0 obserwujących
15 notek
32k odsłony
2549 odsłon

Nieznośna niepewność Wielkiego Wybuchu

Wykop Skomentuj62

I znowu żałuję, że Stanisław Lem nie żyje. Dotąd żałowałem trzy razy. Pierwszy raz, gdy umarł, drugi raz, gdy udowodniono eksperymentalnie istnienie cząstek Higgsa, i trzeci raz, gdy zarejestrowano fale grawitacyjne. Przedtem, to znaczy do 2006 roku, kiedy Lema zabrakło, na wieść o jakimś przełomowym odkryciu miało się krzepiącą pewność, że jest w Polsce ktoś kompetentny, kto w przystępny sposób skomentuje wielkie wydarzenie i wyjaśni zainteresowanym istotę przełomu. Byłbym niesprawiedliwy twierdząc, że teraz w III RP nie ma osób potrafiących wytłumaczyć Polakom, o co w danym odkryciu chodzi. Osób takich nie brak, są również na tym portalu. A jednak odruchowo nadal się czeka, co Lem powie na to, czy tamto, i zaraz czuje się żal, że go już nie ma.

Ten żal się znów pojawił. Tym razem nie chodzi o przełomowe odkrycie, tylko o nową koncepcję uporania się z Wielkim Wybuchem. Jej autorem jest brytyjski fizyk i matematyk Sir Roger Penrose, który wraz ze Stephenem Hawkingiem opracował słynny zestaw twierdzeń o osobliwościach w ogólnej teorii względności. Stanisław Lem nie skwitowałby machnięciem ręki żadnej koncepcji kogoś takiego, a co dopiero mówić o koncepcji dotyczącej powstania wszechświata.   

Autor „Obłoku Magellana” niedługo przed śmiercią chyba zrezygnował z akceptowanego często do dzisiaj poglądu, że wszechświat początkowo był skupiony w jednym punkcie, po czym ni z gruszki, ni z pietruszki, wybuchnął rozszerzając się w mgnieniu oka do mierzonej w bilionach lat świetlnych objętości. Wspomniany punkt może uchodzić za pierwszą w dziejach wszechświata osobliwość. Po jego rozszerzeniu się za osobliwości robią tak zwane czarne dziury, które mają tendencję raczej do parowania niż wybuchania. Być może Lemowi sprawiała dyskomfort myśl, że cały współczesny mu wszechświat 14 miliardów lat wcześniej mieścił się w takiej punktowej osobliwości. Niewykluczone, że właśnie dlatego nasz genialny pisarz zaczął się skłaniać do jednej z rodzących się wówczas jak króliki alternatywnych koncepcji. Wciąż pamiętam fragment jakiejś jego wypowiedzi telewizyjnej: „Może istnieją dwa rodzicielskie wszechświaty przypominające połowy zawieszonego na sznurku prześcieradła, które co jakiś czas stykają się ze sobą wyzwalając w punktach zetknięcia ogromną energię i kreując w ten sposób skupiska materii, czyli gwiazdy, galaktyki i tak dalej.” 

Owe „połowy prześcieradła”, zwane w naukowym żargonie membranami, miały istnieć w jakimś wyższym wymiarze i wszystko byłoby pięknie, gdyby znalazła się również odpowiedź na pytanie, skąd się z kolei te membrany wzięły. Nie ma jej, podobnie jak nie ma odpowiedzi na pytanie, skąd się wziął wyjściowy punkt postulowany przez twórców teorii wielkiego wybuchu. Lem chyba z desperacji i w przeczuciu niedalekiej śmierci brał pod uwagę takie fantazje. Przyznaję bez bicia, koncept punktowej osobliwości sprzed 14 miliarów lat mnie też nie układał się w głowie. Że co, że jak? Cały ten nieobjęty ogrom, te biliony galaktyk, z ciemną materią i ciemną energią na dokładkę (ładna mi dokładka – 95% całego tortu), wszystko to mieściło się kiedyś na czubku szpilki? Naprawdę, really, wirklich?!!! Człowiek w końcu jakoś to akceptował, bo poważni kosmologowie z Harvard, Princeton, MIT kiwali głowami, że tak, że naprawdę! Ale potem ci sami poważni kosmologowie, zainspirowani niezwykłością mechaniki kwantowej, zaczęli podawać ludziom do wierzenia jeszcze bardziej fantastyczne pomysły. Na przykład, że wszechświat powstał z niczego. Albo że wszechświat jest hologramem. Albo że istnieje nieskończona liczba wszechświatów, w których los każdego żywego stworzenia powtarza się nieskończoną ilość razy w nieskończonych odmianach. Ta sama osoba może w jednym wszechświecie być żebrakiem, za to w innym królewiczem. Łatwość i bezwstyd, z jakimi te wymysły są generowane i puszczane w obieg przez utytułowanych fizyków, mogą budzić prawdziwe zgorszenie. Na ogół jednak budzą fascynację i popyt na dalsze fantasmagorie.  

Z drugiej strony, mechanika kwantowa stała się częścią codziennej rzeczywistości, jej działanie jest równie namacalne jak działanie maszyny parowej. Wprawdzie nie znaleziono jeszcze wspólnego mianownika dla zjawisk zachodzących na poziomie cząstek elementarnych i procesów odbywających się w skali kosmicznej, ale i bez tego wiadomo, że wszechświat nadal się rozszerza i zacznie dobiegać swego kresu w epoce, gdy już tylko kwantowe efekty będą odgrywały jakąś rolę.  

Tak to chyba widzi Roger Penrose. Żadnych pląsających wokół równoległych wszechświatów, żadnych przenikających się nawzajem wieloświatów. Zamiast tego jeden wszechświat, ten, w którym obecnie żyjemy, odnawiający się cyklicznie od nieskończonej przeszłości po nieskończoną przyszłość. Cykle nazwane przez Penrose’a eonami nie muszą startować od wielkiego wybuchu punktowej osobliwości do objętości rzędu bilionów lat świetlnych, z tego prostego powodu, że wszechświat u krańca swojej marszruty już jest rozszerzony i gotowy do następnego cyklu. Gotowość ta wynika stąd, że w maksymalnie rozszerzonym wszechświecie nic się nie dzieje, stanął więc również czas, została tylko przestrzeń. Taki wszechświat już „nie wie” czy jest punktem, czy nieskończenie wielką sferą, jest mu to jakby wszystko jedno. Najważniejsze, że znów zapanowała w nim niska entropia i może spokojnie zaczynać wszystko od nowa.      

Zaproponowana przez Penrose’a koncepcja jednego, sukcesywnie odnawiającego się wszechświata jakoś najbardziej mi odpowiada. W takim wszechświecie też wszystko jest możliwe: nieskończona powtarzalność losów tej samej osoby w ich nieskończonych odmianach, żebrak królewiczem, te rzeczy. Jakie to zresztą ma znaczenie, skoro ani żebrak, ani królewicz, nie mogą mieć świadomości swego istnienia w innych eonach i wszechświatach?   

Koncepcją Penrose’a zainteresowali się ceniony bardzo przez niego polski fizyk Krzysztof Meissner i armeński matematyk Vahe Gurzadyan. Ich zdaniem na prawdziwość tej koncepcji wskazują koncentryczne koła na mapach promieniowania tła, być może powstałe w wyniku działania fal grawitacyjnych wyemitowanych podczas kolizji czarnych dziur w poprzednim eonie. Naprawdę jestem ciekaw, ogromnie ciekaw, co Stanisław Lem by na to wszystko powiedział. 


Wykop Skomentuj62
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Technologie