Nie dlatego, że Polacy chcą kogokolwiek obrażać. Nie dlatego, że nie rozumieją dramatu wojny. Ale dlatego, że po raz pierwszy od lat pojawił się sygnał, iż państwo może zacząć traktować jedną kategorię sprawców i jedną kategorię pokrzywdzonych w sposób szczególny.
Władza zapewnia, że chodzi o „walkę z nienawiścią”. Opozycja odpowiada: „a co z przypadkami, gdy to Polacy są ofiarami?”. I tu właśnie rodzi się największy problem — poczucie stronniczości.
Polacy nie chcą żyć w kraju, w którym prawo działa wybiórczo. W którym jedne sprawy są priorytetowe, a inne — choć równie bolesne — trafiają na margines. W którym obywatel zaczyna się zastanawiać, czy jego narodowość nie zadecyduje o tym, jak zostanie potraktowany przez wymiar sprawiedliwości.
Słowa Żurka o „prowadzeniu w kajdanach” były jak iskra rzucona na suchą trawę. Nie dlatego, że Polacy boją się prawa. Boją się nadmiernej siły państwa, użytej w sposób, który może wyglądać jak polityczna demonstracja.
Czy to poprawi relacje społeczne? Czy to uspokoi napięcia? Czy to sprawi, że ludzie poczują się bezpieczniej?
Wątpliwe.
Bo relacje między Polakami a Ukraińcami nie poprawią się dzięki kajdankom, prokuratorom i groźnym deklaracjom. Poprawią się dzięki sprawiedliwości, równowadze, dialogowi i jasnej polityce państwa, która nie faworyzuje żadnej grupy, lecz chroni wszystkich obywateli — bez względu na pochodzenie.
Polacy mają prawo pytać. Polacy mają prawo się niepokoić. Polacy mają prawo oczekiwać, że państwo będzie działać dla nich, a nie przeciwko nim.
I to właśnie jest sedno tej debaty.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)