45 obserwujących
307 notek
342k odsłony
1537 odsłon

Donosiciele i reszta – dwa plemiona czy jeden naród polski?

Wykop Skomentuj63

Narkotyk wypocisz, kurestwa nie da rady
Anonim

image

Jedną z najbardziej niesmacznych cech charakteryzujących znaczną część obserwatorów życia społeczno-politycznego w naszym kraju (w tym na S24) jest skłonność do lamentowania nad narodowymi podziałami. Uwiera ona tym bardziej, iż wypowiadając się w ten sposób, ludzie poważni i doświadczeni okazują się w istocie niepoprawnymi naiwniakami. Mało tego! Uznają rozłamy jako stan nienaturalny i nie wahają się prognozować, że jedynym panaceum na uzdrowienie sytuacji oraz podjęcia wyzwań współczesnego świata jest - ni mniej ni więcej - tylko zwarcie szeregów i powrót do mitycznej jedni. Przyznam, że mnie to śmieszy i jednocześnie przestrasza.

Tego rodzaju osobiste odczucia wynikają nie tylko z mojej niechęci do wszelkiego rodzaju urawniłowek, ale również, a może przede wszystkim, z powodu jako takiej znajomości natury ludzkiej i doświadczeń historycznych. A te wykazują czarno na białym, że najlepszym miejscem dla mitów, fantasmagorii i pobożnych życzeń są zapomniane przez Boga i ludzi osiedlowe biblioteki. W realnym życiu, ułudy stanowią li tylko przeszkodę w procesie podejmowania ważnych decyzji i pożywkę dla wszelkiej maści cybernetyków społecznych. W związku z tym, ocena sytuacji i decyzja o poparciu dla planów politycznych określonej formacji, musi uwzględniać pokrętna i mroczną naturę części współobywateli. Innej drogi nie ma!

Dla nieprzekonanych o racji powyższego sądu pozwolę  sobie  na krótką dygresję. Otóż jakiś czas temu zainspirowany wesołą niefrasobliwością wdowy po komunistycznym generale Kiszczaku, przejrzałem materiały dotyczące „tajemniczego” Bolka. Wprawdzie jestem człowiekiem dość odpornym na zaskoczenia, lecz treści zawarte w teczkach poświęconych wspomnianemu agentowi zadziałały na mnie niczym narkotyk. Po prostu dostawałem dużych oczu, a szczęka raz po raz klapała o blat stołu. Przyczyną mojego ówczesnego stanu nie były same donosy, ale opisy kondycji donosiciela. Można było bowiem przypuszczać, iż sytuacja, w której człowiek staje twarzą w twarz z reprezentantami opresyjnego systemu i z różnych powodów zmuszany jest do relacjonowania poufnych czy nawet intymnych kontaktów, nie może być komfortowa. A tu masz!

image

Sięgnąłem głębiej. Zapoznałem się m.in. z monografią dotyczącą pracy UB w rejonie Brodnicy. Okazało się, że w okresie tuż powojennym nowym okupantom nie łatwo było znaleźć ochotników na donosicieli. To prawda, że byli też i tacy, lecz dopiero  profesjonalne policyjne metody, rodem z ojczyzny proletariatu, spowodowały lawinowy przyrost liczby „gumowych uszu”. Po roku 1956 zdecydowana większość zmuszanych do tej pory szantażem i groźbami wycofywała się ze współpracy  z aparatem represji. Doszło do tego, iż w 1960 r. w skali całej PRL było jedynie niecałe 9 000 aktywnych donosicieli. Ale… W latach siedemdziesiątych SB powoli odbudowywała sieć kontaktów, a gdy do władzy doszła ekipa Jaruzelskiego, współpracowników przybywało w tempie prawie 30 procent rocznie. Można by rzec: brawo Kiszczak!

Funkcjonariusze nie kontentowali się byle kim. Według badaczy zagadnienia połowę TW stanowiły osoby z wyższym wykształceniem. Wśród nich nie brakło dyżurnych autorytetów lat przełomu. A więc z literackim polotem skrobali donosy np.: Andrzej Szczypiorski, Kazimierz Koźniewski, Andrzej Kuśniewicz czy Henryk Worcell (ten od „Zaklętych rewirów”!). O pozostałych „tytanach niezłomności” brylujących jeszcze do niedawna w mediach i obsypywanych licznymi nagrodami szkoda nawet wspominać. Mniej znani, ale równie szkodliwi kręcili się wokół P. Jasienicy, ks. Popiełuszki a nawet Jana Pawła II. W każdym razie sieć agentury oplatała nie tylko fabryczne wydziały, szkolne klasy, komisje zakładowe czy kopalniane cechownie. Otulała ściśle także uniwersytety, redakcje, klasztory, urzędy, wydawnictwa, pracownie artystyczne, ambasady i modne kawiarnie. Socjalistyczna równość we wzorcowym wydaniu…

Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że w stosunku do bratnich narodów socjalistycznej rodziny, poziom polskiego donosicielstwa był dość umiarkowany. O ile bowiem w ponad dwukrotnie mniej zasobnej w obywateli NRD w 1989 r. zarejestrowanych było prawie 180 tysięcy aktywnych agentów, w pięciokrotnie uboższej w mieszkańców Bułgarii 60 tysięcy, o tyle w 38 milionowej PRL „jedynie” ok. 100 tysięcy. Trzeba też nadmienić, że co najmniej od czasów tow. Gierka odmowa współpracy z organami bezpieczeństwa wciąż była na pewno aktem odwagi, ale już nie koniecznie heroicznym. Przykładem niechaj będzie Piotr Fronczewski, który złapany za kółkiem po pijaku, na ofertę sb-eka polegającą na oddaniu aktorowi prawa jazdy w zamian za „konsultacje środowiskowe”, miał odpowiedzieć: „Ni chuja, będę jeździł rowerem”. I… przeżył.

Na marginesie dodam, że onegdaj i w moim środowisku nie brakło osób dzielących się chętnie informacjami z funkcjonariuszami komunistycznego państwa. Licho wie, co skłaniało je do przyjęcia takiej postawy? Może strach, może profity, a może jeszcze coś innego… Nie mniej, jestem prawie pewien, że nie są one dziś wybitnymi zwolennikami idei lustracji. Podobnie, mogę  z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidywać - na które z ugrupowań politycznych oddają swe głosy… Wszak po stronie obecnej opozycji współpracowników dawnych służb niczym azjatyckich biedronek na opuszczonej jesienią działce.

image

Z przywołanych powyżej refleksji wynikają dwa wnioski. Po pierwsze, zmieniając rzeczywistość nie należy, a nawet nie można,  liczyć na powszechny aplauz. Nigdy nie da się przecież przekonać urodzonego kapusia do poparcia dobrej sprawy. A jeśli nawet, to nikt nie jest w stanie zagwarantować, iż udzielając wsparcia nie czyni on tego z powodów „zawodowych”. Koszty chrześcijańskiego miłosierdzia mogą być w takim przypadku olbrzymie, bo urodzony donosiciel  lubi mieć swego pana. Zawsze!  Winni o tym pamiętać zarówno działający w interesie Polski decydenci, jak i wszyscy ludzie dobrej woli. Po drugie, idea wszechpolskiego zjednoczenia, choć wydaje się piękną,  jest wysoce nieestetyczną mrzonką. Nie ma bowiem potrzeby aby przyzwoity człowiek ściskał dłoń Michała Boniego. To zwyczajnie byłoby formą obrzydliwego masochizmu.

Dlatego, chociaż jesteśmy jednym narodem oraz mówimy tym samym  językiem (my i kapusie),  musimy odrzucić perspektywę typową dla pięknoduchów i uznać fakt, iż nasza wspólnota składa się z dwóch plemion. Ja tak uczyniłem już dawno i gdy grają Mazurka Dąbrowskiego to staję na baczność obok kapusia. Nikt jednak nie zmusi mnie abym robił sobie z nim wspólną fotkę lub poszedł na piwo.



Wykop Skomentuj63
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo