Tomasz Kot rozbawił mnie i przeraził zarazem naśladując głos Grzegorza Brauna w programie Bogdana Rymanowskiego (AI zapewne słuchając tego mogłoby się zaczerwienić z zazdrości... gdyby miało czym):
https://x.com/BogRymanowski/status/2019769139686986097?s=20
Jak było widać, a właściwie słychać, nie jest tak wcale trudno być jak Grzegorz Braun, mówić jak on, nie tylko jego głosem, ale również jego poglądami.
W istocie, być jak Grzegorz Braun nie jest wcale w naszym kraju trudno: wystarczy zebrać wszystkie najczarniejsze myśli i poglądy Polaków, pozbyć się pewnych zahamowań i mówić na głos to, czego mówienie nie jest raczej wyrazem głębokiej refleksji o świecie, co raczej kwintesencją podwórkowej filozofii, a że podwórek u nas ci dostatek i wielu się na nich wychowało i spędza czas również w życiu dorosłym, jest do kogo trafić takimi poglądami i zyskać wyborców, którzy przy urnie zapewnią takiemu dostatnie i ciekawe życie na koszt podatnika.
Tak więc, żeby być jak Grzegorz Braun: wystarczy być bezczelnym i bezceremonialnym, pozbyć się tego wstydu, który każdego szanującego się intelektualistę spaliłby na popiół po wypowiedzeniu chociażby 1/1000 tego co na co dzień mówi Grzegorz Braun trafiając tym, a może bardziej jeszcze ową bezczelnością, do setek tysięcy rodaków, którzy do tej pory nie mogli znaleźć równego sobie reprezentanta.
Reprezentant jednak nie ma być równy reprezentowanemu przez siebie wyborcy, a nawet wręcz przeciwnie: powinien go przerastać pod wieloma względami, mieć większą od niego (statystycznego wyborcy) wiedzę o otaczającym go świecie i targających nim problemach, żeby mógł skutecznie na arenie wewnętrznej jak i zewnętrznej działać na korzyść tego wyborcy, który po to go wybrał, żeby jego świat uczynił bardziej znośnym. Powinien też być moralny i może nie od razu nieskazitelny, ale żeby te jego wady czy słabości nie dominowały i go nie określały. Powinien być zatem lepszy od większości z nas, bo do parlamentu nie wybieramy swojego sąsiada, z którym "wypieniamy butelki", jak pisał Norwid, z którym może nawet się i w pełni zgadzamy, ale kogoś reprezentującego coś więcej.
Polityk, nasz reprezentant nie powinien zatem starać się za wszelką cenę sprzyjać gustom domniemanych wyborców, ale być dla nich drogowskazem, który często kieruje ich tam, gdzie oni sami by nie poszli, bo nawet nie wiedzieliby, że taka droga istnieje. Ktoś taki, paradoksalnie, jest bardziej naszym reprezentantem od kogoś, kto jedynie stara się zadowolić nasze gusta mówiąc i robiąc to, co zapewnia mu nasz poklask. Ktoś taki bowiem tylko na pozór nas reprezentuje, podczas gdy tak naprawdę nas wykorzystuje. Tym bardziej, że sam najczęściej ukrywa swoje prawdziwe, a nie teatralne intencje i poglądy.
Rzecz w tym, że wielu wyborców szuka w polityce jedynie rozrywki nie traktując jej w gruncie rzeczy poważnie, tak jakby to nie od polityków i tego co zrobią zależała w dużej mierze ich rzeczywistość, ale od jakichś nieznanych, najczęściej boskich, sił, do których pewnej maści politycy lubią się odwoływać szukając alibii dla braku swojej sprawczości. A skoro wszystko to wola boża, wystarczy się na nią zdać samemu skupiając się na własnych interesach. I tak właśnie robią: ołtarzem przykrywając polityczne szambo. Szambo od czasu do czasu wybija i podmywa ołtarz, ale to prawie nikogo nie zraża: odprawić mszę można równie dobrze w gumowcach. Będzie po ludowemu. To, że tabernakulum tonie znowu w rasistowskich i narodowościowych uprzedzeniach... kto się będzie nad tym rozwodził.
Na pewno nie biskupi (z małymi wyjątkami potwierdzającymi jedynie regułę), nie mówiąc już o tych proposzczach w małych miasteczkach i wioskach, w których wciąż mamy do czynienia, jak to na prowincji, ze szczególną niechęcią do mniejszości, strachem przed którą łatwo tymi ludźmi manipulować, a u nas szczególnie pokutuje przenikająca tamte społeczności aż do trzewi nienawiść do Żydów, bo tu trudno mówić tylko o niechęci, chociaż tych Żydów tam już od dawna po prostu nie ma. Kiedyś straszono się nawzajem duchami, które chodziły po polach nocami i świeciły, ale odkąd założono elektrykę duchy jakoś przestały chodzić, albo nadal chodzą tylko nie zwraca się już na nie tak uwagi. Natura prowincji jednak nie znosi próżni i miejsce duchów zajęli Żydzi, a właściwie duchy Żydów, może tych, których wyciągnięto pod lufami karabinów z domów i powsadzano do bydlęcych wagonów, albo wykończono na miejscu.
Ostatni zostali wygnani lub zmuszeni do wyjazdu w latach 60'. Jedynie w większych miastach zachowała się jeszcze szczątkowa, kilkutysięczna mniejszość żydowska... a było ich ponad 3 mln. Wiemy komu za to podziękować i zapewne większość, choć tego nie powie wprost, nawet sobie samemu w myślach, tak właśnie to odczuwa: wdzięczność za usunięcie Żydów z naszego kraju przez niemieckich okupantów w czasie IIWŚ. Na tych głównie strachach i uprzedzeniach bazuje Grzegorz Braun i jemu podobni. Jest to wbrew Konstytucji, która wyraźnie zakazuje szerzenia nienawiści rasowej i narodowościowej, ale nie ma kto wyciągnąć z tego konsekwencji, bo z tą Konstytucją u nas jest jak z tym Dekalogiem: dla nikogo nie ulega wątpliwości, że trzeba się go trzymać, ale wiadomo też, że życie jest życiem, a poza tym kto jest bez grzechu... Tak się jednak zaczyna psucie życia społecznego i polityki: od puszczania mimo okiem łamania podstawowych przepisów prawa i Konstytucji, a największe póki co strony tego konfliktu politycznego, który toczy się u nas od ponad dwóch dekad, tym częściej wycierają sobie gęby Konstytucją im częściej ją złamali bądź łamią.
Reasumując: z tego choćby powodu być jak Grzegorz Braun to żadna sztuka w naszym kraju... wystarczy być... niedouczonym, pełnym uprzedzeń, niechęci i pustej złości, którą się maskuje własną nieudolność i indolencję życiową zrzucając na wszystkich innych odpowiedzialność za swoje niepowodzenia, najchętniej na tych o innym kolorze skóry i wyznaniu... czyż to nie proste? To nie jest raczej wielka sztuka. Sztuką jest raczej... nie być jak Grzegorz Braun. Bo żeby być najczęściej wystarczy spojrzeć w lustro. Większość potem z tym lustrem idzie do urny wyborczej i głosuje tak naprawdę na samych siebie. Widocznie nikt im nie powiedział jeszcze, że mieli wybrać swojego reprezentanta, a nie kochanka, kochankę czy innego zbawiciela od domowej nudy. I dopóki to się nie zmieni, będą się zmieniać rządy, premierzy i prezydenci, ale nie styl rządzenia. Bez tej zmiany jednak nic się nie zmieni w naszym kraju i nie tylko. Nic dziwnego, że wielu po prostu dochodzi do wniosku, że może lepiej w ogóle nie iść na wybory. W ten sposób jednak robią jeszcze gorzej, bo bez walki odają władzę i swój los w ich ręce. W ręce Grzegorza Brauna.
...
Poprzedni wpis (naciśnij na grafikę):
Wpis założycielski (tak samo):




Komentarze
Pokaż komentarze (17)