Bazyli1969 Bazyli1969
414
BLOG

Słowianie i Fimbulvinter, czyli dlaczego wyszliśmy z bagien?

Bazyli1969 Bazyli1969 Kultura Obserwuj notkę 29

Przodków wołam, jesień idzie… 
Wilczi Òczë

image

Druga dekada XIX stulecia to nie tylko eskalacja starć zbrojnych na naszym kontynencie, ale również okres, w którym natura dawała znać o swojej „ciemnej stronie”. W latach 1812-1815 miały miejsce erupcje wulkanów na Karaibach, Filipinach i w Japonii. Kolejny rok przyniósł prawdziwy Armagedon… W Indonezji wulkan Tambora eksplodował z taką siłą, iż jego skutki odczuli mieszkańcy Europy Zachodniej i wschodniej części Ameryki Północnej. Miliardy metrów sześciennych i miliony ton pyłów zasnuły niebo i przemieszczały się na zachód. Doszło do tego, że na wschodnich obszarach USA i południowej Kanady śnieg padał w… czerwcu, a w sierpniu dzienne temperatury oscylowały wokół zera. W wielu regionach świata zapanował głód. Już współcześni nazwali rok 1816 „rokiem bez lata”. Anomalia ta nie była jednak wyjątkiem…

W roku 535 n.e. miały miejsce dwie wielkie erupcje. Jedna na obszarze współczesnego Salwadoru (wulkan Ilopango), a druga w Indonezji (Krakatau). Niemal cała półkula północna (co prawda w różnym stopniu) odczuła skutki kataklizmu. Zmniejszenie nasłonecznienia spowodowane pyłami wulkanicznymi doprowadziło do obniżenia średnich temperatur rocznych o 3,5 do 4,5 stopni Celsjusza. Deszcz, grad i śnieg padały z niespotykaną częstotliwością. Brakło słońca, deszczu było zbyt wiele, niebo nieustannie błyszczało niczym wypolerowana miedź. Wielkie zawirowania polityczne w połączeniu z klimatyczną katastrofą stanowiły dla wspólnot ludzkich egzystencjalne wyzwanie. Wprawdzie konsekwencje gniewu przyrody odczuły różne regiony, ale najtrudniejsza sytuacja zapanował w Europie wschodniej i północnej. W niektórych miejscach (dzięki znajomości pisma) świadkowie wydarzeń pozostawili informacje o braku chleba i „szarym niebie” (np. w Irlandii), lecz na wielu innych obszarach nie miał kto przekazać potomnych obrazu i rozmiaru katastrofy. Pozostały jednak okruchy na podstawie których możemy dziś wyciągnąć wnioski co do skali wydarzenia.

Znana nam w obecnej postaci mitologia nordycka została sformatowana najpewniej na przełomie starożytności i średniowiecza. Jednym z ważniejszych jej elementów jest Fimbulvinter, czyli Straszna Zima, mająca poprzedzać Ragnarök. Nie jest  nadużyciem przypuszczenie, iż wydarzenia z lat 535-538 stanowiły osnowę owej opowieści. To wtedy cała Skandynawia, a więc i ludzie w niej żyjący, przeżyli prawdziwą tragedię spowodowaną zaburzeniami klimatycznymi. To był zły czas. Ludzie głodowali, umierali, tracili kontakt z krainami ościennymi. To wtedy społeczności germańskiej Północy postawiły na pełną militaryzację. Oczywiście poszczególni ludzie próbowali się ratować, czego dowodami są ślady osadnictwa skandynawskiego na ziemiach polskich z owego czasu. Widocznie warunki (i tak nie najlepsze) na południowych wybrzeżach Bałtyku były znacząco lepsze od tych ze środkowej Szwecji czy Wysp Duńskich. Jakby nie było Fimbulvinter była straszliwą lekcją dla przodków wikingów. Czy jednak tylko dla nich?

Wiem z dostępnych dziś źródeł, że Słowianie pojawili się nad granicami świata cywilizowanego przed wspomnianymi wyżej zdarzeniami. W drugiej i trzeciej dekadzie VI stulecia nad dunajską granicą Cesarstwa Wschodniorzymskiego pojawiają się dzicy Sklawenowie i Antowie. Są to jednak rabusie, nie wykazujący ochoty do zajmowania na stałe terytoriów cesarstwa. Zapewne stosunkowo nieliczni. Co prawda prawdopodobnie „zaglądali” nad Dunaj już nieco wcześniej, o czym pozwalają myśleć relacje Priskosa z Panion i Marcina z Bragi, ale nie jest to pewne. W każdy razie nasi językowi przodkowie nikną wtedy w tłumie innych barbarzyńców. Hunów, Alanów, Bułgarów, Gepidów…  I tak naprawdę dopiero Fimbulvinter stanowi przełom w dziejach Słowian. To wtedy na masową skalę ruszają się z pogranicza dzisiejszej Ukrainy, Białorusi i Rosji całe masy naszych protoplastów. Żyjący dotąd w odciętym od głównych nurtów cywilizacyjnych rejonie Europy zbierają się w rody i plemiona, a następnie w groźnym pochodzie docierają do Wisły, Cisy i Dunaju. Ku ciepłym krainom Południa i cieplejszym krainom Zachodu pcha ich niepojęta siła, którą dziś możemy śmiało wywieść z… głodu. 

image

Trzeba zaznaczyć, że mają sporo szczęścia. Niezmierzona potęga Hunów upada ok. roku 454. Drobne ludy tureckie (Bułgarzy, Utiugurowie, Sawirowie itp.) nie mają takiej siły by powstrzymać tysięczne masy głodnych Słowian. Awarowie jeszcze nie nadciągnęli ze wschodu. I te słowiańskie masy z niezwykłą siłą naciskają na bizantyjskie twierdze, wypychają resztki Germanów z ziem nadwiślańskich, anihilują postromańską ludność północnych Bałkanów, wędrują przełęczami karpackimi ku dzisiejszej Słowacji i Węgrom… Ba! Docierają nad Łabę i Salę, do Italii, a nawet na Kretę i do Syrii. Droga ku Edenowi stoi przecież niemal otworem. 

Ktoś zwracający uwagę na pozornie ukryte szczegóły mógłby zapytać: a dlaczego nasi językowi przodkowie nie pozostali w swoich siedzibach? Oczywiście – pozostali, ale tylko część z nich. Ta część, którą dało się wyżywić. Przecież proso nie jest zbożem szczególnie wymagającym, ale i ono potrzebuje choćby trochę słońca. A więc jeśli przed Fimbulvinter z jednego ziarna otrzymywano trzy lub cztery, a po roku 536 n.e. jedynie dwa, to odpowiedź jawi się jako oczywista. Dla rolników, którymi wtedy w znacznej mierze byli Słowianie, potrzebna jest przede wszystkim słońce. Dodajmy do tego fakt, że niemal natychmiast po kolapsie klimatycznym rozpoczęła się w Cesarstwie tzw. dżuma Justyniana i w efekcie państwo to utraciło poważny zasób sił (np. w ciągu kilku lat od kilkunastu do 25% ludności) to trudno się dziwić dawnym Słowianom, że… ruszyli się z Polesia ku krainom o łagodniejszym klimacie. Warto w tym miejscu przypomnieć, szczególnie przeciwnikom wywodzenia naszych przodków z Polesia, że ta kraina to jakieś 180-190 tys. km2 (a dawniej i więcej) i z naddatkiem nadaje się na matecznik wielkiego ludu. Ale to na marginesie… 

Po co o tym dziś napisałem? Nie, nie tylko z tego powodu, że mamy niedzielę i warto oderwać się od politycznych nawalanek. Jest bowiem inny, bardzo istotny powód. Otóż większość z nas pamięta rok 2010. Nie tylko z powodu wydarzeń na lotnisku w Smoleńsku, ale również dlatego, iż w kwietniu tego roku miała miejsce erupcja wulkanu Eyjafjallajökull na Islandii. W jej wyniku do atmosfery wydostały się tak wielkie ilości pary wodnej, pyłów i cząsteczek szkła, że prawie cała Europa i wiele innych regionów świata wstrzymało oddech. Co najciekawsze, eksplozja doprowadziła do przemieszczenia się skorupy ziemskiej o 3 cm w kierunku południowym. Nie żartuję! Niby mało, ale… Pomyślmy teraz, że któregoś dnia, w jakimś odległym zakątku naszego globu, ma miejsce eksplozja 10, 100 albo i 1000 razy większa. To przecież możliwe. Jak wpłynie to nasze życie? Obawiam się, że nie potrafimy sobie tego wyobrazić. I co najciekawsze i jednocześnie najsmutniejsze… Wszelkie opowieści o zagrożeniach dla Ziemi i nas samych powodowanych przez puszczające bąki krowy to kpina. Dlatego warto byłoby, aby osoby w rodzaju p. Urszuli Zielińskiej zajęły się karierą na innych, mniej odpowiedzialnych, frontach. Nam trzeba myśleć realnie i być gotowymi na najgorsze. Bo nasza matka Ziemia wciąż groźnie pomrukuje, a ja nie mam ochoty szukać po omacku chleba gdzieś hen, daleko… Na przykład przy szparagach.

PS Tradycyjnie dla @gini...

image


------------------

Obrazy wykorzystywane wyłącznie jako prawo cytatu w myśl art. 29. Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych


Bazyli1969
O mnie Bazyli1969

Jestem stąd...

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (29)

Inne tematy w dziale Kultura