38 obserwujących
272 notki
277k odsłon
2851 odsłon

Warmińsko-mazurska wieża Babel, czyli multikulti po polsku

Wykop Skomentuj38

Normalność jest linoskoczkiem nad otchłanią anormalności.
W. Gombrowicz

image

Mam złe wiadomości dla poszukiwaczy polskich przywar. Natomiast dla tych, którzy specjalizują się w tropieniu nadwiślańskiego szowinizmu są to nawet informacje tragiczne. Na pocieszenie dodam, że zawsze znajdzie się głupiec lub osobnik realizujący odpłatnie lub w ramach obowiązków służbowych cudze zamówienia na wzór tego pacana, który pochwalił przedwczoraj nazistę Leona Degrella. Tak więc zapewne zawodowym polonofobom bezrobocie nie grozi, należy jednak zdecydowanie odchudzić działające w tej branży „zasoby personalne” oraz wystosować do zagranicznych fundacji kilka pism o zwiększenie dotacji na działalność. Ale do rzeczy…

Stosując się do zalecenia Stanisława Jachowicza („Cudze chwalicie, swego nie znacie”) lubię peregrynować po różnych zakątkach naszego kraju. Ostatnich kilka dni spędziłem na kontemplacji południowej części byłych Prus Wschodnich, czyli – według współczesnej nomenklatury – województwa warmińsko-mazurskiego, a dokładnie Warmii. Nie lubię truizmów, więc nie rozpłynę się w zachwytach nad krajobrazami, przyrodą i leniwym (miejscami) upływem czasu. To co bowiem zwróciło moją uwagę w omawianym regionie to… ludzie. I to nie byle jacy, tylko ci poddawani białopolskiej opresji.

Największą liczbę prześladowanych napotkałem w Lidzbarku Warmińskim. Mieście, czy raczej miasteczku, urokliwym i mającym wielkie tradycje, którego anturaż sprzyja organizowaniu różnego rodzaju imprez kulturalnych. Traf chciał, iż w minioną sobotę spotkali się w nim członkowie mniejszości niemieckiej z Warmii i Mazur. Zainteresowany dźwiękami płynącymi spod przyzamkowego amfiteatru skierowałem tam  swoje kroki i wtopiłem się w… No właśnie. W najlepszym razie był to tłumek. Średnia wieku uczestników zjazdu oscylowała wokół wartości – nazwijmy to roboczo – bardzo dojrzałej. Tu i ówdzie przebiegło dziecko, gdzieś mignęła twarz człowieka w wieku produkcyjnym. Generalnie tylko wielki optymista mógłby stwierdzić, że mniejszość niemiecką tego regionu czeka eksplozja demograficzna… Gdy skończyła się msza w języku Goethego, koncelebrowana przez księdza katolickiego i pastora, rozpoczęła się część artystyczna. Tu zaznaczę i mam nadzieję, że zostanę zrozumiany, iż po niedługim czasie zrezygnowałem z chłonięcia germańskiego folkloru muzycznego. A to z tej przyczyny, że zarówno pierwsza jak i druga piosenka zaserwowane przez leciwe chórzystki, nie przypominały ani tajemniczych, ani skocznych czy też  duszoszczypatielnych utworów celtyckich lub słowiańskich, jeno znany powszechnie marsz Preußens Gloria

image

Dodam, że nie zauważyłem aby potomkowie i potomkinie dumnych Prusaków przemykali nerwowo pod ścianami budynków, rozglądając się wokół czy aby na horyzoncie nie pojawiła się grupa uzbrojonych w łomy oraz nunczaka kibiców Polonii Lidzbark Warmiński. Nikt też nie wrzucił koktajlu Mołotowa na scenę, nikt nie wtargnął do amfiteatru z flagą ONRu, nikt z obsługi pobliskich kawiarni nie odmawiał obsługi siwiutkim emerytkom trzymającym w rękach program zjazdu. A tak w ogóle to napotkani przeze mnie reprezentanci stowarzyszeń mniejszości niemieckiej między sobą gaworzyli… po polsku.

Zdziwiony brakiem objawów polskiego szowinizmu powróciłem do kwatery by nieco odpocząć i spożyć główny posiłek. I znów zaskoczenie. Rodzina składająca się z taty, mamy i cztero- czy pięcioletniej dziewczynki weszła dziarsko do jadalni i chyba nie zdając sobie sprawy z grożącego jej niebezpieczeństwa rozpoczęła rozmowę po rosyjsku. Masz babo placek! Gospodarz gościńca zamiast chwycić za siekierę i wygonić intruzów, uśmiechnął się kordialnie i zaprosił całą trójkę do wolnego stołu. Żaden z obecnych nawet nie drgnął, nie rzucił kosego spojrzenia… Zdruzgotany takim rozwojem wypadków wypożyczyłem z drugą połową rozpadające się rowery i ruszyliśmy do Reszla. W lokalnym zamku znów dopadł mnie niepokój, bo na dziedzińcu obiektu poczułem się nieswojo. Dlaczego? Otóż poza nami i małolatami z obsługi cała reszta okazała się Niemcami. Raczyli się chłodnymi trunkami, spożywali drobne przekąski i cały czas się śmiali. Dziwne. Zamiast biesiadować w ciszy i czym prędzej – póki nie zapadł zmrok -  opuścić niebezpieczne miejsce oni wciąż siedzieli i rozmawiali, siedzieli i rozmawiali, siedzieli…

Następnego dnia Olsztyn. Zwiedzanie Starego Miasta, lody z „Kroczka”, kilka minut na ławce. Obok gość pogrążony w lekturze. Druga połowa zaintrygowana zapytała: Dzień dobry, co pan czyta? Człowiek powoli obrócił głowę w nasza stronę i z wyraźnym wschodnim akcentem odrzekł: Istorycznu ksjążku. Faktycznie trzymał w dłoniach pozycję, której imię i nazwisko autora udało się odczytać – Wasyl Szklar. No ładnie. My tu sobie siedzimy  na polskiej ławce, ustawionej na polskiej ulicy i smakujemy polskie lody a obok jakiś Ukrainiec spokojnie czyta. Zaraz pewnie pojawią się chłopaki z „dzielni” i zrobią porządek. Wymiana kilku zdań, wdzięczne „do widzenia”, uśmiech na pożegnanie… Po co czekać na nieuchronne. Ale nie… Jeszcze się odwróciłem, a chłopaków gotowych do poważnej rozmowy z „rezunem” ani śladu. Nie wiedziałem co  o tym myśleć.

Wracając do zaparkowanego auta wciąż mieliłem wrażenia. Jak to możliwe? Czyżby alarmistyczne enuncjacje o naszych przywarach nie były prawdziwymi? Dlaczego tu tylu chodzących i siedzących spokojnie obcokrajowców? Szowiniści na urlopie, czy jak? Aaa! Już wiem! Prawdopodobnie całą czarną energię lokalsi generują by wykorzystać ją przeciw Żydom. No tak, to wyjaśnia cały ten marazm. Tylko skąd wziąć takie ofiary? Pomysłowość rodaków nie zna granic. Skoro brak żywych obiektów nienawiści, to należy znaleźć ersatz i olsztynianie sprytnie go wymyślili. Problem w tym, że ersatz nie nosił śladów poddawania go antysemickim rytuałom. Do bani z taką nienawiścią…

image

Myślę sobie, że rację mają ci, którzy na każdym kroku podkreślają, iż daleko nam do postaw i mentalności ludzi Zachodu. W Polsce nikt nikogo nie okłada pięściami za używanie obcego języka, dawni oprawcy Polaków publicznie raczą się produktami kuchni polskiej, nie zdarza się aby w grupy obcokrajowców lokalny lump wjeżdżał rozpędzoną ciężarówką, rodacy W. Putina nie tropieni przez polskie tajne służby spędzają z dziećmi weekendy w granicach Rzeczypospolitej, nawet wizerunek Żyda nie wywołuje odruchów nienawiści wśród miejscowych. Po takich doświadczeniach rodzi się uzasadnione pytanie: Kto tu jest nienormalny? My czy oni?



Linki:

https://pl.pinterest.com/

i zdjęcia własne

Wykop Skomentuj38
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo