2 obserwujących
54 notki
102k odsłony
319 odsłon

Ku pokrzepieniu serc – aktualizacja

Wykop Skomentuj12

Coraz bardziej niepokoją mnie nastroje, jakie od pewnego czasu opanowują całą blogosferę. Konkretnie mam na myśli dziwne rozdwojenie jaźni cechujące rosnącą rzeszę blogerów i blogowiczów, którzy z jednej strony cieszą się, że jeszcze Polska nie zginęła, ale z drugiej strony udowadniają w każdej niemal wypowiedzi, że nie warto żyć, bo mamy coraz denniejszych polityków. Chciałbym nieco rozproszyć mroki tego czarnowidztwa i wykazać, że z naszymi politykami wcale nie jest tak źle. Wbrew może oczekiwaniom, nie będę się tu wdawał w rehabilitację takich gigantów politycznych jak Donald Tusk czy Jarosław Kaczyński. Zamiast tego odniosę się do postaci najwyżej stojących, czyli do naszych prezydentów. Żeby jednak skutecznie podnieść ich z dna, trzeba najpierw dostarczyć odpowiedniego wzorca. Pomyślałem natychmiast o George’u Washingtonie, któż bowiem może być bardziej odpowiedni niż on. Sądzę, że dla wyrazistego oświetlenia postaci tego prezydenta wystarczy tylko jeden przykład z historii, którą współtworzył.

Otóż po wyczerpującej wojnie narodowowyzwoleńczej na terenie obecnych Stanów Zjednoczonych, znanej również pod nazwą rewolucji amerykańskiej, Kongres Kontynentalny nie był w stanie wywiązywać się z wypłat zaległego żołdu i z obowiązku łożenia funduszów na bieżące potrzeby armii. W wyniku zrozumiałej frustracji, w środowisku amerykańskiej generalicji zrodził się ciekawy pomysł obalenia Kongresu w drodze coup d’état i ustanowienia monarchii konstytucyjnej z Georgem Washingtonem w charakterze pierwszego króla. George Washington oferowany mu tron z oburzeniem odrzucił, przechodząc do historii jako jedyny w dziejach polityk, który odmówił korony.

Nie wiem dlaczego pamięć podsunęła mi akurat ten epizod z dziejów chwiejącego się obecnie w posadach mocarstwa. Ale skoro już podsunęła, to co szkodzi pospekulować, czy odrzucenia korony można by się spodziewać również po naszych prezydentach. Ilu ich było ostatnio? Było ich sześciu: Jaruzelski, Wałęsa, Kwaśniewski, Kaczyński, Komorowski, Duda. Zacznijmy może od końca.

Na pierwszy rzut oka Duda ma się nijak do Washingtona. W przeciwieństwie do niego nigdy nie był generałem. Nie brał nawet udziału w wojnie narodowowyzwoleńczej na terenie PRL, zbyt młody wiek nie pozwolił mu na to. Jedynie patriotycznym tradycjom rodzinnym zawdzięcza, że ideały Washingtona bardzo szybko stały się jego ideałami. Inaczej nie zaangażowałby się przecież u progu dorosłego życia w kampanię prezydencką kandydata „Solidarności”, którego cała Polska z czułą poufałością nazywała Lechu. Droga Dudy nie była prosta. Wiodła przez zwycięstwa, rozczarowania, porażki i wielkie tragedie. On się jej uparcie trzymał. (Jak przystało na niezłomnego człowieka – dorzuci może ktoś wyjątkowo złośliwy.) Wierność raz wybranej drodze wyniosła go, podobnie jak niegdyś Washingtona, na czoło narodu. Duda tak samo jak Washington bez wysiłku zapewnił sobie drugą kadencję i teraz nic oprócz konstytucji nie wzbrania mu sięgnięcia po trzecią, a nawet przyjęcia korony, gdyby tak się gwiazdy ułożyły. Korona jest wielką pokusą. Jeden z naszych byłych premierów, na przykład, nie oparł się pokusie zostania królem Zjednoczonej Europy w momencie, gdy oznaczało to niedwołalną klęskę jego partii w nadchodzących wyborach. Duda natomiast już udowodnił, że wielkie pokusy nie mają do niego przystępu. Mógł spokojnie podpisać dwie ustawy PiS dotyczące sądów, jednak obie zawetował, choć z góry wiedział, co go po tym czeka – nienawiść obozu, z którego wyszedł, tępa zajadłość tych, których pokonał w wyborach, tanie połajanki opozycyjnych dziennikarzy, pogarda motłochu. Wszystko to miał jak w banku i został spłacony co do grosza. Odtąd mógł liczyć tylko na zwykłych ludzi, którzy dwa lata później wybrali go ponownie na swojego prezydenta. Czy ktoś taki wypiąłby się na demokrację i przyjął koronę? Przypuszczam, że wątpię.

Komorowski, podobnie jak Washington, pochodzi ze szlacheckiej rodziny, tak samo jak on od małego wychowywany był na gentelmena, i trzeba dodać, na dobrego obywatela, jako że w przeciwieństwie do amerykańskiego prezydenta dochował się gromadki dzieci. Zanim wzorem George’a Washingtona zaczął tworzyć historię, ukończył studia historyczne na UW. Jest to kolejny punkt na jego korzyść, bo Washington rozstał się ze szkołą w wieku 17 lat. Rzucenie nauki nie przeszkodziło przyszłemu prezydentowi USA w uzyskaniu pięciu doktoratów honoris causa, niemniej biegłością w piśmie, zdaniem Johna Adamsa, który objął po nim prezydenturę, nigdy nie grzeszył, co zresztą ociepla jego wizerunek, podobnie jak pewna nieporadność w tej materii ocieplała osobę Komorowskiego, który też ma na koncie pięć doktoratów honoris causa. Najistotniejsze jednak jest to, że nie inaczej niż Washington, Bronisław Komorowski już od wczesnej młodości knuł przeciwko legalnej, ale narzuconej z zewnątrz władzy, którą na spółkę z Janem Pawłem II, Ronaldem Reaganem i kolegami z opozycji w końcu obalił. Czy w razie czego przyjąłby koronę, nie wiem. Jako autentyczny szlachcic, dlaczego miałby nie przyjąć? Sądząc jednak z jego postawy, bardziej chyba odpowiadało mu stanowisko prezydenta. Bo w sumie czego więcej było mu trzeba? Stał wysoko i w ogóle. Oczywiście grubą przesadą byłoby twierdzenie, że właściwie nic nie robił i za nic nie odpowiadał, w końcu z nic nierobieniem znacznie lepiej radził sobie premier Tusk i na tle jego rządów prezydenckie obowiązki można wręcz uznać za katorgę. Szczerze jednak mówiąc, katorga to nie była. I niech tak już zostanie.

Wykop Skomentuj12
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka