37 obserwujących
671 notek
884k odsłony
358 odsłon

Jak sanacja budowała socjalizm

Wykop Skomentuj12

Celowo użyłem tytułu z książki Sławomira Suchodolskiego, bo zachwycamy się II RP niczym kolorowym dzieciństwem. Owszem, nie przeczę, ci co trafili pod wymię a nie pod krowi ogon mogą ze spokojem i prawdą okres międzywojnia traktować jako czas spędzony szczęśliwie.

Mogę więc i ja podobnie napisać z racji moich dziadków, którzy  zarówno ze strony matki jak i ojca do biednych wówczas nie należeli.  Dziadek mój  od strony ojca posiadał na Kresach sporą masarnię oraz sklepy tekstylny w Warszawie. Od strony matki był to kresowy młyn i i 10 h ziemi.

Rodzina mojej żony natomiast  to już inna, wyższa półka. Jej babka była szlachcianką natomiast dziadek Dopartczykiem. Wykładowcą u Wawelberga i Rotwanda oraz w warszawskim gimnazjum Rontalera. Obok tego posiadał pod Warszawą własną szkołę podstawową.

Zarabiał więc nieźle na ówczesne czasy, bo jak trafiliśmy w stare rachunki było to ok. 2000 złotych miesięcznie. Biorąc pod uwagę, że prosty robotnik dostawał wtedy na rękę 100 złotych, a zwykły nauczyciel 260 złotych, kwota zarobków dziadka żony może budzić szacunek; ale wrzucę tutaj kawałek dziegciu do tej beczki i napiszę: bez przesady, bo np. aktor Żabczyński tylko za jeden dzień zdjęciowy otrzymywał 1000 złotych, a obalony przez Marszałka Piłsudskiego prezydent Wojciechowski przed zamachem majowym inkasował prawie 2 mln miesięcznie, co dzisiaj by dało prezydentowi Andrzejowi Dudzie... 10 milionów na rękę.

Dlatego ciekawość bierze jak to wtedy było też i z podatkami.

Otóż miałem dostęp do naszych (żony) prywatnych, przedwojennych szpargałów, które były cholernie dla mnie zagmatwane, dlatego nie wnikając w szczegóły napiszę, iż oddawaliśmy Młodej Rzeczpospolitej ok. 40 % tego co zarobiliśmy, plus podatek katastralny.  Podatek ten dotyczył wyłącznie samej szkoły, nie dotyczył zaś reszty placu (za ten płaciło się inną stawkę), na którym była ona postawiona  oraz domku, w którym pomieszkiwał w lato właściciel - tutaj także był oddzielna cena, a także jego wygodnego mieszkania w Warszawie za które ratusz także pobierał daninę. Podatek katastralny był logicznym, co swego czasu próbowała złamać Platforma Obywatelska próbując wprowadzić na nowo podatek katastralny, ale już od całości posiadanego mienia, w dodatku po wyśrubowanych stawkach.

Czym by to groziło nie trzeba mówić: plajtami właścicieli i przejmowaniem majątku Polaków przez państwo polskie. Ups, przepraszam, w tym przypadku przez Berlin. Popierajcie więc Trzaskowskiego.

Jak to jednak wyglądało przed wojną? I dlaczego krąży owa wieść, że sanacja już wtedy budowała socjalizm. Wyjaśniam, a właściwie przytoczę - zacytuję.

"Gdybyśmy nasz interes zaczynali od konnej furmanki przed 1931 r., to płacilibyśmy tzw. opłatę kopytkową na rzecz gminy. Potem została ona zniesiona, ale pojawiła się w zamian opłata na rzecz Państwowego Funduszu Drogowego w wysokości 3 groszy od każdego tonokilometra przewożonego towaru." 

Jak więc widać furmani, wozacy węgla wcale nie mieli lekko, nie mówiąc o właścicielach aut. Tutaj sanacyjne rządy były bardziej łakome, prawo się tez zmieniało.

"Od każdych 100 kg nośności wozu konnego płaciło się tylko 9 zł rocznie. Ale jeśli woziło się zarobkowo ludzi pojazdami mechanicznymi poza obszarem swojej gminy, płaciło się co roku 100 zł od każdego miejsca w pojeździe. Od ciężarówki i traktora trzeba było zapłacić 20 zł od każdych 100 kg ich własnej masy. Od samochodu osobowego – 15 zł od każdych 100 kg. Jeśli ktoś używał przyczepy – podlegały one takim samym opłatom jak ciągnące je pojazdy. Za średnią ciężarówkę o dopuszczalnej masie całkowitej od 3,5 t do 5,5 t w Warszawie płaciło się 720 zł, czyli około 1/5 średniej pensji."

Prosto  i łatwo prowadzić więc firmy nie było można. Do tego obowiązywało obywateli jeszcze 80  progów  podatkowych od uzyskanych dochodów fiskusowi i na ZUS. 

"Przeciętnie płaciło się składkę na ubezpieczenie w ZUS w wysokości 37 proc. Interesujące są także wyliczenia prof. Romana Rybarskiego, który wykazał, że ktoś zarabiający 2 mln zł mógłby zapłacić 1,62 mln zł podatku. Było to możliwe, o ile byłby kawalerem i rentierem, mieszkał w byłym zaborze pruskim, płacił tzw. podatek wojskowy (za zwolnienie ze służby w armii) i do tego 40-proc. podatek dochodowy (dane z 1933 r.)."

Od siebie dodam, że ówczesny zawodowy oficer (ale dotyczyło to wszystkich służących w wojsku), powiedzmy pan porucznik  aby móc się ożenić musiał się wykazać zgromadzonym odpowiednim majątkiem, przekraczającym niemal zawsze  jego możliwości finansowe, zaś wybranka winna była pochodzić z odpowiedniej rodziny, charakteryzować się nieskalaną opinią oraz cechami towarzyskimi. Brak tych warunków powodował, że przełożony nie udzielał pozwolenia na ślub podkomendnemu. W języku prawnym, który często też zmieniano w tym temacie wyglądało to tak:

Wykop Skomentuj12
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura