9 obserwujących
91 notek
166k odsłon
  396   2

Tomasz Mann: Oni ze sobą się przespali

Gdzieś tak w lipcu zeszłego roku, gdy pandemia trochę odpuściła, spotkałem przypadkiem na ulicy kolegę z okresu studiów, z którym w Ameryce odnowiliśmy znajomość. Kolega na mój widok wykrzyknął z nieźle odegranym zdziwieniem:

- To ty jeszcze żyjesz?

Ponieważ nigdy nie miałem dobrego refleksu, zdobyłem się tylko na bezbarwne oświadczenie:

- Widzę, że ty też.

I to, co powinienem powiedzieć ja, powiedział on:

- Szczepionych diabli nie biorą.

Na tym temat covidu został wyczerpany. Ani jemu, ani mnie, akurat nigdzie się nie śpieszyło, więc poszliśmy na piwo. Pierwszy kwadrans pobytu w barze zszedł nam na wymianie informacji o polskich znajomych, następny na konfrontacji naszych poglądów politycznych, potem nie było już o czym rozmawiać i wtedy mój kolega ocknąwszy się z głębokiego zamyślenia nagle powiedział:

- Oni ze sobą się przespali.

- Oni?

- No Hans Castorp z Kławdią Chauchat, nie rozumiesz?!

Przez prawie rok naszego niewidywania się kompletnie zapomniałem, że mój kolega miał bzika na punkcie „Czarodziejskiej góry” Tomasza Manna i słysząc jego zniecierpliwiony głos pomyślałem, że ten bzik chyba jeszcze się pogłębił. Sam o „Czarodziejskiej górze” miałem blade pojęcie. Z czystego snobizmu udało mi się przebrnąć nie opuszczając żadnej strony tylko przez pierwszy tom i parę środkowych rozdziałów drugiego, gdzie była mowa o powrocie pięknej Kławdii do sanatorium gruźliczego, w którym Hans czekał na nią przez siedem lat. Inne rzeczy - takie jak rozważania o czasie, spór Naphty z Settembrinim, dezercja Joachima, charyzma Peeperkorna, zgony pensjonariuszy, ich samobójstwa i co tam jeszcze – pozostawiły mnie obojętnym. Nie miałem bzika na punkcie „Czarodziejskiej Góry”, ale chciałem dalej popijać piwo, co można było łatwo załatwić przez odpowiednie pobudzenie i tak już pobudzonego kolegi.

- Hans z Kławdią? - powiedziałem. - Na pewno nie.

Żachnął się zupełnie jak Zbigniew Cybulski na moment przed podpalaniem spirytusu w kieliszkach.

- Nie?! Ty mówisz nie?!

- Kiedy mieliby to zrobić? Już następnego dnia po tym karnawałowym balu ona wyjechała z sanatorium.

- No właśnie. Następnego dnia. A co było w nocy? Przecież ona przed powrotem do swojego pokoju przypomniała mu, żeby nie zapomniał oddać jej ołówka.

- I on niby potem do niej poszedł? W książce nie ma o tym ani słowa.

- Są aluzje, są poszlaki, mnóstwo poszlak, nawet niezbite dowody.

Chyba pozwoliłem sobie na sceptyczną minę, bo mój kolega znów się histerycznie żachnął, po czym zaczął wyliczać po kolei te aluzje, poszlaki i dowody. Czynił to z takim namaszczeniem, że znów przypominał Cybulskiego, tym razem już podpalającego kolejno kieliszki ze spirytusem. Jednocześnie był jak Adam Pawlikowski wyliczający imiona poległych koleżanek i kolegów.

Wczoraj znów spotkałem tego kolegę na ulicy. Tym razem nie poszliśmy na piwo, nie było nastroju, i nie było dokąd, pandemia kolejny raz niemiłosiernie przycisnęła, padło między nami tylko parę słów, że zima, że mróz.

- Pogadamy latem - rzucił on na do widzenia.

- Pogadamy latem - rzuciłem ja i każdy ruszył w swoją stronę.

Ale naturalnie nasza zeszłoroczna rozmowa natychmiast odżyła w mojej pamięci i wieczorem, nie mając nic lepszego do roboty, zacząłem zapisywać własnymi słowami jego ówczesne wywody, mając nadzieję, że nic nie pokręcę. Nie to, żeby fikcyjne perypetie Hansa Castorpa z madame Chauchat wzbudzały we mnie jakieś nabożeństwo, albo żeby powodowało mną przekonanie o ich ponadczasowym znaczeniu, nie obchodziły mnie one ani trochę. Obchodził mnie mój kolega. Odkąd straciliśmy się w Polsce z oczu, śledziłem jego publikacje w czasopismach. Byliśmy z różnych światów, moich publikacji oprócz garstki rozsianych po świecie adeptów szkiełka i oka nikt nie śledził. On był adeptem romantyczności, czyli kimś, kogo tacy jak ja chcieliby zaraz wziąć pod mikroskop i rozpracować. Argumenty, które wtedy zaprezentował, wydały mi się błahe, ale on tak się nimi emocjonował, że coś musiało się za tym kryć, więc może faktycznie trzeba je spisać, by dociec, na czym polega inność osób jego pokroju.

Pierwsza aluzja padła z ust samej Kławdii, która po tym, jak Hans wyznał jej na kolanach miłość, trochę go wykpiła stwierdzając, że jego miłosne wyznanie było gruntowne, iście niemieckie, i wkładając mu na głowę papierowy kapelusz ze słowami:

- Żegnaj mój książę karnawału, będzie pan miał dziś wieczór zły wykres gorączki, przepowiadam to panu.

Ale wychodząc z pomieszczenia jednak się zawahała i powiedziała cicho:

- A proszę nie zapomnieć o zwrocie mojego ołówka.

W tymże momencie wyszła, nie dając mu czasu na podniesienie się z kolan i natychmiastowe oddanie tego przedmiotu. Czyż nie zaprosiła go tym samym do siebie? Czy to nie jest wyraźna poszlaka? Wszak Hans mógł z jej zaproszenia skorzystać.

Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura