86 obserwujących
566 notek
767k odsłon
  313   3

Ceny maksymalne i makabryczny przebłysk „geniuszu” posła Smolińskiego

Kto mało myśli, błądzi wiele.
Leonardo da Vinci

image

Już nie pamiętam kto, ale ktoś zaproponował, aby wszyscy kandydaci do objęcia stanowisk publicznych w Polsce przechodzili specjalne egzaminy, pozwalające określić ich kompetencje. Wiem, to chińszczyzna, ale gdy docierają do mnie coraz to nowe „genialne” pomysły politycznych reprezentantów polskiego ludu, to utwierdzam się w przekonaniu, że to warunek sine qua non. Czego? Ano tego, że bez wprowadzenia takiej procedury nasze państwo i nasz naród prawdopodobnie nie przetrwają. Przesadzam? To proszę pomyśleć: co w rzeczywistości „wyprodukował” poseł K. Smoliński, stwierdzając, iż rząd mógłby wprowadzić regulowane (w domyśle: maksymalne) ceny na niektóre produkty? Wiadomo? Nie? To odkoduję ten szyfr.

Pan poseł Smoliński niekiedy prezentuje wyważone i ciekawe opinie. I chwała mu za to. Niestety pozytywne przekazy zostały przezeń zatopione przez frazę brzmiącą: „Chcemy wprowadzić ceny regulowane na artykuły żywnościowe - chleb, cukier, mąka. Jeżeli inflacja będzie wzrastała, to nawet takie rozwiązanie może zostać wprowadzone”. Matko i córko! Gdyby parlamentarzysta Smoliński był – z całym szacunkiem – dentystą, poławiaczem pereł albo szczurołapem, to mogłoby to ujść mu płazem. Pan Smoliński wykształcił się jednak na prawnika i w tej dziedzinie przez lata się realizował. Winien zatem wiedzieć co nieco o realnym życiu, a także liznąć trochę historii. Niestety bohater notki z zacięciem godnym lepszej sprawy stara się przekonać obywateli, że z wiedzy o tych dziedzinach zasługuje na postawioną grubym czerwonym flamastrem „pałę”. Dlaczego?

Niemal dokładnie trzy dekady temu miałem okazję pogawędzić dłużej z prof. Aleksandrem Krawczukiem. Abstrahując od sympatii, czy też uwikłań politycznych tego naukowca, trzeba przyznać, iż był postacią nietuzinkową i raczej dobrze życzącą Polsce. Wniosek taki wyciągnąłem po latach na podstawie wspomnianej rozmowy, gdy przebieraliśmy w książkach oferowanych na zaimprowizowanym stoisku, a Profesor widząc, że sięgam po jedną z jego książek skromnie (serio!) zauważył, że zawarł w niej istotną przestrogę, w sam raz na dzisiejsze (czyli ówczesne) czasy. Chodziło o to, iż na początku lat 90. inflacja oscylowała wokół 40%, 50% a nawet więcej procent. Wszyscy i wszędzie, również na wspomnianym straganie, o niej debatowali. W odpowiedzi na to zjawisko pojawiały się głosy, że trzeba coś z tym zrobić (zgoda) i na przykład wprowadzić ustawowo ceny maksymalne… A. Krawczuk zaatakowany przez sprzedawcę oraz kilka innych osób  takim dictum stwierdził, iż wprowadzanie odgórnych rozporządzeń odnośnie cen podstawowych produktów sprawdza się niezwykle rzadko i tylko podczas wojny. Następnie w celu dowiedzenia prawdziwości tego poglądu stwierdził, że sporo dowodów zamieścił w pracy, którą trzymałem w rękach. Przypuszczam, że większość spośród kilku przysłuchujących się rozmowie osób puściła to mimo uszu. Ja nie. Kupiłem książkę i mam ją do dziś. Co w niej znalazłem?

Poczet cesarzy rzymskich zawiera następujący passus, autorstwa Laktancjusza (ok. 250-330 r. n.e.), który był świetnym obserwatorem procesów społecznych i w dziełku pt. Jak umierali prześladowcy napisał tak:

Powodowany nienasyconą chciwością Dioklecjan nigdy nie zezwalał na uszczuplenie zasobów skarbu. Bez przerwy gromadził dodatkowe zapasy i bogactwa, aby rezerwy trwały nietknięte. A gdy wreszcie jego przeróżne krzywdzące posunięcia doprowadziły do niezmiernej drożyzny, usiłował narzucić ustawę o maksymalnych cenach wszelkich towarów. Drobiazgi bez wartości stawały się przyczyną wielkiego przelewu krwi, tak że ze strachu w ogóle nie wystawiano niczego na sprzedaż. Drożyzna szalała jeszcze srożej, póki same wymogi życia nie usunęły ustawy. Przedtem jednak przyniosła ona zgubę wielu ludziom.

Nie da się wykluczyć, że Laktancjusz opisywał decyzje cesarskie stronniczo. Tak mogło być. Jednakże efekty wprowadzenia cen maksymalnych na ok. 1400 produktów (!) okazały się przerażające. W wielu miejscach imperium zapanował głód, wybuchały niepokoje, a jedynymi wygranymi okazali się prawdziwi spekulanci. Ci z zaułków i otoczonych złą sławą dzielnic wielkich ośrodków, jak i ci ustosunkowani i zajmujący eksponowane stanowiska w administracji rzymskiej. Kto ponosił największe koszty? Lud!

Trzeba przyznać, iż Dioklecjan, jako wywodzący się z nizin społecznych, miał najpewniej w sobie – prócz politycznego wyrachowania -  nieco troski o zwykłych ludzi. Podkreślił to zresztą w preambule dekretu z 301 r. n.e., która zaczynała się w ten sposób:

Któż jest tak dalece pozbawiony ludzkich uczuć i wrażliwości, by nie widział lub nie odczuł, że ceny towarów na targowiskach, jak i innych towarów w miastach, rosną w sposób samowolny, że tej chęci zysku nie łagodzi ani obfitość dóbr, ani urodzaj wielu lat. Tym powodowani (...) postanowiliśmy ustanowić nie ceny na towary  – takie zarządzenie byłoby niesłuszne z powodu istniejącej taniości w wielu prowincjach – lecz górną ich granicę, aby w  razie drożyzny chciwość zysku znalazła kres (...).

Tak, ponoć całe piekło wybrukowano dobrymi chęciami... Faktom nie da się jednak zaprzeczyć i trzeba stwierdzić (w tym za badaczami współczesnymi), że to posunięcie „pana świata” okazało się na dłuższą metę jeśli nie katastrofą, to co najmniej bolesną porażką. Najważniejszym w tej opowieści jest jednak fakt, iż starożytni wynosili naukę z własnych błędów i pozostawili tego rodzaju doświadczenia także do naszego użytku. Szkoda, że poseł stronnictwa sprawującego władzę nie ma chęci sięgnięcia do tej skarbnicy. Naprawdę szkoda.

-------------------------------

Obrazy wykorzystywane wyłącznie jako prawo cytatu w myśl art. 29. Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych.

Lubię to! Skomentuj38 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Gospodarka