Problemy Ukraińców w Polsce. Odwodnieni, wykończeni i wściekli

Kilkadziesiąt godzin czekania przed placówką Ukrainy. Kolejki ustawiały się w nocy, w dzień można było nabawić się udaru i poparzeń słonecznych. Fot. Google Maps/archiwum prywatne
Kilkadziesiąt godzin czekania przed placówką Ukrainy. Kolejki ustawiały się w nocy, w dzień można było nabawić się udaru i poparzeń słonecznych. Fot. Google Maps/archiwum prywatne
Spaleni słońcem, odwodnieni, wykończeni i wściekli - taki los przez kilka dni czekał obywateli Ukrainy, którzy potrzebowali pomocy w swojej placówce dyplomatycznej. Jedna z osób na dokument, który - według zapewnień urzędników - można otrzymać od ręki, czekała tydzień. W kolejkach spędziła ponad dobę. Oto jej relacja.

W piątek stanęłam przy bramie wydziału konsularnego ambasady Ukrainy w Warszawie. Potrzebowałam dokumentu, który - zgodnie z komunikatem na stronie urzędu - można było odebrać jeszcze tego samego dnia. Warunek - trzeba mieć przy sobie inne niezbędne dokumenty.

Przed wydziałem konsularnym ambasady Ukrainy

Sprawę chciałam załatwić przed pracą. O godzinie 7:30 okazało się jednak, że jestem 24. w kolejce. Dzień zapowiadał się na naprawdę długi. Ciepły poranek zamieniał się w gorące przedpołudnie, a kolejka ludzi przede mną jakby wcale nie malała.

Polecamy:

Bilans amerykańskiej interwencji w Afganistanie: 165 tys. ofiar, w tym 44 Polaków

Wałęsa także komentuje słowa Nitrasa. „Urodziłem się w wierze i umrę w wierze”

Potworny upał, pełne słońce, a na placu przed urzędem ani skrawka cienia. Wszyscy karnie czekają na swoją kolej. Kiedy po 12:00 wpuszczono mnie za bramę, podobnie jak inni, miałam nadzieję, że w końcu choć porozmawiam z urzędnikiem. Na dziedzińcu usłyszałam, jak pracownicy ustalają między sobą, ile osób wpuszczą danego dnia. Oczywiście czekający w kolejce nie mają o tych ustaleniach pojęcia. 

O 13:00 wyszedł ochroniarz i przekazał ustalenia urzędników - powiedział, że nikogo więcej już nie przyjmą. Ponad 30 osób miało odejść z kwitkiem. Prosiliśmy, żeby wpuszczono chociaż trzy osoby, które były już za bramą placówki. Wśród nich ja, kobieta z dzieckiem i starszy pan.

Przejechał 400 km, żeby dostać się do placówki. Pożyczył pieniądze na drogę, nie miał jak zapłacić za nocleg, pieniędzy starczyło mu tylko na bilet powrotny do Poznania. - Na Nowym Świecie jest kościół, gdzie przyjmują bezpłatnie bezdomnych. Może tam panu pomogą - powiedział ochroniarz.

Pani z dzieckiem była tu już drugi raz. Poprzednio zarejestrowała się przez internet, dostała potwierdzenie, że jest umówiona na wizytę. Kiedy przejechała kilkaset kilometrów do Warszawy, okazało się, że nie ma jej na liście.

Spaleni słońcem, odwodnieni, wykończeni i wściekli, zaczęliśmy przekonywać ochroniarza, by nas wpuścił. Ostrzegaliśmy, że stąd nie wyjdziemy. - Teren za bramą konsulatu należy do Ukrainy, która ma obowiązek pomóc swoim obywatelom - argumentowaliśmy. Zagroził, że wezwie policję, która nas wyprowadzi. Było nam wszystko jedno. Wszedł do budynku, po chwili wrócił, mówiąc, że pracownicy wpuszczą jeszcze 2 osoby. Po ponad 5 godzinach oczekiwania pozwoliłam wejść wspomnianej dwójce, a sama pojechałam do pracy.

Godziny spędzone na słońcu kosztowały mnie udar. Byłam cała spalona; minęło kilka dni, zanim mogłam się normalnie ubrać. W piątek nie byłam w stanie praktycznie wyjść z domu, w weekend konsulat i tak jest zamknięty. Wróciłam tam w następnym tygodniu. 

Kolejki od pierwszej w nocy. Ludzie odchodzą z kwitkiem

We wtorek przed bramą ambasady stanęłam o 6:30. Byłam 12. w kolejce. Po pięciu godzinach oczekiwania z budynku wyszedł ochroniarz i powiedział, że pracownicy nie przyjmą już nikogo. W ten dzień wpuścili tylko około 10 osób. Nie dość, że przyjmują petentów tylko przez 4 godziny dziennie, to jeszcze tego dnia stwierdzili, że kończą po trzech. Widząc nasze zdenerwowanie, ochroniarz poradził, żebyśmy następnego dnia przyszli wcześniej.


Wróciłam o godzinie 3:00 w nocy. Była już środa. Na miejscu okazało się, że niektórzy przyszli wcześniej. Byłam 7. w kolejce. Po ośmiu godzinach czekania dostałam się nie tylko za bramę, ale nawet do budynku. Urzędnik zapytał mnie o nazwisko i oznajmił, że jestem zapisana na czwartek. Oczywiście nic o tym nie wiedziałam. Jedyny kontakt podany na stronie wydziału konsularnego - telefon - po prostu nie działa. Można dzwonić godzinami, a i tak nikt nie odbierze.

Kiedy zaczęłam prosić pracownika, żeby przyjął mnie dzisiaj, krzyczał na mnie. Na nic zdały się tłumaczenia, że stoję w kolejkach po kilka godzin dziennie już drugi tydzień, jego to nie obchodziło. Inni też się na niego skarżyli. Powiedział, że ochroniarz będzie wyczytywał nazwiska osób, które zostaną przyjęte.

Do pięciu razy sztuka. Inni nie mieli tyle szczęścia

Dzień później przyszłam na 6:30. Po dwóch godzinach ochroniarz zaczął wyczytywać nazwiska z listy. Mojego nie było. Listą była kartka A4 z zapisanymi odręcznie nazwiskami. Pokazał mi listę, faktycznie, nie byłam zapisana. - Pani jest na piątek - powiedział.

W podobnej sytuacji do mnie było kilka osób. Ja mieszkam w Warszawie, więc można powiedzieć, że byłam w lepszej sytuacji. Była karmiąca matka z Poznania, była starsza pani po operacji usunięcia guza mózgu. Przez kilka dni w kolejce pojawiała się też kobieta z dwójką dzieci - twierdziła, że nie ma ich z kim zostawić. Wszyscy czekali godzinami w upale, bez skrawka cienia.

W piątek przyszłam znów na 6:30. Po niespełna czterech godzinach oczekiwania w końcu usłyszałam swoje nazwisko. Dostałam „biały paszport”, czyli tymczasowy dokument, który umożliwia mi wjazd na Ukrainę. Tylko tam mogłam odnowić pozostałe dokumenty, których ważność wygasła w czasie pandemii - paszport ukraiński. Nikt nie wie, do czego on służy, poza tym, że bez niego nie dostanie się paszportu zagranicznego. Tylko on działa jak prawdziwy paszport. Szczerze mówiąc, już traciłam wiarę, że mi się uda.

***

Opisane powyżej wydarzenia miały miejsce przed Wydziałem Konsularnym Ambasady Ukrainy przy ul. Malczewskiego 17. Konsulat przy al. Szucha, który normalnie odpowiada za wydawanie dokumentów, których potrzebowała nasza czytelniczka - nie przyjmował interesantów.

Z pytaniami o organizację pracy wydziału konsularnego, zachowania pracowników i traktowanie obywateli Ukrainy potrzebujących pomocy od urzędników swojej służby dyplomatycznej zwróciliśmy się oficjalnie zarówno do konsulatu, jak i do ambasady.

Od Wydziału Konsularnego Ambasady Ukrainy w Polsce otrzymaliśmy następującą odpowiedź: "Ze względu na charakter funkcjonowania jednostek dyplomatycznych, nie ma możliwości udzielenia szczegółowej odpowiedzi zadane pytania".

Radca ds. konsularnych: nie ma możliwości odpowiedzi na pytania

Radca ds. konsularnych Oksana Denys wyjaśniła, że interesanci są przyjmowanie zgodnie z wcześniejszą rezerwacją wizyty przez system kolejki elektronicznej. Tyle że w ten sposób można było zapisać się tylko w niektórych przypadkach. Reszta interesantów - jak zapewnia nasza czytelniczka - musiała po prostu czekać.

Urzędniczka podkreśliła, że pewien wpływ na sytuację ma rosnąca liczba obywateli Ukrainy w Polsce. „W ciągu miesiąca wydział konsularny przyjmuje blisko 3 tys. osób zarejestrowanych na wizytę” - dodała Denys.

Maciej Deja

Czytaj dalej:

Senyszyn nazywa Nitrasa konserwatystą. „Mówi to, co chce usłyszeć młodzież”

Balcerowicz na Campus Polska. „Wszystko co pisowskie jest polskie”

Kto oprócz Kramka niszczył płot na granicy polsko-białoruskiej? Co tam robi babcia Lodzia?

Afgańska posłanka płacze na spotkaniu z marszałek Witek i ministrem Błaszczakiem (wideo)

Abp Jędraszewski odpowiada na słowa Nitrasa: Żydów też próbowano opiłowywać

Lubię to! Skomentuj100 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka