5 obserwujących
144 notki
65k odsłon
  199   1

Syn i ojciec

Moja rodzina i jej kat , w oryginale Meine Familie und ihr Henker, to tytuł nowej książki niemieckiego dziennikarza Niklasa Franka. Znajomo brzmiące nazwisko nie jest przypadkiem. To syn osławionego Hansa Franka, zwanego „rzeźnikiem Polski”, generalnego gubernatora tej części zajętej przez Niemców Polski, która nie została przyłączona do Rzeszy. Z tego najbardziej znany jest nad Wisłą ojciec autora nowej książki, z jego brutalnych i krwawych rządów.

Jednak stanowisko zarządcy Generalnej Guberni to tylko część jego zasług dla Tysiącletniej Rzeszy. Hans Frank wcześnie związał się ruchem narodowosocjaIistycznym i Adolfem Hitlerem. Już w 1923 roku wziął udział w nieudanym puczu monachijskim. Wcześniej wstąpił do SA, a od 1925 był zaufanym prawnikiem Hitlera. W roku 1927 został członkiem NSDAP, w 1930 posłem do Reichstagu, a po zdobyciu władzy przez brunatnych socjalistów ministrem bez teki w rządzie III Rzeszy.

Najważniejszą, choć nie tak spektakularną, rolę odegrał jako główny twórca systemu prawnego nazistowskich Niemiec, opierającego się na zasadzie wodzostwa. Pierwotnym źródłem prawa nie było tam prawo naturalne, czy przestarzały Dekalog. Była nim wola wodza, przy czym wola ta nie musiała być skodyfikowana ani w jakikolwiek sposób zapisana. Wystarczyło ustne polecenie, by było ono podstawą do tworzenia aktów prawnych niższego rzędu.

Zasadą wodzostwa usiłowali usprawiedliwić swe czyny sądzeni w Norymberdze niemieccy zbrodniarze. Bezskutecznie. Międzynarodowy Trybunał Wojskowy kierował się prawem naturalnym, obowiązującym w państwach zbudowanych na chrześcijaństwie, i Hans Frank, wraz z innymi skazanymi na karę śmierci zbrodniarzami, zawisł na szubienicy w nocy 16 października 1946.

Nawiasem mówiąc, proces norymberski jest ważnym argumentem w dyskusji o wyższości prawa stanowionego czy naturalnego. Według prawa stanowionego nie można byłoby skazać tych zbrodniarzy, gdyż postępowali oni zgodnie z tymże prawem. Dopiero odwołanie się do prawa naturalnego pozwoliło na nazwanie zbrodniarzy zbrodniarzami i wymierzenie im sprawiedliwości. Sprawiedliwość też bardziej związana jest z prawem naturalnym niż stanowionym.

Z ojcem i swoją rodziną rozliczał się Niklas Frank w książkach, publikacjach, wywiadach i spotkaniach z młodzieżą szkolną. Uderzająco okrutnie i brutalnie brzmią jego oceny własnego ojca. Cóż, zdarzają się synowie krytykujący swych ojców, często nie bez racji. Jednak opinie Niklasa Franka należą do ekstremalnych i z tego powodu wzbudziły głosy krytyki. Wielu uważa, że syn nie powinien tak pisać o ojcu. Z drugiej strony Hans Frank był ekstremalnym zbrodniarzem, trudno w jego postaci doszukać się jakiś pozytywów.

Radykalną i bezkompromisową ocenę swego ojca rozpoczął w pierwszej swojej książce Mój ojciec Hans Frank, wydanej w roku 1987, w czasie, gdy, jak pisze Josef Wirnshofer – recenzent Süddeutsche Zeitung, Niemcy byli zajęci głównie przemilczaniem terroru narodowych socjalistów. Nie przebiera w niej w słowach: "Skręcenie Ci karku uratowało mi spaprane życie", rzuca określenia takie jak tchórz i kłamczuch.

Moja rodzina i jej kat jest efektem przestudiowania korespondencji Hansa Franka z rodziną w czasie jego pobytu w norymberskim więzieniu. Trudno w tych listach znaleźć uznanie swojej odpowiedzialności za zbrodnie. Przeważa użalanie się nad sobą i swoim losem. Niklas Frank pokazuje, jak Hans Frank i jego żona odsuwają od siebie wszelkie poczucie winy, dodając sobie otuchy, a przecież doskonale wiedzą, że jego ojca czeka tylko śmierć, tak przytłaczające są dowody. Dowody, jakie on sam w dużym stopniu zabezpieczył, skrupulatnie notując swoje dokonania w okupowanej Polsce. Notował, by przekazać potomnym, jak sumiennie i odpowiedzialnie podchodził do powierzonych mu zadań. Z jego opasłych, szczegółowych notatek skorzystali norymberscy sędziowie.

W końcu Niklas Frank stawia swojej rodzinie i Niemcom gorzką diagnozę, że nigdy uczciwie nie przyznali się do swych zbrodni. Moja rodzina i jej kat pokazuje, jak jeden z głównych organizatorów Holocaustu radzi sobie z kwestią winy i odpowiedzialności. I jak zaraz po wojnie rodzina zaczyna przeżywać to, co wkrótce ogarnia cały kraj: wielkie wypieranie.

To akurat niezbyt odkrywcze, choć mało kto o tym głośno mówi. Wprawdzie nie ukrywa się dziś w Republice Federalnej niemieckich, a raczej „nazistowskich” zbrodni, szczególnie wobec Żydów, to trudno znaleźć dziś Niemca otwarcie przyznającego, że jego ojciec, dziadek czy pradziadek był zbrodniarzem. A przecież masowych zbrodni nie dokonali pojedynczy ludzie. To była ogromna, państwowa, mordercza machina, z olbrzymim aparatem urzędniczym, policyjnym i wojskowym. Ruch brunatnych socjalistów był ruchem masowym a opór symboliczny, w zasadzie go nie było. Miliony Niemców z entuzjazmem maszerowały najpierw w marszach z pochodniami, a później w szeregach ruszających na podbój świata. Byli to normalni, dotychczas uczciwi obywatele, którzy jakoś godzili w swoim sumieniu zabijanie cywilów. Z początku na rozkaz, bo rozkaz to rozkaz, później bez rozkazu, bo chodziło tylko o podludzi. A o rabunkach można pisać tomy. Dzieła sztuki są tylko częścią tego wielkiego rabunku. Problemy z ich odzyskaniem, graniczące z niemożnością, są dobrym wskaźnikiem poziomu świadomości współczesnych Niemców, Austriaków i ich pomagierów.

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura