47 obserwujących
1931 notek
2614k odsłon
  5728   4

Po decyzji papieża w sprawie "starej" mszy. Czy Franciszek wypycha nas z Kościoła?

Msza pontyfikalna w dawnym rycie, odprawiana przez biskupa pomocniczego archidiecezji poznańskiej, Grzegorza Balcerka, Kościół OO Franciszkanów Konwentualnych w Poznaniu, 14 lipca 2009, fot. Piotr Łysakowski
Msza pontyfikalna w dawnym rycie, odprawiana przez biskupa pomocniczego archidiecezji poznańskiej, Grzegorza Balcerka, Kościół OO Franciszkanów Konwentualnych w Poznaniu, 14 lipca 2009, fot. Piotr Łysakowski
No więc stało się. Papież Franciszek ogłosił nowe zasady sprawowania dawnej liturgii w Kościele powszechnym. Dziwna sprawa. Bo właśnie w tych dniach, poproszono mnie, abym napisał o historii pierwszego, polskiego miejsca celebracji tej liturgii za zgodą biskupa ordynariusza, czyli o - mającym już 27 lat - Poznańskim Środowisku Wiernych Tradycji Łacińskiej.

Nie myślałem, że zabiorę się do pisania tej historii w nowej sytuacji. I mam mieszane uczucia.

Z jednej strony pisze mi się to z trudem. Trudno pisać o czymś, co jest dla mnie sprawą ważniejszą niż polityka – choć może w ustach polityka wydaje się to dziwne - co właśnie doznaje istotnego ograniczenia, które kardynał Raymond Leo Burke nazwał surowym. Trudno pisze się o ograniczeniu czegoś, co pchnęło mnie do zaangażowania w Kościół. Skoro jednak piszę o rzeczy tak osobistej, będzie to tekst bardzo długi. No dobra. Ale skoro tyle piszę o sobie, to jak to się zaczęło?

Jak zostałem „tradycjonalistą”

W dzieciństwie dużo jeździłem z rodzicami za granicę. Do lekarzy. I tam uczęszczałem na msze święte. Te msze były jednak dla mnie jakieś inne niż w Polsce. Księża nie ubierali się tak starannie, podchodzili do wszystkiego na większym luzie, msze sprawiały wrażenie bardziej spotkań towarzyskich niż misterium liturgii. Nie podobało mi się to, ale – uznawałem – Kościół wie co robi. I tak jak nie pouczam lekarza czy kominiarza jak powinien wykonywać swój zawód, tak uznawałem wtedy, że ci księża wiedzą co robią. Że mnie się to nie podoba, że tam jest inaczej, ale widocznie to ja się mylę.

image
Arcybiskup Marian Przykucki, emerytowany metropolita szczecińsko - kamieński udziela święceń kapłańskich w dawnym rycie, seminarium Bractwa Kapłańskiego Świętego Piotra, Wigratzbad, 1 lipca 2000.

W takim przekonaniu trwałem do 1992 roku. Wtedy to Konrad Szymański – który był wtedy współpracownikiem mojego ojca – podrzucił mi książkę „List otwarty do zakłopotany katolików” arcybiskupa Marcela Lefebvra. Nic o nim wtedy nie wiedziałem, poza tym, że w 1988 roku wyświęcił czterech biskupów bez zgody papieża. No i że odprawiał inną mszę niż mamy teraz. Znaczy po łacinie. Oczywiście. Byłem oburzony. Jak można nie słuchać papieża?

Położyłem się z tą książką do łóżka. Była 22:00. Skończyłem czytać o 3 w nocy. Przeczytałem ją całą. Znalazłem tam wiele odpowiedzi, także i na te pytania, dlaczego te msze, w których uczestniczyłem jeżdżąc do lekarzy, były takie bardziej luźne. Zapamiętałem sobie jedno zdanie z tej książki pisanej bodajże w 1986 roku. Nigdy nie wyświęcę biskupów bez zgody papieża. Jeśli jest to dzieło Boże, Bóg znajdzie rozwiązanie jak je zachować po mojej śmierci. Dzielny i pobożny człowiek – pomyślałem sobie. Tylko posunął się o kilka kroków za daleko. Tak myślę do dziś. Potem przeczytałem „Raport o stanie wiary”. Rozmowę Vittorio Messoriego z kardynałem Josephem Ratzingerem. Zdziwiłem się. Wiele jego diagnoz – choć stawianych bardziej spokojnym językiem – było bardzo zbieżnych z opiniami arcybiskupa Marcelego.

image
Dom Gerard Calvet OSB, opat tradycyjnego opactwa Świętej Marii Magdaleny w Le Barroux, Francja, październik 1994.

Po kilku miesiącach Marek Jurek zaproponował, żebyśmy pojechali do seminarium Bractwa Kapłańskiego Świętego Piotra w Wigratzbad. Miały tam się odbyć obłuczyny pierwszego Polaka. Bractwo stworzyli ci, którzy po wyświęceniu biskupów przez arcybiskupa Lefebvra bez zgody papieża Jana Pawła II, skorzystali z jego zaproszenia i utworzyli tradycyjne zgromadzenie funkcjonujące w Kościele.

Na początku mi się nie podobało. Nic nie rozumiałem. Nie wiedziałem kiedy podczas mszy świętej odpowiadać. Podobał mi się tylko chorał gregoriański. Po miesiącu wyjechałem do Anglii i trafiłem – co za paradoks – do diecezjalnej parafii świętego Piusa X. Po prostu parafia była pod takim wyzwaniem.

Była niedziela. I rodzice przynieśli dziecko do chrztu. Kapłan – wiedziałem, że coś jest nie tak, ale jeszcze wtedy nie wiedziałem co – do tego chrztu nie użył wody. Przeprowadził tylko tzw. obrzędy wstępne, gdy rodzice znaczą razem z chrzestnymi znakiem krzyża przyniesione do chrztu dziecko. Dlaczego? To proste. Tłumaczył, że jak dziecko dorośnie, to samo zdecyduje czy chce chrzest dokończyć. Potem mieliśmy mszę świętą. I  cały festiwal liturgicznych nadużyć, zakończony propozycją kapłana, żeby zebrani zanieśli komunię świętą tym swoim współdomownikom, którzy nie mieli czasu na nią przyjść. No więc niewielka grupka ludzi, wzięła Najświętsze Sakrament. Jeden w chustkę, drugi do pudełka, trzeci jeszcze do czegoś. Wtedy przypomniałem sobie zdjęcie ze zburzonej Warszawy. Wśród gruzów, klęczy człowiek. Klęczy, bo daleko w oddali idzie ksiądz z Panem Jezusem. Więc on klęczy, a tymczasem tutaj w Londynie, ludzie zabierają tego samego Pana Jezusa jak sobie chcą. Zabierają go tak, że jest niemal pewne, iż kiedy wrócą do domu, to zapomną,  że mają go w torebce. I wtedy już wiedziałem, że jestem ostatecznie przekonany do starej liturgii.
Msza „po staremu się odprawia”. W Poznaniu.

image
Polscy pielgrzymi w opactwie Świętej Marii Magdaleny w Le Barroux, Francja, październik 1994.

Wniosku do arcybiskupa Stroby, aby na mocy motu proprio Ecclesia Dei Jana Pawła II zgodził się na celebrację mszy świętej w dawnym rycie nie podpisałem. Nie pamiętam już dlaczego, ale pamiętam, że na tą zgodę czekałem. No i przyszła.
Zgoda tylko dla tych, którzy list podpisali. Zgoda na celebrację w wewnętrznej kaplicy klasztoru sióstr serafitek w Poznaniu. Do celebracji – pierwsza odbyła się w drugą niedzielę czerwca 1994 – wyznaczono księdza Zygmunta Chwiłkowskiego, rocznik 1912. To był rozsądny człowiek, a zgoda była tylko na mszę raz w miesiącu. Przecież ja nie będę stał z listą i sprawdzał kto przyszedł – mówił.
I tak przeżyliśmy ten pierwszy rok. Na ostatniej mszy poddano nas reedukacji. Ówczesny, nieżyjący już kapelan sióstr serafitek poprosił księdza Chwiłkowskiego, by mógł zastąpić go na kazaniu.

Lubię to! Skomentuj107 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo