Jak kiedyś finansowała się kultura? Otóż był jakiś książę, rycerz, patrycjusz, opat lub kupiec, który mając nadwyżkę finansową miał zachciankę, aby ktoś namalował mu portret, wybudował pałac lub skomponował symfonię. I każdy artysta, który chciał zarobić na zupę i inne niezbędne do przeżycia artykuły musiał takiemu mecenasowi dogodzić. Kiedy w XIX wieku do władzy zaczął dochodzić socjalizm na scenę wkroczył Mecenat Państwowy. O tym, kto wybuduje budynek ministerstwa lub skomponuje hymn państwowy decydował urzędnik, który był tak samo biedny jak artysta, pojęcia o sztuce nie musiał mieć, za to wiedział skąd wieje wiatr i którędy prowadzi linia Partii. Ten system został doprowadzony do perfekcji w faszyzmie, nazizmie i przede wszystkim komunizmie. Książąt, opatów i patrycjuszy wyrżnięto – pozostał tylko mecenat państwowy tzn. partyjny. Jak wspaniale rozwijała się wtedy sztuka można się jeszcze dzisiaj przekonać się w muzeum socrealizmu w Kozłówce koło Lublina, a jeśli się komuś uda, to zobaczyć w Korei Północnej, gdzie sztuki plastyczne, muzyczne i literatura otoczone są szczególną troską partii.
W komunizmie wymyślono jeszcze jedną wspaniałą rzecz, otóż artystów skoszarowano. Literaci żyli w jednym bloku, muzycy w drugim, rzeźbiarze w trzecim, a wszyscy razem odpoczywali i chlali wódę w Domu Pracy Twórczej. Był to system sowiecki starannie kopiowany we wszystkich demoludach. Jak wiadomo artyści to środowisko bardzo plotkarskie i zarazem nieźle rozchwiane moralnie i dlatego wspólny odpoczynek oraz zamieszkiwanie upraszczało organom kontrolnym sprawę donosicielstwa.
Komunizm padł. U Partii nie było czasu i sił do sztuki, a i kasa pusta. Artyści zaczęli cierpieć biedę. Opatów i hrabiów jak na lekarstwo, poza tym artyści mieli już poczucie godności, które nie pozwalało im sprzedawać się komu innemu niż państwu (czytaj: partii). Pamiętam jak w latach 90tych, kiedy studiowałem w szkole filmowej w Moskwie, Smirnow, jeden z najbardziej znanych radzieckich reżyserów (zresztą na ile można było opozycyjny – na to władza ludowa w pewnym zakresie pozwalała, żeby polepszyć samopoczucie „prostytuujących się” artystów), autor kultowego filmu Biełoruskij Wokzał, wylewał podczas wykładu krokodyle łzy, jak to było wspaniale podczas komunizmu, kiedy cała telewizja, każde studio filmowe i teatr było pod kierownictwem partii – czytaj: można było bez większych problemów dostać kopiejki tak na życie, jak na twórczość.
Ten stan bałaganu nie mógł trwać długo. W kapitalistycznej Polsce powołano Państwowy Instytut Sztuki Filmowej. Po prostu po czasach dorobkiewiczostwa zrozumiano, że walka o kulturę jest jedną z najważniejszych na froncie i nie można dopuścić, aby każdy frajer kręcił filmy lub malował obrazy. Obrazy i tkaniny muszą być postępowe i odpowiadać bieżącym potrzebom walki o postęp. Świadomość społeczeństwa wymaga troski, aby pospólstwo myślało w sposób właściwy, a tutaj kultura może wiele zdziałać, a już szczególnie film, który przez Lenina został uznany za najważniejszą ze sztuk. W rezultacie bardzo szybko okazało się, że bez PISF w Polsce filmu się nie da nakręcić. Nawet ja kiedyś od niego trochę grosza na scenariusz otrzymałem.
Oczywiście w Partii są różne Frakcje. No i raz wygrywa jedna, raz druga i wtedy zmienia się dyrektor PISF, i raz kasa idzie na filmy o świętych i bohaterach, a drugi raz np. o męczennikach LGBT. Tak samo zdarzyło się niedawno. Ogłoszono konkurs i wygrała Pani Karolina Rozwód, której jak najbardziej sympatyzuję, bo jest z Lublina i do tego uczyła się w tym samym liceum co moja siostra i pewnie jej polonistą był prof. Sielanko, co dało dziewczynie dobry start w kulturze. No i jest profesjonalistką w dziedzinie kultury, ale też chyba trochę Alicją w krainie czarów, niezbyt się orientującą, skąd wiatr wieje i jaka teraz jest linia partii.
Alicja w krainie czarów wygrała konkurs na szefa PISF. Jak się organizuje takie konkursy wytłumaczyła mi kiedyś moja prawniczka, kiedy byłem zmuszany organizować przetarg na budowę katedry w Biszkeku: „Ja mam dwie firmy, Pan Stasiu ma dwie firmy, a wygra Pan Kazimierz, z którym brat chce pracować”. No i Alicja w krainie czarów wygrała. Oczywiście można się zapytać, jak to mawiał mój pierwszy szef w TVP: Kto ją pchał od dołu? Ktoś pewnie pchał. Kierowała instytucjami kulturalnymi w Lublinie, gdzie prezydentem jest swój człowiek z odpowiedniej Frakcji, więc on mógł zapewnić członków komisji, że dziewczyna jest ok.
Więc dlaczego wyleciała? To banał, ale trzeba go powtórzyć: Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Bycie profesjonalistką to nie wystarczy, trzeba jeszcze rozumieć jaką kulturę trzeba wspierać, a dokładniej komu dawać i komu nie dawać? Można założyć, że jakiś homoreżyser pożalił się Bardzo Ważnemu Urzędnikowi, że pieniędzy nie dostał, za to dostał ten, kto dostać nie powinien. Alicja w krainy czarów oczywiście pieniądze na LGBT lub inne postępowe filmy dawała, ale widocznie w niewystarczającym rozmiarze. Błyskawiczne, gwałtowne i mało finezyjne działanie Pani Minister Propagandy, przepraszam Kultury, świadczy o tym, że telefon był od Bardzo, Bardzo Ważnego Urzędnika: „Bierzemy z nią rozwód!”. Oskarżenie o popełnienie tych samych grzechów co poprzednik, wyznaczony przez inną Frakcję, oznacza że Alicja w swoim idealizmie wykazała się niedostatecznym wyrobieniem politycznym, czyli działała przeciw woli Partii.
I co robić Droga Redakcjo? Jest taki kraj, który nie ma swojego PISF, a całkiem dobrze sobie radzi z produkcją filmową. Jak się to tam robi filmy? Otóż idzie się do jednego Żyda, który ma studio filmowe, albo do drugiego Żyda, który też ma studio filmowe, albo do trzeciego i prosi o pieniądze na film, albo raczej sam Żyd prosi nas, abyśmy mu coś nakręcili. Kraj ten nazywa się USA. Niestety u nas Niemcy Żydów wymordowali i nie ma do kogo chodzić, pozostaje tylko służba Partii.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)