Ta kwestia jest często rozważana w historii ludzkości, a już w naszej, polskiej, to „oczywista oczywistość”.
Ostatnio problem ponownie zaczyna być istotnym; bo czy po to Polacy dokonywali heroicznych zmagań z komunistycznym zniewoleniem, aby popaść w jeszcze gorszą niewolę?
Te refleksje pojawiły się po zapoznaniu się z wskazaną linkiem przez Matix’a treścią strony rządowej dotyczącej inwigilacji prasy prawicowej.
W swoim wpisie „Media. Świadomość analogowa, czy cyfrowa” ,http://kjwojtas.salon24.pl/70081,index.html, przewidywałem taką opcję, ale też nie spodziewałem się, że nastąpi to tak szybko.
Mamy więc narastające zniewolenie. Coraz większa część naszego życia podlega kontroli; kamery, GPS w telefonach komórkowych, możliwość kontroli korespondencji elektronicznej, kont bankowych. Coraz ściślejsza inwigilacja życia osobistego, rodziny, wychowania dzieci. A wszystko
oczywiście dla naszego dobra. Abyśmy się wzajemnie nie krzywdzili, nie stosowali przemocy (w każdej postaci); od przemocy jest tylko „władza”.
No to ja mam pytanie:
do którego momentu można mówić, że jesteśmy wolni, a kiedy staniemy się już tylko zniewolonym bydłem roboczym?
Nasza historia pełna jest „bezsensownych” zrywów, gdzie szans na zwycięstwo nie było. A mimo to podejmowany był beznadziejny trud walki. Tak było w 1863 roku, tak było z Powstaniem Warszawskim. Teraz, niekiedy ważni doktrynerzy, usiłują przekonać, że był to trud daremny, bezsensowny i niepotrzebny. Bo przecież można było żyć, rozwijać się, konsumować.
Czy rzeczywiście?
Powstańcy Styczniowi byliby wcieleni do carskiej armii, a młodzież warszawska też byłaby wymordowana tyle, że najpierw byłaby wykorzystana w sowieckich kopalniach „ku chwale CCCP”.
Dlatego indoktrynację takich „autorytetów” uważam za najbardziej podłą działalność antypolską.
Bo mamy też i przykłady przeciwne głoszonym tezom: odzyskanie niepodległości i wojna 1920 roku – wystarczył tylko cień szansy, aby przekuć go na rzeczywiste zwycięstwo, a później dokonać w niewiarygodnie trudnych okolicznościach budowy II Rzeczypospolitej. To także Solidarność, gdzie wspólną wolą całego narodu podważone zostały korzenie sowieckiej potęgi.
Mamy podobną sytuację; tracimy niezależność. Czy należy przechodzić nad tym do porządku, czy też być gotowym do poświęcenia w walce o wolność?
A może lepsze jest leżenie przy pełnej misce „na dowolnie wybranym boku”?
Czy mamy prawo do walki, gdzie możliwe są ofiary, w imię idei?
Do tej pory, poza nielicznymi wyjątkami, walkę o wolność popierał KK. Obecnie coraz częściej można się spotkać z twierdzeniami, że najważniejsze jest dbać o życie. W tym duchu KK angażuje się w obronę życia poczętego (słusznie, ale to tylko jeden z elementów chrześcijańskiego światopoglądu). Stąd wydaje się, że KK został zepchnięty na „boczny tor” w walce o rząd dusz. Bo przecież celem człowieka nie jest samo trwanie. Zawsze są i powinny być idee godne nawet ofiary życia. Tymczasem nawet ofiarę Chrystusa przedstawia się jako jedyną w swoim rodzaju, której nawet cząstkowo nie powinniśmy naśladować, bo przecież może to wiązać się z kłopotami.
Czy bezstresowe życie przy pełnej misce jest chrześcijańską dobrą nowiną?
I na zakończenie pytanie do blogerów: jaki jest Wasz zakres zdolności do poświęcenia dla idei wolności?
członek SKPB, instruktor PZN, sternik jachtowy. 3 dzieci - dorośli. "Zaliczyłem" samotnie wycieczkę przez Kazachstan, Kirgizję, Chiny (prowincje Sinkiang, Tybet _ Kailash Kora, Quinghai, Gansu). Ostatnio, czyli od kilkudziesięciu już lat, zajmuję się porównaniami systemów filozoficznych kształtujących cywilizacje. Bazą jest myśl Konecznego, ale znacznie odbiegam od tamtych zasad. Tej tematyce, ale z naciskiem na podstawy rzeczypospolitej tworzę portal www.poczetRP.pl
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Polityka