelnicy doceniają publikacje wydawnictwa Fronda za niezaprzeczalną wartość merytoryczną oraz wyrazistość. Nie byłoby to możliwe bez znakomitych autorów, takich jak: Gilbert Keith Chesterton, Szymon Nowak, Sławomir Cenckiewicz, Tadeusz Płużański, Dorota Kania, Jerzy Targalski, Maciej Marosz, Piotr Gontarczyk. Z roku na rok wydawnictwo bardzo prężnie się rozwija i z małej oficyny, oferującej swoim odbiorcom wartościowe, aczkolwiek niszowe publikacje, stało się przedsiębiorstwem z ogromnym potencjałem, wydającym także bestsellery, takie jak: „Dziewczyny Wyklęte” Szymona Nowaka czy seria „Resortowe dzieci”. Fronda (w starofrancuskim proca) jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek na polskim rynku wydawniczym. Obecnie, oprócz książek i kwartalnika Fronda Lux wydawanych przez FRONDA PL Sp. z o.o., funkcjonuje całkowicie niezależny, prowadzony przez inną firmę portal Fronda.pl.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura