Przed nami Wielkanoc, święto upamiętniające zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. Kolejne święto, które będą obchodzić zarówno szczerze wierzący, jak i ludzie kompletnie oderwani od wiary i liturgii. Tym się kończy mariaż religii z kulturą, który jest zresztą na pewnym etapie kształtowania się cywilizacji nieunikniony. Czytam czasami, że zadeklarowani ateiści i agnostycy nie powinni obchodzić chrześcijańskich świąt; równie dobrze można by się jednak domagać, żeby tych świąt nie reklamowała telewizja poprzez infantylne Mikołaje czy zajączki.
No więc żyjemy w pseudochrześcijańskim kraju, gdzie po wyjściu z kościoła większość ludności powraca do swoich codziennych grzeszków i niespecjalnie się tym przejmuje (aż do następnej spowiedzi). Ktoś zapyta: a skąd to wiem? Ano, wyszukałam sobie dane na temat akceptacji dla seksu przed ślubem, antykoncepcji, aborcji.
Niektórzy niewierzący, mając dość życia w kłamstwie i zawyżania kościelnych statystyk, pragną formalnie opuścić szeregi katolików. Decyzja może być solidnie przemyślana, oparta na wnikliwym spojrzeniu we własne sumienie, bądź podjęta pod wpływem impulsu, np. z powodu złości na kryjących księży-pedofilów hierarchów czy ze względu na poparcie dla postulatów Strajku Kobiet. Warto jednak zauważyć, iż na tle Zachodu ilość polskich apostazji wypada bardzo blado.
Z punktu osoby przekonanej o zbawieniu wyłącznie przez Kościół, ekskomunika faktycznie wydaje się być czymś potwornym. Jednak z punktu widzenia apostaty, który od dawna już nie uczestniczył we mszy świętej (poza pogrzebami czy chrztami, na które zapraszała go rodzina i znajomi) i był w pełni świadomy, czego się wyrzeka, niemożność przyjmowania sakramentów nie ma przecież większego znaczenia. Ja osobiście wierzę w życie po śmierci ciała, co nie uczyniło ze mnie gorliwie praktykującej chrześcijanki. :)
Moim zdaniem najuczciwiej byłoby nie chrzcić bezmyślnie dziecka i pozwolić mu na samodzielne podjęcie decyzji w wieku dorosłym; uniknęłoby się tym samym tworzenia „letnich” wierzących, którzy nie tylko olewają nauczanie Kościoła, ale nawet niespecjalnie je znają. Wymagałoby to jednak odwagi i pójścia pod prąd, a na to stać niewielu rodziców. Ilu z nich bowiem będzie w stanie wytłumaczyć dziecku, dlaczego jego/jej koledzy i koleżanki idą na piękną uroczystość w śnieżnobiałych strojach, a potem mogą się pochwalić drogimi prezentami, a ono jedno z całej klasy nie? I kolejne pytanie: Czy dziecko, którego rodzice nie wpajali mu od małego zasad konkretnej religii, ma szansę w wieku dorosłym na wejście w grono praktykujących? Czy też będzie zadowolone ze swojego areligijnego wychowania?
Wesołego Alleluja Wam wszystkim!




Komentarze
Pokaż komentarze (399)