76 obserwujących
532 notki
719k odsłon
  466   3

W stalowym uścisku odrażającej choroby, czyli opowieść o dwóch Wojciechach

Choroba jest na ogół początkiem tego równania, którego wynikiem jest śmierć.
S. Johnson
image

Swego czasu zaczytywałem się w pamiętnikach oraz diariuszach pozostawionych potomnym przez naszych antenatów. Żyjących w XVI, XVII i XVIII wieku. To były naprawdę pasjonujące doznania. Przepiękne opisy sytuacyjne, bystre spostrzeżenia natury etnograficznej, groza i radość oddane metodami godnymi piór najlepszych współczesnych scenarzystów, charakterystyki pierwszorzędnych statystów ówczesnego świata współistniejące ze „zdjęciami” tych przeciętnych i tych najmniejszych,  miłość i krew, wspomnienia miejsc i społeczności, które odeszły już do Hadesu. To co jednak najbardziej mnie intrygowało to opinie twórców owych świadectw. O świecie, o ludziach, o ustrojach, o gospodarkach, o stylach, o erotyce i o… sprawach politycznych.

Szczególnie te ostatnie zagadnienia traktowano z wielką namiętnością. Można by rzec, iż niejeden autor przelewając swe myśli na papier wychodził ze skóry pomstując na oponentów, władców, sąsiadów czy wrogów. Wychylał przy tym prawdopodobnie sporo kieliszków mocnego trunku, bo pikantne dykteryjki zamieszczane w celu zdyskredytowania reprezentantów przeciwnego obozu, czy też słownictwo zawierające mnóstwo siarczystych i w pewien sposób uroczych przekleństw, nie mogły (chyba?!) wychodzić spod pióra trzeźwego niczym świnia memuarysty. Tego rodzaju przypuszczeń dotyczących stanu fizycznego i duchowego naszych przodków-literatów w trakcie tworzenia zapisków można zgłosić bez liku. Jedno jednak jawi się jako pewnik. Otóż, nie mam najmniejszych wątpliwości, że żadnemu z nich - poczynając od takich tuzów jak S. Żółkiewski czy J. Sobieski, poprzez J.Ch. Paska czy S. Proskiego, a kończąc na takim drobiazgu jak M. Sokolnicki -  nie przyszło nawet do głowy, iżby musiał hamować się i ograniczać jakąkolwiek politpoprawnością. Ba! Gdy w roku 1635 nowy władca Kremla, czyli M. Romanow, za pośrednictwem posłów zażądał od Władysława IV Wazy spalenia dzieł krytycznych wobec carów i srogiego ukarania ich twórców, wzbudził tym wesołość nie tylko u króla ale i u całej braci szlacheckiej. Takie to były czasy. Tacy to byli ludzie. Trudno się temu dziwić skoro obyczaje i wartości panujące w ówczesnej Rzeczypospolitej bazowały na najlepszych tradycjach świata antycznego, w którym zwykły adwokat lub „rycerz” mógł publicznie (bez konsekwencji!) wyrzucać rzymskiemu imperatorowi   mankamenty prowadzonej polityki. Było, minęło…

Wspominam o tym, gdyż w ostatnim czasie resztki owej tradycji, polegającej na swobodnej wymianie myśli dotyczących dobra obywateli i Rzeczypospolitej, ulegają przyspieszonej eliminacji. I nie w tym rzecz, iż foruje oraz wspiera się głosy jednej, de facto wielofrakcyjnej, strony (bo to, choć absolutnie  nie jest godne pochwały, to  jakoś tam da się po ludzku zrozumieć), lecz  problem w tym, że stosuje się zmasowane, często z pogranicza bandyterki i bezpardonowe metody mające nie tylko zamknąć buzie ale wręcz zniszczyć adwersarzy. W tym celu przykrywane są mokrym ręcznikiem i odstawiane w kąt wszelkie zasady, na których opierać się winno funkcjonowanie wolnego społeczeństwa. Wbrew szumnym deklaracjom o umiłowaniu wolności słowa, wartościach patriotycznych, potępianiu nieuczciwych praktyk, swobodzie gospodarczej, równym traktowaniu każdego obywatela itd. itp., jednych traktuje się niczym trędowatych, a drudzy otrzymują placet na wszystko. Nawet na działania głupie i szkodliwe z punktu widzenia interesu państwa i narodu. Przykłady?

Dosłownie kilka dni temu w Telewizji „Republika” miał zostać wyemitowany program E. Stankiewicz poświęcony zagadnieniom energetycznym w kontekście sporu o Turów. Po jednym z (trzeba przyznać) trudnym pytaniu, prominentny i – co by nie mówić – zasłużony dla Polski polityk, zareagował alergicznie i zagroził: „Zerwę pani ten program”. I słowo ciałem się stało!

Jeszcze jaskrawszym przykładem zamierania wolności słowa oraz prawa do jego głoszenia jest sprawa filmu i książki „Powrót do Jedwabnego 3”. Autorzy prezentując swoją (dobrze udokumentowaną!) wersję wydarzeń z 10 lipca 1941 r., mieli pełne prawo do powtórnego zainicjowania debaty na niezwykle kontrowersyjny temat. Mało tego! Zarówno film, jak i książka, nie są li tylko wydarzeniami kulturalnymi, ale bezdyskusyjnie mają również walor cywilizacyjny i historyczny. Dodatkowo stanowią pendant do debaty o  kondycji ekonomicznej obywateli RP w niedalekiej przyszłości. Niestety tenże ważny głos liczne środowiska starają się bardzo intensywnie zagłuszyć. W kraju, w którym interes mieszkańców znajdowałby się rzeczywiście na pierwszym miejscu, podobne wydawnictwa wywołałby ogólnonarodową debatę. Mówiono by o nich w domach, rozgłośniach radiowych, telewizjach, na uczelniach… A tu klops. Nie dość, że ośrodki predestynowane do wspierania tego rodzaju inicjatyw zastosowały swoistą omertę, to inne grupy z miejsca przystąpiły do aktywnych działań mających na celu spostponowanie i uniemożliwienie dotarcia do ludzi przekazu autorów wspomnianej książki i filmu. Pojawiły się zatem naciski na właścicieli lokali, w których miały odbyć się projekcje i debaty, skutkujące odwoływaniem spotkań. Sieci dystrybucyjne odmawiają włączenia do swej oferty „Powrotu do Jedwabnego 3”. Blokowane są kanały internetowe promujące tę pozycję. Na dokładkę ludzie, których dotąd na podstawie licznych wypowiedzi i artykułów wolno było podejrzewać o sympatię do prawdy przez wielkie „P”, objawili się (przynajmniej dla mnie niespodziewanie) jako członkowie chóru starającego się w hultajski sposób skompromitować twórców oraz uczestników projektu…

Lubię to! Skomentuj13 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka