73 obserwujących
499 notek
651k odsłon
  5399   0

Manifest z Ventotene, czyli po co komu Stany Zjednoczone Europy?

Choć to szaleństwo, jest w nim przecie metoda.
W. Szekspir

image

Tę notkę musiałem napisać. Oczywiście nie po to, aby znaleźć ujście dla własnych, kłębiących się w głowie przemyśleń, ale ze względów utylitarnych. Czasem bowiem kilka słów lub zdań wystarczy, by skomplikowany problem zyskał na przejrzystości i został umieszczony w segregatorze z napisem „sprawy wyjaśnione”. Rzecz jasna nie aspiruję do roli tłumacza wszelkich zawiłości życiowych i nigdy nie pokuszę się o miano omnibusa. Wprawdzie jestem tylko człowiekiem, ale znam granice śmieszności.  Niemniej rośnie we mnie przekonanie, iż kwestia o której wspomnę poniżej, jawi się jako fundamentalna dla zrozumienia przemian dokonujących się na naszych oczach.

Ostatnio mam trochę wolnego czasu i czytam. Między innymi wpisy na S24. Zauważyłem, iż główny podział tutejszej społeczności blogerskiej przebiega po linii stosunku do przewartościowań społeczno-kulturowo-politycznych mających miejsce we współczesnym świecie. Z jednej strony cała grupa rozsądnych i trzymających się faktów komentatorów i komentatorek, dostrzegających niebezpieczeństwa płynące z kwestionowania naturalnego porządku w zakresie relacji międzyludzkich i prób obalania arystotelesowskiej logiki, a drugiej społeczność przyjmująca z dobrodziejstwem inwentarza niemal wszystkie wymysły pionierów postępu. Przykro na to patrzeć, bo gdy – dajmy na to - @Karolina Nowicka, @Madonna czy @Soroka, z uśmiechami na wirtualnych twarzach bronią dokonań progresywistów i z taką samą swawolną radością próbują bez umocowania w realu postponować interlokutorów o odmiennych poglądach, to wzbiera we mnie współczucie. Dla nich. Wszak wpisując się w modny trend nie zdają sobie sprawy z tego, że uczestniczą w produkcji sznura, na którym – co nie daj Boże – sami mogą zawisnąć. Przesadzam?

Mało kto pamięta, że obecne elity polityczne Europy w znacznej, a prawdopodobnie przeważającej mierze, wywodzą się ze środowisk lewicowych; żeby nie powiedzieć lewackich. No i co z tego? Ano ma to bardzo istotne znaczenie dla wytłumaczenia decyzji podejmowanych przez wpływowe europejskie gremia. Jak wiadomo za decyzjami krok w krok idą wdrożenia. Przyjmij, bo nie dostaniesz pieniędzy. Podpisz, bo źle napiszemy o tobie w gazetach. Zamilcz, bo wystrugamy z ciebie oszołoma. O ile wiem, nie podobają się one znacznej części moich rodaków, którzy wprawdzie je z bólem tolerują, ale w żadnym razie nie afirmują. Rozdźwięk pomiędzy decyzjami „Brukseli” a odczuciami ludu (głównie środkowoeuropejskiego) nie jest żadnym przypadkiem. Obecnie Komisja Europejska i większość Parlamentu Europejskiego został wychowana w warunkach i w oparciu o idee zupełnie obce „pospólstwu”.

O naszych wartościach nie trzeba wspominać. Są tak naturalne jak szum fal i wschód słońca. Pamiętają o nich zarówno blogerzy krajowi, jak i zagraniczni, akceptujący przekonania, że chłopak nie powinien chodzić w sukience, że hołdowanie tradycji to wcale nie przejaw obskurantyzmu, istnieją przedwieczne siły dążące do stanu społecznej równowagi a pieniądze, choć ważne, to nie wszystko. Znacznie istotniejszym jest to, iż ośrodki decyzyjne UE zostały opanowane (dokumentnie?) przez zwolenników chorej ideologii. Skąd to przekonanie? Wynika ono z oceny faktów. Choćby tego rodzaju jak bezwstydne oddawanie hołdu K. Marksowi czy A. Spinellemu przez czołowych polityków Unii. Uśmiechy, całusy, brawa w cieniu pomnika jednego z najniebezpieczniejszych ideologów w dziejach.  Przejdźmy teraz do sedna…

Od tysięcy lat homo sapiens przemierza mozolnie drogę wyznaczoną mu przez Najwyższego. Człowiek potyka się, raduje, uczy, odradza, cierpi… Tak już po prostu jest. Niestety, istnieją środowiska, którym marzy się wejście w buty Boga i zorganizowanie żywota ludzkiego według recept wykoncypowanych w umysłach ludzkich. Mało tego! Od czasu do czasu pojawia się głębokie przekonanie, iż istnieją osoby i kręgi, które z jakichś powodów są predestynowane do urządzania życia „ciemnym masom”. Początki takiego podejścia nikną w mrokach przeszłości i są charakterystyczne dla… Zostawmy to. W tym momencie znacznie bardziej interesującym jest fakt, iż mimo wielu nauczek przekonanie o konieczności dokonywania korekt w planie bożym jest wciąż żywe. Doskonale widać to na przykładzie miłości rządzących Europą do przesłania A. Spinellego.

Altiero Spinelli był z krwi i kości komuchem. Ortodoksyjnym, gdyż nawet sowieccy bolszewicy wykluczyli go z partii za odchylenie trockistowskie. Miał tyle szczęścia, że bufon zwany B. Mussolini, nie odebrał mu życia, lecz wysłał go do diabła na dobrych kilka lat. A dokładnie na małą, zamieszkaną ledwie przez kilkaset osób,  wysepkę o nazwie Ventotene. Tam, pozbawiony swobody poruszania się, Spinelli wraz z jeszcze bardziej radykalnym towarzyszem, Ernesto Rossim, spłodził manifest, wyrażający „prawdę objawioną” i – w ich zamierzeniu – mający być drogowskazem dla polityków post-wojennej Europy. Zdał sobie sprawę, że brutalne bolszewickie metody są skuteczne jedynie na krótką metę i doszedł do wniosku, że najważniejszym celem w procesie dochodzenia do komunizmu jest odpowiednie przeformatowanie umysłów. Cóż zatem spłodzili pilni czytelnicy prac Marksa i Engelsa?

Lubię to! Skomentuj162 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka