Zbigniew Kopczyński Zbigniew Kopczyński
157
BLOG

To nie jest Prima Aprilis

Zbigniew Kopczyński Zbigniew Kopczyński Polityka Obserwuj notkę 1
Za oceanem pojawiły się zdjęcia wysokich urzędników w eleganckich, lecz nieco za dużych butach. Okazało się, że obuwie to zakupił dla nich prezydent Donald Trump, by odpowiednio się prezentowali. Rozmiarów nie dobierał, sądząc, że skoro pasują jemu, to innym też będą.

Dawno, dawno temu pisałem śmieszne, a przynajmniej tak mi się wydawało, opowieści primaaprilisowe, pokazujące do jakich absurdów doprowadzić może realizacja chorych idei prześwitujących wtedy dopiero w lewackich głowach. Było to klasyczne sprowadzenie do absurdu, z oczywistym założeniem, że nikt zdrowy na umyśle nie potraktuje tego serio. Zdrowy na umyśle nie, ale lewackie umysły to już jak najbardziej. Wcześniej więc niż później moje idiotyczne pomysły doczekały się realizacji. Nauczony więc doświadczeniem przestałem wymyślać odleciane historie, by nie podsuwać lewakom pomysłów. W okolicach 1 kwietnia pozostało mi zatem opisywanie wybranych, idiotycznych zdarzeń z codziennego życia polityków, nie tylko polskich. Tam Prima Aprilis trwa cały rok.

Głupie wypowiedzi i brak elementarnej wiedzy nie są unikalną cechą polskich ministrów. W krajach sąsiednich wcale nie jest gorzej. Ot, taka Nina Warken z CDU, niemiecka minister zdrowia, w wywiadzie dla portalu Politico wyraziła zaniepokojenie możliwym brakiem lekarstw w najbliższym czasie spowodowanym wojną USA z Iranem i zamknięciem w jej wyniku cieśniny Ormuz. Według pani minister cieśniną Ormuz przepływają statki z Indii i Chin wiozące niezbędne leki. Cóż, minister Warken najwyraźniej tkwi w początkach ubiegłego wieku, czasie budowy linii kolejowej Berlin – Bagdad, by nią, a dalej statkami Tygrysem i Zatoką Perską docierać do Indii i Chin z wymianą handlową. I nie jest to Prima Aprilis.

W piątek, 13 marca, w Sejmie Rzeczypospolitej miało miejsce ważne i podniosłe wydarzenie. Na salę obrad wkroczył dawno nie widziany tam premier, a zarazem poseł, Donald Tusk. Wejście to wywołało entuzjastyczną owację lewej strony sali. A mówiąc po polsku: premier Donald Tusk, będący jednocześnie posłem i pobierający z tego tytułu odpowiednie uposażenie, po długiej nieobecności zjawił się w robocie. Ten nagły przypływ pracowitości lidera Koalicji Obywatelskiej wywołał entuzjazm jego wyznawców. Takie rzeczy tylko w Polsce. I nie jest to Prima Aprilis.

Minister Radek Sikorski, jak na oksfordczyka przystało, wie wszystko, a przynajmniej wypowiada się autorytarnie na wszystkie tematy. Niedawno oskarżył Prawo i Sprawiedliwość o to, że „w dniu 26 września 2016 roku, oddał Rosji cały zasób wytworzonego w Polsce wzbogaconego uranu.” Mocne oskarżenie i dowód na wspieranie Putina przez PiS.

Ministrowi Sikorskiemu wszystko się pomyliło, nie pierwszy raz z resztą. Zapomniał, że dostawa była ostatnią wykonaną na podstawie umowy z Rosją zawartej w roku 2009 przez rząd Donalda Tuska. To raz.

Nie był to „wytworzony w Polsce wzbogacony uran” tylko zużyty w Polsce uran wytworzony w Rosji i oddawany jej, jako krajowi wytworzenia, do utylizacji. Polska wzbogaconego uranu nie wytwarzała i nie wytwarza. To po drugie.

A po trzecie nie był to „wzbogacony uran”, czyli paliwo jądrowe, tylko zużyte paliwo jądrowe, a więc to, co zostaje po jego wypaleniu, a z czego raczej nie da się zbudować bomby. Pomylenie wzbogaconego uranu z zużytym paliwem, to tak jak pomylenie węgla z popiołem lub benzyny ze spalinami. Można? Można! Pokazał to minister Sikorski i nie jest to Prima Aprilis.

Za oceanem pojawiły się zdjęcia wysokich urzędników w eleganckich, lecz nieco za dużych butach. Okazało się, że obuwie to zakupił dla nich prezydent Donald Trump, by odpowiednio się prezentowali. Rozmiarów nie dobierał, sądząc, że skoro pasują jemu, to innym też będą. To też nie jest Prima Aprilis.

Krytyczny stosunek prezydenta Nawrockiego wobec pożyczki SAFE skrytykował, wypowiadając się ex cathedra, minister energii Miłosz Motyka. Minister, jak to minister, wszystko wie lepiej. Wie też, że „Jedyna walka, na jakiej (Nawrocki) się zna, to klepanie po mordach w lesie. To jest jego jedyne doświadczenie i jedyne, co potrafi to, żeby się z kimś ustawić i kilkunastu na kilkunastu przed meczem się pokładać.”

W swej zapalczywości nieostrożnie się zagalopował. Ustawki kibiców, choć trudno je usprawiedliwić, mają jednak coś ze specyficznie pojętego etosu rycerskiego. Jakieś reguły tam są. W końcu, jeśli dorośli mężczyźni umawiają się na bicie po mordach, to co mi do tego. Sami chcieli. O ile wybitych zębów nie będą wstawiać na koszt NFZ.

Co innego napadać znienacka na innych przy pomocy niebezpiecznych narzędzi, np. metalowego kabla, przeganianie ze stadionu i spychanie do wody. To już jest czysta bandyterka. A takimi dokonaniami chwalił się swego czasu premier rządu, w którym Miłosz Motyka jest ministrem.

Ale najzabawniejsze jest „To jest jego jedyne doświadczenie i jedyne, co potrafi”. Mowa, oczywiście o dawaniu sobie po buzi. Cóż, w oczach tak doświadczonego człowieka jak Miłosz Motyka, bardzo amerykański życiorys self-made mana, start z robotniczej dzielnicy, ukończenie studiów, doktorat, kierowanie dużymi instytucjami: Muzeum II Wojny Światowej i Instytutem Pamięci Narodowej, a następnie wygranie wyborów prezydenckich przy zablokowanych funduszach budżetowych i wielu innych przeciwnościach, to żadne dokonania.

No to spójrzmy na doświadczenie 34-letniego życia ministra Motyki. Po ukończeniu studiów rolniczych związał się z Polskim Stronnictwie Ludowym pracując tam jako działacz partyjny, czyli aparatczyk na kolejnych szczeblach w strukturach tej partii. Po objęciu władzy przez trzynastogrudniowców został wiceministrem klimatu i środowiska, a później ministrem energii, oczywiście z partyjnego rozdania. I taki średni partyjny aparatczyk ocenia prezydenta traktując go jak wioskowego głupka. To naprawdę nie jest Prima Aprilis.

Wróćmy do zapracowanego premiera. Z wrodzoną sobie pracowitością przeanalizował dokładnie, że propozycja SAFE 0% autorstwa prezesa NBP jest bez sensu, jako że NBP notuje straty i dalsze straty zapowiada. A skoro bank jest na minusie, to skąd ma mieć pieniądze dla wojska? Proste? Za bardzo.

Premier, w końcu historyk, nie musi znać się na bankowości. Niemniej Kancelaria Prezesa Rady zatrudnia ponad 800 osób, a w podległym premierowi Ministerstwie Finansów ładnych parę tysięcy znakomitych – bez wątpliwości – fachowców. Jest więc kogo zapytać, kogo się poradzić. Mógłby któryś z nich wytłumaczyć premierowi, że Narodowy Bank Polski to nie spółka prawa handlowego i zysk, i strata liczą się tam inaczej niż w spółce z o.o. Co więcej, są tam takie dziwy, że można mieć stratę i móc wygenerować duże pieniądze. Czy Donald Tusk tego nie wiedział, czy nie chciał wiedzieć, czy może wiedział, ale łgał jak zwykle, pozostaje jego tajemnicą.

 Do klasyki robienia ludziom wody z mózgu przejdą wypowiedzi premiera przekonujące, że trzyprocentowy (podobno, bo jeszcze nie znane są szczegóły) kredyt z licznymi uwarunkowaniami jego wykorzystania jest korzystniejszy od bezwarunkowego, darmowego kredytu, a może darowizny. A to, że w te brednie wierzy tak mniej więcej 30% Polaków, to też, niestety, nie jest Prima Aprilis.

Parlament Europejski rozstrzygnął wątpliwości co do transkobiet, czyli mężczyzn udających kobiety. Otóż, według archaicznych wyobrażeń, mężczyzna, któremu obcięto to i owo i którego nafaszerowano hormonami, nie stawał się kobietą, bo o płci decyduje układ chromosomów. Na dowód przytaczano to, że żaden taki przetransferowany mężczyzna nie urodził dziecka. Okazało się jednak, że nie było to spowodowane czynnikami biologicznymi, lecz brakiem podstawy prawnej, a to się właśnie zmieniło. Otóż Europarlament uchwalił, że kobiety trans mogą rodzić dzieci. A skoro uchwalił, to tak jest. I nie jest to Prima Aprilis.


Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj1 Obserwuj notkę

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka