73 obserwujących
501 notek
659k odsłon
  984   1

Pieniądze i ideologia LGBT+, czyli kto i po co wspiera homonistów?

Nie płacz, wybuduje dla ciebie nowe zoo.
D. Kovacevic

image

Tak, upłynęły już dwie dekady od momentu, gdy polscy widzowie zostali uraczeni premierą „Teletubisiów” na jednym z prywatnych kanałów TV. Wyzwanie podjęła następnie telewizja publiczna prezentując kilkadziesiąt odcinków przygód kolorowych żyjątek. Mało kto pamięta jakie emocje społeczne wywołały dywagacje dotyczące podprogowego przekazu zawartego w tym serialu dla milusińskich. Było i śmiesznie, i strasznie. Trzeba przy tym zaznaczyć, iż obawy osób upatrujących w sympatycznych bajeczkach czegoś więcej niźli opowiastki dla przedszkolaków, okazały jak najbardziej uzasadnione (vide: link). Dziś z rozrzewnieniem wspominam tamte formy propagandy aplikowanej najmłodszym mieszkańcom RP, bo w porównaniu do tęczowej agitacji prowadzonej podczas manifestacji, pikiet i wieców, a także w mediach  przez osoby zajmujące eksponowane stanowiska w naszym państwie, era „Teletubisów” była prawdziwym „Wersalem”. Tą jakościową i ilościową zmianę widać gołym okiem. Jako że problem wydaje się jednym z najważniejszych dla polskiego społeczeństwa, warto  zastanowić się przez chwilę nad przyczyną obecnego stanu rzeczy.

Nim przejdę do meritum zaznaczę, iż w moim przekonaniu starając się opisać zjawisko nazywane powszechnie ofensywą „ideologii LGBT+” popełniamy zasadniczy i brzemienny w konsekwencje błąd. Otóż, nie jest żadną tajemnicą, że nie wszyscy, czy może nawet nie większość ludzi borykających się z zaburzeniami seksualności, popiera poczynania aktywistów spod tęczowej płachty. Z drugiej strony w omawianych przedsięwzięciach uczestniczy mnóstwo osób, które z punktu widzenia preferencji seksualnych na pewno przynależą do zbioru tzw. heteryków. Kto w to wątpi niechaj przyjrzy się dokładniej gremiom uczestniczącym w ostatnich paradach. Nie brakuje tam matek z dziećmi, standardowych par damsko-męskich czy też dzieciaków, nie rozróżniających jeszcze dobrze chłopca od dziewczynki. Cóż to oznacza? Ano ni mniej ni więcej tylko to, iż już dawno ruchy firmowane przez społeczności „LGBT” zostały de facto przejęte przez gestorów innego autoramentu. Ponadto na bazie tęczowego proletariatu (siłą rzeczy niezbyt licznego) powstała wciąż powiększająca swe szeregi Wszechświatowa Partia Homonistyczna. I właśnie dlatego środowiska utożsamiające się z ideologią LGBT+ i „walczące o równość” winniśmy postrzegać nie jako ruchy społeczne ale (na razie) quasi polityczne; z predylekcją do wywracania świata na nice.  Jak doszło do takiej przemiany?

Wystarczy poszperać w sieci aby przekonać  się, że początki współczesnych ruchów reprezentujących osoby „nieheteronormatywne” były dość mizerne. Wprawdzie Ameryka to wylęgarnia i rozsadnik wielu mód, ale i tam właściwie nie da się wypromować czegokolwiek bez odpowiednich środków. Nie są znane przecież przypadki, aby nawet najbardziej ideowy rewolucjonista zaspakajał swe podstawowe potrzeby promieniami słońca i kilkoma kroplami deszczu.  Zatem ogólno amerykańska propaganda w zakresie interesów „ruchów gejowskich” (przełom lat 60 i 70) oraz ekspansja ideologii „LGBT+” w skali globalnej stały się możliwymi dopiero po uzyskaniu wsparcia od poważnego biznesu. Skala tej pomocy jest  dziś naprawdę niewyobrażalna. Wspomnę tylko, że według Gay Press Report w samych Stanach Zjednoczonych na reklamę kierowaną do mniejszości seksualnych wydaje się rocznie prawie 400 milionów USD! Ile pieniędzy przeznaczają przedsiębiorstwa na różnego rodzaju „lgbt-owskie” fundacje, projekty, stowarzyszenia, kluby  i media trudno nawet policzyć. Skąd taka hojność?

Wiadomo powszechnie, iż właściciele i menadżerowie największych korporacji świata żyją przede wszystkim dla robienie biznesów. To dla większości z nas trudne do akceptacji, lecz najtwardsi gracze świata finansów często wyznają tylko jednego bożka – Mamonę.  Potrafią wprawdzie zamieniać się także na krótko w filantropów ale z rozsądnym umiarkowaniem i z pewnością nie bezinteresownie. Dlaczego zatem w kwestii wspierania homonistów wykazują brak powściągliwości? Czyżby jednak bieżące interesy? Zdaniem amerykańskich speców od marketingu siła nabywcza zaoceanicznych konsumentów spod znaku „LGBT+” wynosi ok. 800 miliardów dolarów! W naszym kraju też ma być niemała, gdyż - jak twierdzi szef agencji reklamowej S Words - są to osoby, „które nie posiadają dzieci, zatem więcej pieniędzy wydają na inne potrzeby, związane np. modą, jedzeniem poza domem czy podróżami.” W takim świetle można by zaryzykować twierdzenie, iż sprytni biznesmeni wyczuli pismo nosem i w charakterystyczny dla nich sposób bezlitośnie oraz nie oglądając się na moralne oraz społeczne  skutki przedsięwzięcia starają się poszerzyć grupę tęczowych klientów. No dobrze, lecz docelowo ile można na tym ugrać? Odbiorcami takich produktów i usług zostanie 1,5%, 3%... A niech tam! 5% konsumentów w danym społeczeństwie. To ma być sukces wart olbrzymich środków pompowanych w taki projekt? Wszak nie każdy homoseksualista czy transwestyta prezesuje lub spełnia się w wolnym zawodzie. Coś jest nie tak…

Lubię to! Skomentuj17 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo