96 obserwujących
670 notek
1010k odsłon
  433   2

Wojna, geopolityka i… red. Łukasz Warzecha

Bajki wam niosę, posłuchajcie, dzieci.
Ignacy Krasicki
image

Po pracowitym dniu i  wieczornej dawce mundialowych emocji przyszła pora na ziuźku. Wskazówki zegara zbliżały się do 23:00, oko z lekka się przymykało… Zieeew. „A może sprawdzę jeszcze – co tam słychać w wielkim świecie?”. Traf chciał, że na samej górze ekranu wyświetlił mi się zwiastun debaty, dwóch interesujących postaci. Ł. Warzechy i M. Budzisza. Temat: „Czy możliwa jest nowa wersja I Rzeczypospolitej?”. Znów zieeew, ale klikam. I nie pożałowałem.

W tym miejscu nie będę referował całego przebiegu dyskusji, bo każdy chętny sam może jej wysłuchać. Pragnę natomiast zwrócić uwagę i w skondensowany sposób poddać krytyce niektóre, lecz moim zdaniem najmocniej wybrzmiewające we wspomnianym panelu twierdzenia red. Warzechy. Żeby zachować przejrzystość ograniczę się do jedynie trzech, choć kontrowersyjnych tez było bez liku. Zatem…

Interlokutor M. Budzisza zaczął od tego, iż jego zdaniem planowanie ścisłego sojuszu z Ukrainą musi (!) napotkać właściwie nieprzezwyciężalną przeszkodę. Z rodzaju tych najtrudniejszych, bo cywilizacyjną. Otóż zdaniem red. Warzechy dominującym profilem życia społecznego Naddnieprza, który determinuje całość relacji wewnętrznych i w znacznym stopniu zewnętrznych, jest cywilizacja turańska, zaszczepiona, czy raczej zakonserwowana przez tradycję kozacką. W związku z tym – i tu mówca przywołał nieśmiertelne dzieła prof. F. Konecznego – szanse na zgodne, czy tylko poprawne współistnienie i kooperowanie turańszczyzny z organizmem reprezentującym cywilizację łacińską (Polską), jawi się jako mrzonka albo rojenia niepoprawnych polskich romantyków. Nie da się zaprzeczyć, że znaczna część wspólnoty ukraińskiej hołdowała, a pewnie i do dziś hołduje, „rytowi” turańskiemu, na co dowodów w dziejach mnóstwo, ale… Najgorsze są uproszczenia. Jakiego rodzaju? Gdyby red. Warzecha zapał publicystyczny ostudził nieco studiami z realnego życia wiedziałby, iż ludzie żyjący na Ukrainie w żadnym razie nie reprezentują jednego wzorca kulturowo-cywilizacyjnego. Cóż bowiem łączy obecnie (poza obywatelstwem) przeciętnego mieszkańca Lwowa z mieszkańcem Doniecka? Język? Wyznawane wartości? Wspólna tożsamość narodowa? Idee? Ocena przeszłości? Tradycja? Odbiór rzeczywistości? No nie! Przekonujemy się na własne oczy i uszy, iż jedni ciążą ku Europie, a drudzy ku „ruskiemu mirowi”. Starczy, gdyż udowadniać spraw oczywistych nie wypada. Po drugie, zdaje się, że sympatycznemu redaktorowi umknął fakt, że jedynym pewnikiem na tym świecie jest to, że nic nie jest na wieczność. Innymi słowy uznawanie za aksjomat tego, że turańszczyzna Ukraińców stała się na wieki wieków częścią ich DNA jawi się jako nadużycie lub figura retoryczna mająca uzasadnić – nie do końca uprawnione – wnioski prelegenta. Dla podkreślenia fałszu ukrytego w słowach Ł. Warzechy przypomnę, że bliscy nam od wieków Węgrzy, przez znaczną część swych dziejów żyli w okowach szczerej i absolutnie niepodrabianej turańszczyzny. Podobnie dla naszych przodków świat poza-słowiański, a szczególnie ten rzymsko-chrześcijański, był obcym, tajemniczym, wrogim… A dziś?  Zmiany, zmiany, zmiany! W związku z tym tego rodzaju argument red. Warzechy trzeba uznać za chybiony.

Równie zaskakującą – przynajmniej dla mnie – była opinia o szkodliwości naszego zaangażowania na Wschodzie. Podobno – tak można wnioskować ze słów red. Warzechy – tzw. polityka jagiellońska wpędziła nas w makrokosmos kłopotów, których Bóg lub los oszczędziliby nam, gdybyśmy tylko pielęgnowali zamiłowanie do tzw. polityki piastowskiej. Przyznam się bez bicia, że sam tak kiedyś myślałem. Ale dorosłem. Obecnie wiem, że polskie zaangażowanie w sprawy wschodnioeuropejskie wynikało z konieczności. Oczywiście żyją na tym świecie przeciwnicy wszelkiego rodzaju determinizmu, lecz patrząc chłodnym okiem ich postawę należy uznać za błędną. Dlaczego? Nasze sojusze z Wielkim Księstwem Litewskim i Ruskim nie wzięły się z powietrza. Po prostu okoliczności wymuszały rozprawienie się z Zakonem Krzyżackim. Chcieli tego nasi przodkowie oraz przodkowie Litwinów. Cel był wspólny. Udało się (po części). Jednak już kilka dekad po Grunwaldzie na wschodniej granicy federacji polsko-litewskiej pojawił się równie groźny, ale znacznie silniejszy (sic!) i bardziej drapieżny wróg. Moskwa! Tak gdzieś do połowy XV stulecia w stosunkach i siłach Litwy oraz Moskwy panowała chwiejna równowaga. Pod koniec tego wieku Moskale przeszli do ofensywy. Udanej! Wystarczy wspomnieć, że w wyniku dwóch wojen litewsko-moskiewskich Wilno utraciło 1/3 swego terytorium. Siewierszczyznę, Czernichowszczyznę, spory kawał Witebszczyzny i Smoleńszczyzny oraz – to ciekawe – terytoria dzisiejszego Donbasu. Tak pi razy oko jakieś 220-250 tys. km2. Czyli obszar porównywalny z tymi objętymi granicami współczesnej Rumunii albo Wielkiej Brytanii. Rozejm zawarty w roku 1503 nie zakończył sprawy, bo gospodarze Kremla wciąż i wciąż napierali na skonfederowaną z Królestwem Polskim Litwę. Dopiero zwycięstwo pod Orszą wyhamowało postępy moskiewskie, choć ich nie zatrzymało na dobre. Rosjanie systematycznie (np. w latach 1535, 1562, 1564…) wciąż parli na zachód, głosząc wszem i wobec ideę zbierania ziem ruskich. Pomoc Królestwa, a potem wspólnota Rzeczypospolitej spowodowała, że bucior rosyjskiego sołdata stanął na dobre nad Wisłą dopiero pod koniec XVIII, a nie już u schyłku XVI czy w XVII w. Tak więc nasze, polskie, zaangażowanie na wschodzie nie było jakimś romantycznym i głupim porywem niedorosłych nadwiślańskich elit, ale bezwzględną koniecznością!

Lubię to! Skomentuj10 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale