Niemcy po 1871 roku miały wszystko, co ze swoim potencjałem demograficznym, gospodarczym i militarnym były w stanie kiedykolwiek osiągnąć. Na północnym wschodzie ich zjednoczone państwo ciągnęło się szerokim pasem wzdłuż bałtyckiego wybrzeża aż po Kłajpedę. Mogłoby tak być do dzisiaj. To jednak Niemcom nie wystarczało i pomaszerowały dalej.
Stało się to poniekąd zgodnie z logiką ówczesnej mapy Europy, na której ten nadbałtycki pas i południowo-wschodnia część Niemiec, sięgająca poza Bytom i Katowice, tworzyły jakby rozwarte szczęki jakiegoś upiornego gada gotowego pożerać następne terytoria. Lecz upiorny gad nic już więcej nie pożarł. W 1918 roku jego górna szczęka rozpadła się na dwie części i z polskim klinem między nimi musiała czekać do 1939 roku, zanim się na powrót zrosła. Była radość, ale w 1945 roku obydwie szczęki uległy amputacji i w ogóle zniknęły z mapy Europy. Od zachodniej strony też Niemcom co nieco odpadło. Mało im było strat za pierwszym razem, to za drugim razem postarały się o jeszcze większe straty.
W tej chwili Niemcy uchodzą za trzon Zjednoczonej Europy. Niemniej przed I wojną światową osiągnęły maksymalny pułap swoich możliwości i lepiej by dla nich było, gdyby umiały na tym poprzestać. Płynie stąd ważna nauka dla dzisiejszych pretendentów do statusu ponad miarę.
Wbrew szerzącemu się ostatnio przekonaniu nie ma wśród nich Ameryki. Ameryka jedynie broni swojego prymatu, który z racji bezprecedensowych przewag cywilizacyjnych słusznie jej się należy. Za pretendenta nie można też uważać Chin. Chiny po prostu są. Pragną tylko utrzymać swoje gospodarcze zdobycze. Podobnie rzecz ma się z Rosją. Rosja też po prostu jest. Co miała oddać, oddała, ale własnego nie odpuści. Wszystkie te trzy podmioty uzyskały swoją wielkość w prawie niezauważalny sposób, z dala od reszty świata. Ameryka i Rosja dosyć dawno, Chiny najdawniej.
Pretendentami są państwa znacznie mniejszego kalibru, utworzone lub odtworzone całkiem niedawno. Należą do nich między innymi Ukraina, Izrael i - jakże by inaczej - Polska. Wyjątkiem jest istniejący od tysiącleci Iran. On i Ukraina znoszą teraz ogromne cierpienia. Lecz, jak okrutnie czy nawet cynicznie by to nie zabrzmiało, można powiedzieć, że chcącemu krzywda się nie dzieje.
Egzystujący w permanentnym zagrożeniu Izrael pretenduje do choćby chwili spokojnego oddechu. Mowa o chwili w sensie jednej przynajmniej dekady. Ta dekada może nie być mu dana, jeśli nie rozszerzy swego stanu posiadania co najmniej do linii Litani na północy, linii Nilu na zachodzie i linii Eufratu na wschodzie. I nieważne, czy Izrael naprawdę ma takie zamiary, czy też są mu one tylko niecnie przypisywane przez antysemitów i antysyjonistów. W tej chwili supozycje te funkcjonują w umysłach jako twarde fakty.
Ale chyba, na Boga, Izrael nie podzieli losu Prus Wschodnich, nie zniknie z mapy Bliskiego Wschodu, tak jak one zniknęły z mapy Europy. Ameryka, która niewątpliwie utrzyma swój prymat, nie dopuści do tego. Skoro Niemcom po wszystkich awanturach pozwoliła dalej istnieć, to Izraelowi też pozwoli. Może tylko trochę okrojonemu, może wreszcie pogodzonemu z palestyńską autonomią. Aż chciałoby się retorycznie zapytać: I po co Niemcom to wszystko było? Po co Izrael poszedł w ich ślady? Czy nie należało raczej posłuchać głosów rozsądku płynących z wnętrza obu tych krajów i ze strony życzliwej im trójki autentycznych potęg?
Polska również cierpi, cierpią Polacy, ale te cierpienia to, za przeproszeniem, nic w porównaniu z tym, czego doświadczają obecnie Ukraina, Iran czy Izrael, i co znoszą tamtejsze społeczeństwa. Cierpienia Polaków nie są zresztą jakimś nadzwyczajnym problemem. Polacy nieustannie narzekają, złoszczą się, wybuchają gniewem o byle głupstwo. Trzeba zostawić to wszystko na boku jako coś przynależnego ludzkiej naturze. Nie o takie przejawy cierpienia tu chodzi. Chodzi o emocje znacznie wyższego rzędu, ponadprzeciętne. A tych doznają tylko nieliczne jednostki. Historycy, dziennikarze, politycy, ostatnio również geopolitycy. Słowem, elity.
Kiedyś jeden bardzo wybitny polityk powiedział: Kadry decydują o wszystkim. Teraz to już nieaktualne. Dzisiaj o wszystkim decydują elity. I właśnie o cierpienia elit tu chodzi. Nie o miałkie cierpienia szeregowego Polaka, a o ich wzniosłe cierpienia. Spowijające niczym mgła całą Polskę. Polska i ta mgła stanowią już w umysłach elit niepodzielną jedność, z którą wręcz się utożsamiają. Czyż nie mają więc prawa mówić o tym konglomeracie bytów tak, jak Gustaw Flaubert mówił o swojej heroinie? Madame Bovary c'est moi. Polska to my.
Na odczepne można by przyznać elitom prawo do mówienia podobnych głupot. Tylko że one zaraz kombinują dalej. Jeśli jesteśmy Polską, to wolno nam decydować o swoim i zarazem jej losie. Polska codzienna i przyziemna nic na takie dictum nie jest w stanie poradzić. I elity decydują. Idziemy z Europą. Nie, idziemy z Ameryką. Nie, idziemy z Chinami. Nie, idziemy z Rosją. Nie, idziemy sami. Może tylko dzięki temu zgiełkowi nijak do siebie niepasujących decyzji, uniemożliwiającemu jakiekolwiek działania, Polacy wciąż jeszcze chodzą ulicami najedzeni, cali i zdrowi.
Lecz elity cierpią nie na żarty. Weźmy od razu przykład z najwyższej półki. Nie jest żadną tajemnicą, że Polska (czytaj: pewna część jej elit) pretenduje do roli głównego rozgrywającego w regionie Międzymorza. I bardzo cierpi, bo jej nadziei ulokowanych w Międzymorzu nikt na szerokim świecie nie bierze poważnie. Zwykli Polacy takich złudzeń nie żywią. Liberalne elity też. Ale boli je niezmiernie, że należą do Europy, a czują się jakby nie należały. Rozpacz budzi w nich strach prostego ludu przed wejściem do strefy euro. Zaczynają mówić ludziom o zielonej energii czy o małżeństwach jednopłciowych i w tej samej chwil doznają nieznośnego ściskanie w dołku, wiedząc że czeka je lawina bezlitosnych drwin. Inne elity chciałyby rozdawać w Europie karty, nikt jednak nie chce im powierzyć talii. Jeszcze inne dostają szału na myśl, że jak tylko spróbują napomknąć o ułożeniu się z Rosją, od razu usłyszą, że są ruskimi onucami. Kolejne z nadzieją na przełom zwracają oczy w kierunku Chin, by natychmiast pogrążyć się w depresji, spostrzegłszy że ludzi obchodzą tylko przychodzące stamtąd tanie skarpety. Te od Międzymorza bardzo serio mówią też o pójściu na Królewiec i w nagrodę wyzywane są od podżegaczy wojennych. Prowadzi to nieodmiennie do histerycznego uskarżania się tego odłamu polskich elit na tępotę rodaków.
Nie ma sensu ciągnąć dalej tej litanii cierpień. Jest coś takiego między Odrą i Bugiem, że wszelkie zrodzone tam w umysłach elit śmiałe myśli, hojnie rzucane między ludzi, z mety wsiąkają w grunt, za nic nie dając zapędzić się pod strzechy. Jedna tylko śmiała myśl nie przychodzi polskim elitom do głowy. Że mogą nie mieć racji.




Komentarze
Pokaż komentarze (2)