2 obserwujących
28 notek
12k odsłon
  167   1

Historia o tym jak księgowi black-out w Polsce wywołać chcieli.

Nie może być tak, że jeden księgowy (a może więcej niż jeden) razem z analitykiem (wiem, wiem: większość z nich jest entuzjastami wolnego rynku w najczystszej postaci, chociaż taki rynek nigdzie w czystej formie nie istnieje) stwarzają w głowach Prezesów zamęt, przedstawiając rozwiązania bezalternatywne i prowokując sytuacje ekstremalne nie dla Was, nie dla Waszych firm, ale dla bezpieczeństwa krajowego.

Od tygodnia, w kolejnych notatkach  (Energetyka, rok ...NABE, albo nic.) próbuję przybliżyć czytelnikom S24 tło konfliktu jaki toczy się w polskiej polityce na tle kosmicznie rosnących cen energii elektrycznej.

Temat wydaje się wdzięczny, ponieważ niemal każdego dnia pojawiają się nowe wydarzenia, które z jednej strony potwierdzają moje spostrzeżenia, ale jednocześnie wprowadzają do dyskusji kolejne elementy.

Wydaje się, że po tygodniu publikacji notatek, w tym na portalach branżowych nie powinniśmy mieć wątpliwości, że:

1) Możliwości produkcyjne polskich wytwórców są póki co wystarczające dla pokrycia bieżącego zapotrzebowania co w efekcie chroni nas przez „importem” wysokich cen energii z energetyki gazowej w Niemczech

2) W sytuacji eksportu na tzw profilu synchronicznym (na granicach Niemcy-Czechy-Słowacja) cena energii w Polsce jest (generalnie) ustalana na rynku krajowym przez najdroższą jednostkę węglową, której praca jest niezbędna dla zaspokojenia popytu krajowego

3) Ceny energii na rynku, oprócz tego , że historycznie rekordowe, są też znacznie wyższe od kosztów zmiennych wytwarzania w większości polskich elektrowni co zapewniać im powinno także rekordowe zyski (chociaż nie widać tego w ich półrocznych sprawozdaniach)

Jest też rzeczą niekwestionowaną, że tak wysoko poziom cen na rynku hurtowym, w szczególności w zakresie w jakim wpływać będzie na ceny płacone przez odbiorców jest poziomem „nie do wytrzymania”.

Ale tutaj konsensus raczej się kończy.

Rząd, a przynajmniej jego część z Premierem na czele, widzi rekordowe zyski firm wytwórczych, które powinny być ograniczone. Efektem tego podejścia jest oczywiście próba wpłynięcia na obniżenie cen poprzez wdrożenie ograniczenia cen na tzw rynku bilansującym

Wytwórcy z kolei, głosem przede wszystkim narodowego championa, w ramach konsultacji odpowiednich zmian rozporządzenia dotyczącego rynku bilansującego, ostrzegają, że raczej wyłączą swoje elektrownie niż rządowe propozycje zaakceptują.

W poprzedniej notatce wyraziłem pogląd, że takiego podejścia firm energetycznych, a firm z udziałem skarbu państwa w szczególności, ze świecą szukać w krajach „zachodniej Europy”. Ale tak po prawdzie to poza Polską, takich firm się nie znajdzie!

Chyba tego zdania jest też Premier Morawiecki, który, wg różnych źródeł relacjonujących to wydarzenie miał w jednym z publicznych wystąpień w dniu 24 września wyrazić bardzo silne oczekiwanie pogodzenia się firm energetycznych z obniżką cen. Niektóre relacje mówiły wręcz o uwagach Premiera na temat zbytniej osobistej pazerności zarządów firm energetycznych.

Mimo, że kwestie zmiany rozporządzenia dotyczącego rynku bilansującego mogą wydawać się wysoce techniczne to jednak w przypadku groźby wyłączania elektrowni i to wbrew woli Premiera powinny znaleźć zainteresowanie szerszego grona czytelników.

Stąd za uzasadniony uważam ciąg dalszy moich dwóch ostatnich notatek, w tym odniesienie się do (przepraszam, ale to konieczne!) pewnych szczegółowych kwestii techniczno-księgowych.

Sednem sporu jest kwestia wyceny kosztu węgla kamiennego, który powinien być przyjmowany jako baza do przygotowania ofert sprzedaży energii elektrycznej przez wytwórców na rynku hurtowym.

Do tej pory nie było w tym zakresie żadnych ograniczeń tj wytwórca oferując energię do sprzedaży mógł w ogóle nie odnosić się do swoich rzeczywistych kosztów. W szczególności mógł proponować ceny, które pokrywały nie tylko koszty węgla rzeczywiście zużywanego, ale także węgla jaki mógłby sobie do zużycia tylko wyobrazić.

W efekcie niektórzy wytwórcy przyjmują do swoich kalkulacji nie ceny wyłącznie lub w większości spalanego węgla krajowego, ale znacznie od nich wyższe ceny węgla z importu.

Oparcie kalkulacji cen energii o ceny węgla importowanego przez wytwórców, którzy, choćby w niewielkiej ilości, go spalają oraz świadomość tego faktu przez wytwórców innych, którzy sami węgla importowanego spalać nie będą powoduje oczekiwania odpowiedni wysokich cen na rynku bilansującym, które to oczekiwania powodują analogiczne oczekiwania cen zbliżonych na rynku bieżącym energii, co z kolei przekłada się na odpowiednio oczekiwania odpowiednio wysokich cen na rynkach kontraktów terminowych, które do tej pory odgrywają zasadniczą rolę w wyznaczaniu kosztów energii dla odbiorców końcowych.

Jeśli wytwórca spodziewa się, że w 2023 ceny rynku bilansującego będą oparte o ceny węgla z importu, to pewnie takie też będą ceny na giełdzie energii. W tej sytuacji każdy racjonalny wytwórca proponuje ceny oparte o krańcowe koszty wytwarzania z węgla importowanego także w propozycjach kontraktów terminowych np na rok 2023 i to niezalenie od swoich rzeczywistych kosztów indywidualnych.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale