Dyktatorzy świata drżą – bo nagle okazuje się, że można ich usunąć jak wirusa z systemu, bez rewolucji, bez krwi na ulicach, bez dekad chaosu. A Putin? Siedzi sobie w rezydencji, popija herbatkę i patrzy na to z uśmieszkiem. Bo wie, że Europa nigdy nie tupnie nogą tak głośno.
Styczeń 2026 roku zaczął się z przytupem godnym hollywoodzkiego blockbustera. Amerykańskie siły specjalne, wsparte precyzyjnymi nalotami, wchodzą do Caracas jak po własne, pakują Nicolása Maduro i jego małżonkę do samolotu i voilà – były już prezydent Wenezueli ląduje w Nowym Jorku w kajdankach, gotowy na proces.
Donald Trump, z miną człowieka, który właśnie wygrał zakład o miliard dolarów, ogłasza, że USA „będą tymczasowo prowadzić” Wenezuelę. I co najważniejsze – prawie bez krwi. Żadnych linczów, publicznych egzekucji, masowych rozstrzeliwań. Tylko huk silników odrzutowych i cichy szelest helikopterów. Science fiction? Nie, to po prostu nowa jakość w pozbywaniu się dyktatorów.
Światowe media, jak zwykle, reagują zgodnie ze swoim geopolitycznym kompasem. W Stanach prawica świętuje: Fox News i podobne tuby trąbią o „genialnym posunięciu”, „końcu narco-państwa” i „powrocie Ameryki na piedestał”. Trump to ich Superman – wreszcie ktoś powiedział „dość” i zrobił to z rozmachem.
Lewica natomiast, od „New York Timesa” po „Guardiana”, bije na alarm: „nielegalna agresja”, „powrót do czasów bananowych republik”, „zagrożenie dla porządku międzynarodowego”. Ciekawe, że ten sam porządek międzynarodowy nie budził ich takiego oburzenia, gdy Maduro dusił opozycję i głodem morzył własny naród.
Przenosimy się do Europy. Tu ton jest jeden: wstrzemięźliwość, apele o „poszanowanie prawa międzynarodowego”, „powściągliwość” i „dialog”. Bruksela, Berlin, Paryż – wszyscy jak jeden mąż wzywają do spokoju. Skandynawia dodaje szczyptę humanitaryzmu: „martwimy się o prawa człowieka w okresie przejściowym”.
Polska? Cóż, u nas opinie podzielone, ale w prawicowych mediach słychać cichy podziw pomieszany z zazdrością – „dlaczego my też tak nie możemy?”. Lewicowe gazety trzymają się linii europejskiej: „to niebezpieczny precedens”. Złośliwie rzecz ujmując, optyka zależy od tego, z kim się handluje ropą albo gazem. Im bliżej rosyjskich rurociągów, tym głośniejsze oburzenie na „amerykański imperializm”.
A dalej na Wschód? Chiny i Rosja – naturalnie – wrzeszczą o „bandyckiej agresji” i „naruszeniu suwerenności”. People's Daily pewnie już drukuje editorial o „hegemonii USA”. Indie patrzą z niepokojem: jeśli Amerykanie mogą tak z Maduro, to co z Tajwanem? Albo z innymi „strategicznymi partnerami”? Neutralność Delhi nagle staje się bardzo nerwowa.
I tu dochodzimy do sedna, drodzy Europejczycy. USA, pod wodzą Trumpa, odważyły się powiedzieć „dość”. Zrobiły to szybko, czysto, z minimalnymi ofiarami – ot, kilka nalotów i precyzyjne porwanie. Żadnych lat sankcji, które tylko utuczyły oligarchów. Żadnych nieskończonych negocjacji w Genewie. Po prostu: dron nad pałacem, helikopter, kajdanki i lot na orbitę sprawiedliwości.
Dyktatorzy świata drżą – bo nagle okazuje się, że można ich usunąć jak wirusa z systemu, bez rewolucji, bez krwi na ulicach, bez dekad chaosu. A Putin? Siedzi sobie na Kremlu, popija herbatkę i patrzy na to z uśmieszkiem. Bo wie, że Europa nigdy nie tupnie nogą tak głośno.
My, Polacy, wiemy coś o walce w imię wartości – jesteśmy pierwsi do bijatyki, gdy chodzi o wolność. Ale reszta kontynentu? Och, nie. Tu się apeluje, sankcjonuje połowicznie, negocjuje z demonem zła i czeka, aż Ukraina sama się wykrwawi. Czy Europa odważy się kiedyś powiedzieć Putinowi: „Oddaj ziemie, wypłać odszkodowania, a przede wszystkim – zapadnij się pod ziemię”? Czy poczekamy, aż Amerykanie znowu zrobią robotę za nas, tym razem bliżej naszych granic?
Drżyjcie, dyktatorzy. Nadchodzi era nowej jakości. Pojawia się cień nad pałacem, słychać cichy szum śmigieł – i nagle jesteś w samolocie do Hagi. Otoczenie prawie tego nie zauważa. Tylko flaga zmienia kolor. Pytanie tylko, kiedy Europa nabierze odwagi, by zamówić taki lot także na trasie Moskwa–Nowy Jork. Albo chociaż tupnąć nogą tak, żeby w Kremlu zadźwięczały kieliszki. Bo jeśli nie – to zawsze możemy poprosić Trumpa. On podobno lubi wyzwania. A jak Bruksela dalej będzie grać w „dialog i powściągliwość”, to my, Polacy, zawsze możemy wyjść z UE i ogłosić się pięćdziesiątym pierwszym stanem USA. W końcu Trump uwielbia Polskę, a my mamy doświadczenie w bijatykach o wolność – i przynajmniej wtedy ktoś wreszcie tupnie nogą za nas.
P.S.
To oczywiście gorzki żart na koniec - ale pamietajmy, że w polsko-amerykańskiej historii nie ma zdrady w przeciwieństwie do europejskich mocarstw, które wielokrotnie rozbierały i grabiły Polskę.
Jarosław Banaś
Na Salonie24 od 2008. Dziennikarz radiowy, autor słuchowisk, reportaży.
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Polityka