62 obserwujących
449 notek
545k odsłon
1279 odsłon

Kilka uwag o tym jak Moskale kochają Białorusinów

Wykop Skomentuj33

Mądrość to córka doświadczenia.
Leonardo da Vinci

image

Sprawy białoruskie od kilku tygodni rozpalają do czerwoności debatę publiczną w naszym kraju. Tę prowadzoną w mediach głównego nurtu, jak i sieci. Nic w tym dziwnego, gdyż nie da się pomijać milczeniem dramatycznych wydarzeń rozgrywających się tuż przy polskiej granicy. Problem obecnego zamieszania na Białorusi rozpatrywano z różnych perspektyw i pod wieloma kątami. Nie spotkałem się jednak  – jak dotąd – z naświetleniem relacji białorusko-rosyjskich z punktu widzenia historycznego. Oczywiście poważne potraktowanie tegoż zagadnienia wymagałoby poruszenia i omówienia mnóstwa zjawisk, sytuacji, procesów, ale wydaje się, że nie zaszkodzi wspomnieć o kilku aspektach, które tak naprawdę ukształtowały dzisiejszy profil Białorusinów jako narodu i społeczeństwa. Co więcej zdarzenia, które mam na myśli,  pokazują doskonale, iż niemal powszechnie panująca sympatia Białorusinów do Rosjan nosi znamiona… masochizmu. Mocne słowa? Tak. Czy prawdziwe? Na sto procent! Przypatrzmy się zatem kilku „obrazkom” uzasadniającym ten pogląd…

Rok 1654. Wojska Rzeczypospolitej prowadzą krwawe zmagania z buntem kozackim. Na olbrzymich przestrzeniach trwa bezlitosna wojna domowa. Wiele wskazuje na to, że mimo wszystko armia koronna zdobędzie przewagę nad buntownikami (lub jak kto woli - powstańcami) i pokój znów zapanuje nad Dnieprem. Niestety, ościenne potęgi nie były zainteresowane przywróceniem spokoju w Rzeczypospolitej. Car Aleksy Michajłowicz jeszcze kilka lat wcześniej dogadał się z polskim królem i klepnął wspólną akcję wobec Chanatu Krymskiego. Czas płynął i moskiewski władca uznał, że szkoda zachodu na pogoń za odległymi celami i lepiej skoncentrować się działaniach, które szybko mogą przynieść jemu i jego państwu – jak mniemał - realne i wymierne korzyści.

W maju 1654 r. co najmniej siedemdziesięciotysięczna armia carska ruszyła ku granicom Rzeczypospolitej.  Nie przypominała jednak tej sprzed ponad dwóch dekad, kiedy polsko-litewskie oddziały rozbijały w puch zadziorne lecz słabo wyszkolone sotnie prowadzone przez brodatych bojarów. Tym razem car Aleksy, za olbrzymie pieniądze, zaciągnął pod swe sztandary tysiące Szkotów, Szwedów, Niemców, Duńczyków… Niemal powszechnie stosowane do niedawna skórzane zbroje i prymitywne łuki zastąpiły tym razem muszkiety i pierwszorzędne napierśniki. Obok dzikich formacji tatarskich stanęły całe pułki karnych lancknechtów oraz ukraińscy sojusznicy w liczbie kilkunastu tysięcy. Gdy zgromadzone siły ruszyły na Połock, Smoleńsk i Witebsk naprzeciw napastników stanęło nie więcej niźli 10 do 12 tysięcy Litwinów. Dysproporcje były przepotężne. Na nic zdały się heroiczne wysiłki, zacięte obrony poszczególnych miast, fortele wojenne i zasadzki. Wróg wniknął w ciało Rzeczypospolitej niczym nóż w masło. Rosjanie zdobyli nie tylko ośrodki ulokowane daleko na wschodnich kresach państwa polsko-litewskiego, ale również Mińsk, Słuck, Dyneburg, Mścisław i Mohylew, a także stołeczny gród Wielkiego Księstwa – Wilno. W następnych latach losy wojny potoczyły się inaczej i w roku 1667 zawarto rozejm, który – jak to bywa z prowizorkami – przetrwał faktycznie aż do pierwszego rozbioru. To jednak tylko jeden aspekt konfliktu nazywanego jeszcze w II RP „potopem moskiewskim”. Znacznie poważniejszymi były nie militarne skutki zmagań z Moskalami…

image

Moskiewski dowódca przyjmuje kapitulację grupy żołnierzy Rzeczypospolitej  (1654 r.)

Już od samego początku wojska rosyjskie potwierdzały opinię o swym barbarzyństwie. Choć oficjalnie interweniowały na terytorium Rzeczypospolitej w obronie wspólnot prawosławnych, to de facto nie oglądały się na ryt w którym modlili się mieszkańcy poszczególnych osad, wsi i miast. Tak jak bez litości pozbawiały życia niemal każdego katolika, to z równym zapałem podrzynały gardła, siekły szablami i kłuły pikami unitów oraz prawosławnych. W zdobytym Smoleńsku, tych którzy nie chcieli przejść na wiarę Moskali, zgromadzono w domach i… spalono żywcem. Nie miało znaczenia czy dana forteca uległa na skutek oblężenia czy poddała się przerażona samym widokiem uzbrojonych najeźdźców. Słabych wyrzynano, a pozostałych i przydatnych brano w moskiewski „jasyr”. Rzemieślników i chłopów pętano i wysyłano setkami i tysiącami w najdalsze krańce włości cara. Była to robota zbrodnicza, ale równocześnie systematyczna i przemyślana.

 Apogeum wojennej orgii miało miejsce w sierpniu 1655, kiedy to po przegranej przez Litwinów bitwie (8 sierpnia)  wojska carskie zajęły Wilno. Wspólnie z kozakami rozprawiono się z mieszkańcami stolicy Wielkiego Księstwa. Krew płynęła szerokim i głębokim potokiem. Rabowano wszystko co posiadało jakąkolwiek wartość. Zrywano dachówki, zdobienia, dachy kościołów. Według świadka, który niebawem po tych wydarzeniach znalazł się w stolicy Rosji: Zdobycz w gotowych pieniądzach, w srebrze, złocie, drogich kamieniach i sprzęcie nie do opisania. O jej wartości przekonaliśmy się naocznie w sklepach i na targu w Moskwie. Byliśmy zdumieni patrząc na srebrne naczynia, srebrne zamki i gwoździe przy skrzyniach, srebrne okucia karet.  Wartość talara spadła wskutek obfitości w obrocie, niewolnicy za bezcen. Car zabrał siedem kopuł z pałacu Radziwiłła, pokrytych złotem i przywiózł do Moskwy wraz z kolumnami z czerwonego i różnobarwnego marmuru, a przy tym podłogi, stołów biesiadnych bez liku - rzadkości, o jakich Moskale nie mieli dotychczas wyobrażenia. I teraz najciekawsze i najsmutniejsze… Według badaczy tematu ludność Wielkiego Księstwa w wyniku inwazji moskiewskiej skurczyła się o 1/3, czyli starty osobowe były stosunkowo większe od tych poniesionych w trakcie II Wojny Światowej! Samo Wilno, w którym wymordowano – prawdopodobnie – kilkanaście tysięcy mieszkańców, przez niemal dwa wieki nie powróciło, pod względem zaludnienia, do stanu sprzed roku 1655. Gdy uwzględnimy fakt, że większość ofiar moskiewskiego bestialstwa stanowili Rusini (Białorusini wg, dzisiejszej nomenklatury) to staje się jasnym, że wspólnota wschodniosłowiańska, tak często wypisywana na rosyjskich sztandarach, okazała się li tylko sloganem. Ale nie tylko wtedy…

Wykop Skomentuj33
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura