44 obserwujących
290 notek
315k odsłon
5010 odsłon

Kundlizm praktyczny na przykładzie obszczekiwania Narodowych Sił Zbrojnych

Wykop Skomentuj242

Odwaga to wiedza o tym, czego się bać trzeba, a czego nie
Platon

image

Wściekłem się. W stan taki popadam niezwykle rzadko, ale tym razem nie zdzierżyłem. Powodem mojej irytacji stały się sensacje związane z Brygadą Świętokrzyską NSZ. Czasami warto zamilczeć, gdyż pojedynczy głos blogera zwykle tonie w medialnej kakofonii, ale tym razem miarka się przebrała. Generalnie nie mam żalu do paszkwilantów, którzy zawodowo parają się deprecjonowaniem naszej historii. Wszak w ciemno można obstawiać - co tacy mądrale wydalą przy okazji każdej kolejnej rocznicy, uznawanej za godną honorowania przez stronę patriotyczną. Inne oczekiwanie wobec  nich  byłoby dziecięco naiwne. Czuję za to olbrzymie rozczarowanie, które sprezentowali mi  ludzie teoretycznie stojący ze mną po tej samej stronie barykady.

Tak się składa, że polityka historyczna jest potężną bronią. Zarówno na „rynku” wewnętrznym, jak i na arenie międzynarodowej. Tego - w tym miejscu - nie trzeba udowadniać. Podobno obóz obecnie sprawujący władzę w Polsce ma tego pełną świadomość, ale jakoś za cholerę nie mogę w to uwierzyć. Gdy bowiem widzę i słyszę zgodny chór krytykantów oskarżających żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych o zdradę, faszyzm, szowinizm, bandytyzm, zbrodniczą współpracę z hitlerowskimi Niemcami i całą resztę z piekielnego menu, zachodzę w głowę - dlaczego odpór dawany tym bredniom jest tak anemiczny. Więcej nawet! Z jakiej przyczyny osoby posiadające odpowiednie kwalifikacje oraz mające dostęp do ogólnopolskich mediów, a poprzez to możliwość oddziaływania na szerokie rzesze odbiorców, uznają, iż najlepszą formą dyskusji na temat historii podziemia narodowego jest popiskiwanie z narożnika z jednoczesnym biciem się w piersi? Nie mogę tego pojąć. Wprawdzie honor obozu patriotycznego dzielnie bronią internetowi prelegenci, lecz masy pozostają zainfekowane na amen opowieściami wyssanymi z brudnych paluchów taki postaci jak: prof. Nałęcz, prof. Kantyka czy – o zgrozo! - prof. Friszke.

Właśnie, z upaćkanych profesorskich paluchów. Jeśli oczernianiem trudnią się najemni medialni abderyci, rozróżniający jedynie kwotę brutto od kwoty netto na swoich kontraktach – to pół biedy. Gorzej gdy czynią to osoby z tytułami naukowymi. To, niestety, robi wrażenie. Któż bowiem pamięta, że jeden z głównych opluwaczy Brygady Świętokrzyskiej i całego NSZ, czyli prof. T. Nałęcz, przez dwadzieścia długich lat (1970-1990) brylował w szeregach organizacji, która bezdyskusyjnie stanowiła ekspozyturę Moskwy i z jej nadania niewoliła Polaków. Zapewne wielki erudyta, demokrata i wielbiciel otwartych społeczeństw musiał strasznie męczyć się w szeregach PZPR, gdy jego partyjni koledzy urządzali radomianom ścieżki zdrowia, skrytobójczo likwidowali przeciwników bolszewizmu i ogłaszali stan wojenny. Podobnie prof. J. Kantyka jako wieloletni członek Komitetu Redakcyjnego kwartalnika KC PZPR, pt.  „Z Pola Walki” oraz dyżurny prl-owski „znawca” podziemia narodowego, pisząc pamflet na żołnierzy NSZ  („Na tropie „Bartka”, „Mściciela” i „Zemsty”), kierował się  najpewniej patriotyzmem i umiłowaniem prawdy. Co do prof. A. Friszke… Choć nie jest tajemnicą, że jednym z jego ulubionych zajęć było i jest orbitowanie wokół środowisk tzw. lewicy laickiej, to haniebne słowa mówiące o piciu szampana przez żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej wspólnie z Gestapo, zatkały mi dech w piersiach. Takich oto uczonych dorobiła się wolna Rzeczpospolita!

W celu odreagowania wzburzenia śledziłem z zaciekawieniem głosy internautów (również na S24) przeciwstawiających się czarnej legendzie podziemia narodowego ogólnie i Brygady Świętokrzyskiej NSZ w szczególności. Jestem zaprawdę zbudowany erudycją i zestawem argumentów przywoływanych w obronie zbrojnego ramienia ruchu narodowego. Według mnie oznacza to, że nie wszystko stracone i być może za lat dziesięć lub piętnaście osobnicy podobni ww. szydercom z tytułami naukowymi, staną się wzorcowymi przykładami moralnego oraz intelektualnego upadku.

Zanim to jednak nastąpi nie od rzeczy będzie przypomnieć o jednym, bardzo istotnym i prawie zawsze pomijanym przymiocie charakteryzującym NSZ (przede wszystkim te nie połączone z AK).  Poprawka! Przymiot ten posiadali zarówno walczący w polu jak i ich polityczne zaplecze.

Zapomniany już nieco J. Feldman (oczywiście profesor historii, a nie jednoimienny bolszewicki prokurator!) głosił w międzywojniu i okresie okupacji tezę, iż w przeciwieństwie do wielu innych narodów nie potrafimy płynąć przez dzieje zgodnie z drogowskazami polityki realnej. Dał na to wiele przykładów. Jeden z nich dotyczył prowadzenia wojen, które mieszkańcy Francji, Wielkiej Brytanii, Austrii, Szwecji czy nawet Rosji, toczyli mając nieustannie na uwadze relacje pomiędzy posiadanymi przez nich zasobami a możliwościami ich przeciwników. Gdy rachunek matam tyczny i meldunki z pól bitewnych wykazywały, iż na dany moment dalsze zmagania da się przyrównać do próby samobójczej, czynniki kierownicze wysyłały heroldów z zaproszeniem do negocjacji. Byle przeczekać, zaleczyć rany, wzmocnić potencjał, zawrzeć nowe sojusze i… W naszym przypadku wyglądało to zdecydowanie inaczej. To znaczy nie od samego zarania dziejów, jeno do czasów, gdy zanikła warstwa panów i władców, czyli mężów stanu,  utożsamiających się z interesem polskiego ogółu. Rzecz jasna istniały i istnieją pewne specyficzne uwarunkowania (jak choćby nasze położenie geograficzne), ale w sumie trudno nie przyznać prof. Feldmanowi racji.

Wykop Skomentuj242
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka