Polska wolontariuszka o Lesbos: To poruszające miejsce, które przywodzi na myśl Auschwitz

Wolontariusze na Lesbos, fot. Magda Wolnik
Wolontariusze na Lesbos, fot. Magda Wolnik
Rok temu podczas modlitwy za uchodźców towarzyszył nam krzyż zbity z desek pochodzących z resztek rozbitej przy Lesbos łodzi. Znaleźliśmy je na tzw. śmietnisku, choć dla nas to raczej cmentarzysko - z Magdaleną Wolnik, wolontariuszką z międzynarodowej chrześcijańskiej Wspólnoty Sant’Egidio rozmawia Marianna Fijewska.
Na czym polega wasze działanie jako wolontariuszy ze Wspólnoty Sant’Egidio? Jak wygląda dla was typowy dzień na Lesbos?

Nasz poranek zaczyna się od Szkoły Pokoju dla dzieci, która odbywa się w dużym namiocie zaraz za ogrodzeniem obozu. Nazwaliśmy go Namiotem Przyjaźni. Część uchodźców kojarzy go z cyrkiem, bo ma czerwony stożkowy dach i mocno kontrastuje z szarym, pokrytym pyłem obozem. W Namiocie Przyjaźni działa Szkoła Pokoju. Zapraszamy do niej wszystkie chętne dzieci. Bawimy się, śpiewamy piosenki, prowadzimy zajęcia edukacyjne skupione m.in. na nauce czytania i pisania po angielsku i szacunku do siebie nawzajem. W tym czasie, w drugim naszym namiocie trwa kurs języka angielskiego dla dorosłych, który cieszy się wielką popularnością. Po południu do Namiotu Przyjaźni przychodzą całe rodziny, które zapraszamy na dobry, obfity posiłek. To bardzo ważny moment dnia, w którym nie chodzi tylko o jedzenie, ale o możliwość rozmowy, poznania się i zaprzyjaźnienia.

Wolontariusze Wspólnoty Sant’Egidio, którzy spędzają na Lesbos swoje własne wakacje na własny koszt, pochodzą z całej Europy. Chcemy pokazać uchodźcom, których poznajemy, że Europa może mieć życzliwą i gościnną twarz. W miarę możliwości zabieramy też grupy uchodźców na wycieczki po wyspie. Staramy się, by wśród naszych gości były osoby także z mniejszości chrześcijańskiej. W obozie jest niewielu chrześcijan. To głównie osoby pochodzące z Afryki, które nie mają żadnej opieki duszpasterskiej, ani możliwości uczestniczenia w niedzielnych Mszach św. Podczas wycieczek odwiedzamy m.in. prawosławne monastyry i wspólnie modlimy się w miejscach upamiętniających tragedie śmierci na morzu.

Organizujecie modlitwę również tutaj, w Polsce. Wydarzenie nazywa się „Umrzeć z nadziei” i odbywa się w Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy, który w tym roku wypada 26 września.
Tak, to wydarzenie odbywa się pod patronatem bp. Zadarki i komisji episkopatu odpowiadającej za migrantów. Organizujemy tydzień modlitw za uchodźców i modlimy się także za nas, abyśmy chcieli spojrzeć na tych ludzi z otwartością i okazać im solidarność. Każdy, kto chce zorganizować modlitwę w swojej parafii, może się do nas zgłosić, by otrzymać odpowiednie materiały. Podczas modlitwy wymieniamy imiona i historie tych, którzy zginęli w drodze do Europy. Chcemy, by nie byli bezimienni, choć dla nas są czasem jedynie liczbami. Rok temu podczas modlitwy za uchodźców towarzyszył nam krzyż zbity z desek pochodzących z resztek rozbitej przy Lesbos łodzi. Znaleźliśmy je na tzw. śmietnisku, choć dla nas to raczej cmentarzysko. Mieści się na północy wyspy, w ustronnym miejscu, z dala od oczu turystów. Wyrzucane są tam resztki pontonów, łodzi, kamizelek ratunkowych, prostych przedmiotów należących do migrantów, jak zagubione dziecięce buciki czy pluszaki. Los właścicieli tych przedmiotów jest nieznany. Możemy się tylko domyślać, że części z nich nie udało się przeżyć. To poruszające miejsce, które przywodzi na myśl obrazy z Auschwitz. Oczywiście Holocaustu nie da się porównać z niczym innym, ale gdy widzimy te rozrzucone osobiste rzeczy, to budzą się takie skojarzenia.

Jakie relikwie pochodzące z cmentarzyska postanowiliście przywieźć ze sobą do Polski?
Przywieźliśmy stamtąd dwie malutkie kamizelki ratunkowe. Jedna jest różowa, druga pomarańczowa. Są identyczne, więc pewnie należały do jednej rodziny, do brata i siostry. Kolega, który z nami był, prawnik z Warszawy, ma dwie córeczki w podobnym wieku. Patrząc na te kamizelki, zwykle używane do zabawy w basenie, a nie ratowania życia, trudno nie myśleć, co by było, gdyby to nasi bliscy znaleźli się w takiej sytuacji?

To, o czym pani opowiada i co pani robi, jest niezwykle poruszające. Na swoim Facebooku opisała pani powrót z Lesbos do Warszawy - podobno tuż po przylocie witały was osoby bezdomne, którymi opiekujecie się w ramach Wspólnoty. Myślę, że pani zaangażowanie w działania Sant’Egidio musi stanowić dużą część pani życia.
Lesbos to tylko kontynuacja tego, co każdy z nas na co dzień robi w swoich miastach. Przedstawiciele naszych wspólnot z całej Europy, którzy są z nami tego lata na Lesbos - od studentów po emerytów, przez cały rok angażują się w działania na rzecz ubogich, a ubóstwo ma naprawdę wiele twarzy. W Warszawie od 12 lat spotykamy się z osobami doświadczającymi bezdomności, zaczynając od przygotowania dla nich zupy i paczek z żywnością. Odwiedzamy samotne starsze osoby i mieszkańców domu pomocy społecznej, mamy kontakt także z imigrantami czy uchodźcami.

Nie nazywamy tego wolontariatem, tylko przyjaźnią, bo takie więzi szybko się nawiązują i stają raczej stylem życia. Gdy jesteśmy razem, czy to w Grecji czy Polsce, prędko pojawia się bardzo dużo optymizmu, entuzjazmu i nadziei. W takiej atmosferze zupełnie zapomina się, kto komu pomaga. Obie strony czerpią od siebie bardzo dużo sił i dobra. Rok temu na Lesbos pojechało 18 osób z polskich wspólnot Sant’Egidio, w tym roku 30, także część tych, którzy dołączyli do nas w trakcie pandemii. Dramatyczne wiadomości dochodzące z różnych części świata, które czasem przyjmuje się z obojętnością, w niektórych budzą chęć zaangażowania i pomocy.


Zobacz galerię zdjęć:

Lubię to! Skomentuj43 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka