85 obserwujących
565 notek
762k odsłony
  2036   5

Kijów i Moskwa, czyli odwieczna wróżda

Przyszłość jest prezentem, jaki robi nam przeszłość.
André Malraux

image

W marcu 2008 r. Wiktor Juszczenko podpisał dekret „O obchodach 350. rocznicy zwycięstwa wojsk pod dowództwem ukraińskiego hetmana Iwana Wyhowskiego w bitwie pod Konotopem”. Decyzja ówczesnego prezydenta Ukrainy spowodowała, iż od tej pory nasi południowo-wschodni sąsiedzi każdego roku świętują rocznicę największego zwycięstwa Kozaków (oraz sprzymierzonych z nimi Polaków i Tatarów) nad Moskalami. Faktycznie jest co czcić, bo był to nie tylko poważny tryumf wstrzymujący parcie Rosjan na zachód, ale także przykład jak narody Europy wschodniej działając wspólnie były w stanie przeciwstawić się przemocy i potędze władców rezydujący na Kremlu. Rzecz jasna dla wielu Ukraińców uzyskanie informacji o wielkiej XVII wiecznej bitwie, w której Rosjanie ponieśli srogą klęskę z rąk ich przodków było pewnym szokiem, ale należy przyjąć, iż był to wstrząs z rodzaju konstruktywnych. Do niedawna bowiem nawet wśród uświadomionych politycznie i narodowo mieszkańców Naddnieprza, Moskal kojarzył się ze zwycięzcą i bezwzględnym oprawcą. Wprawdzie pogardzanym, lecz budzącym przeraźliwy i niekłamany strach. Nie bez kozery mieszkańcy Lwowa, Żytomierza i Kijowa swych wschodnich sąsiadów zwą pogardliwie „kacapami”, czyli albo osobnikami z charakterystycznymi „kozimi” brodami albo złymi ludźmi lub oprawcami. Rosjanie nie pozostają dłużni i „Małorosjan” ochrzcili imieniem chachłów, tj. dziwnych osobników podkreślających swój image zwisającym z niemal łysej czaszki osełedcem. To taka nietuzinkowa wymiana uprzejmości. Dodać koniecznie trzeba, że nieprzypadkowa…

Pierwocin konfliktu pomiędzy dwoma wspomnianymi wschodniosłowiańskimi narodami szukać trzeba w odległej przeszłości. Wtedy to, czyli w XII stuleciu, trwały walki pomiędzy poszczególnymi książętami Rusi o prymat.  Raz zwyciężał ten, innym razem tamten. Zawsze jednak spór ogniskował się wokół zdobycia kijowskiego tronu. Starcia bywały zaciekłe i niejeden z pretendentów płacił najwyższa cenę, ale aż po rok 1169 nikt nie odważył się na popełnienie świętokradztwa, polegającego na zniesieniu z powierzchni ziemi „matki grodów ruskich”. Tym, który złamał niepisaną umowę był władca ziemi rostowsko-suzdalskiej Andrzej Bogolubski. Książę ten zawiadywał terytorium zlokalizowanym w międzyrzeczu Wołgi i Oki, które zamieszkiwały ludy nie mające wiele wspólnego ze Słowianami. Główny komponent ludnościowy, prócz niewielkich grup pochodzenia słowiańskiego i wareskiego, składał się z ugrofińskich Muromców, Mieszczerców, Mordwinów, Merian oraz jakichś elementów (wschodnio)bałtyjskich. Prócz tego w elitach władzy pałętali się różnojęzyczni najmici. Z Kaukazu, ze stepów, znad Morza Kaspijskiego, Europy Środkowej. Prawdziwy tygiel plemienny. Pstrokacizna obyczajów, kultur, tradycji, języków. Tym co spajało populacje była wiara ruska i osoba księcia, który żelazną ręką trzymał za twarz swych poddanych, zwanych nawet w tamtejszych dokumentach pogardliwie „chołopami” i „rabami”. Już wtedy, tj. prawie dziewięć wieków temu, osoba panującego posiadała status półboga. Poddani w obecności księcia padali na twarz, władca mógł bez krygowania się zabrać rodzicom dzieci, każdego mieszkańca można było  skazać bez prawa do obrony, wiece ludności zostały zakazane, nikt nie był pewny posiadanej własności… Prawdziwa totalitarna Azja! Inaczej wyglądało to na ziemiach podległych Kijowowi (i na północy; np. w Nowogrodzie Wielkim). Stolica dzisiejszej Ukrainy była ośrodkiem bogatym, ludnym, sławnym. Każdy z rządzących musiał liczyć się z opiniami bojarów i mieszczan. Wciąż pielęgnowano tradycje wiecowania, a w przypadku, gdy na stolcu książęcym zasiadał typ spod ciemnej gwiazdy, lud potrafił pokazać mu: gdzie raki zimują. Ponadto to Kijów dzierżył palmę pierwszeństwa w zakresie propagowania chrześcijaństwa, a obyczaje i zasady w nim panujące promieniowały na setki, jeśli nie tysiące kilometrów, wokół. Nie bez przyczyny wielu ówczesnych kronikarzy zwało miasto nad Dnieprem „perłą Grecji”, czyli świata prawosławnego. 

W marcu 1169 r. armia syna Jerzego Dołgorukiego (założyciela Moskwy) podeszła pod bramy Kijowa. Po przełamaniu oporu obrońców wojska Bogolubskiego przez cztery dni srożyły się w starej stolicy. Kradziono wszystko co przedstawiało jakąkolwiek wartość. Palono domy mieszkańców, budynki użyteczności publicznej, cerkwie. Mordowano mężczyzn, kobiety, dzieci i starców. Dziejopisowie wspominający o tych wydarzeniach zaznaczali, że okrucieństw  zaprezentowanych przez „ruskich” najeźdźców z północy nie znali nawet pogańscy Połowcy. Podobno okrutnicy nie obcinali głów pokonanym, ale je wyrywali z ludzkich korpusów. Wyciągano płody z łon brzemiennych matek. Palono żywcem całe grupy ukryte w świątyniach… Makabra! Co istotne, Suzdalcy prócz tłumów jeńców uprowadzili również skarby typu sakralnego. A więc: naczynia liturgiczne, księgi, ozdoby, drogocenne przyrządy i przede wszystkim bezcenne ikony. Taki celowy zabór na wzór działań przeprowadzonych przez wojów czeskiego Brzetysława w naszym Gnieźnie w 1038/39 r.   Od tego czasu Kijów skarlał, a stolica ziemi rostowsko-suzdalskiej, będącej sercem współczesnej Rosji, czyli Włodzimierz, począł rozkwitać. Warto dodać, że Andrzej Bogolubski, uznawany za twórcę fundamentów  potęgi Zalesia, niezbyt długo cieszył się wiekopomnym sukcesem. Kilka lat później został rozniesiony na ostrzach spiskowców, wśród których prym wiedli: Jakim Kuczkowicz (Bałt) i jego zięć Piotr (prawdopodobnie Fin),  Ambał (Osetyniec), Petr Styriata (Skandynaw) oraz Efraim Mojżeszowicz (Żyd), a jego doczesne truchło, które chciano rzucić psom na pożarcie uchronił przed profanacją… Kuźma Kijowianin. Prawdopodobnie człek uprowadzone ze „zgwałconego” nieco wcześniej Kijowa.

Lubię to! Skomentuj52 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka