Gdyby próbować opisać dzisiejszą polską gospodarkę jednym zdaniem, można byłoby powiedzieć tak: samochód jedzie całkiem szybko, silnik pracuje dobrze, ale na desce rozdzielczej świeci się coraz więcej kontrolek.
Polska nadal rozwija się szybciej niż wiele dużych gospodarek Unii Europejskiej. Ludzie pracują, firmy inwestują, płace rosną, do kraju płyną miliardy euro z funduszy unijnych. Jednocześnie państwo wydaje ogromne pieniądze, deficyt należy do najwyższych w Unii Europejskiej, a dług publiczny systematycznie rośnie i właśnie na tę sprzeczność patrzą dzisiaj agencje ratingowe.
Rating państwa brzmi dla przeciętnego człowieka dość abstrakcyjnie. A-, A2, perspektywa stabilna, negatywna… można wzruszyć ramionami i powiedzieć: co mnie to obchodzi? Tyle że te literki mają swoją cenę. Od ratingu zależy między innymi to, jak inwestorzy oceniają ryzyko pożyczania Polsce pieniędzy. Im większe ryzyko, tym wyższego oprocentowania mogą oczekiwać przy zakupie polskich obligacji. A wyższe odsetki od długu państwa oznaczają po prostu mniej pieniędzy na inne cele.
Na 21 sierpnia 2026 roku sytuacja wygląda następująco: Fitch ocenia Polskę na A- z perspektywą negatywną, Moody’s na A2 również z perspektywą negatywną, a S&P na A- z perspektywą stabilną. Wszystkie te oceny nadal należą do kategorii inwestycyjnej, czyli Polska jest uznawana za wiarygodnego dłużnika i nie ma powodu do ogłaszania katastrofy, ale nie ma też powodu, żeby ignorować czerwone światło. Negatywna perspektywa nie oznacza bowiem obniżenia ratingu. Jest raczej ostrzeżeniem: jeżeli obecne tendencje się utrzymają, następnym ruchem może być obniżka oceny.
Największym argumentem przemawiającym na korzyść Polski pozostaje sama gospodarka. Prognozy różnią się w zależności od instytucji, ale generalny obraz jest podobny. Fitch przewiduje na 2026 rok wzrost PKB o około 3,3 proc., S&P również zakłada około 3,3 proc., Komisja Europejska prognozuje 3,5 proc., natomiast Moody’s w swoim marcowym przeglądzie wskazywał nawet 3,7 proc.
Polsce pomaga silny popyt wewnętrzny, wzrost wynagrodzeń i stosunkowo dobra sytuacja na rynku pracy. Do tego dochodzi bardzo ważny czynnik: pieniądze z Unii Europejskiej. KPO i fundusze spójności finansują inwestycje, które bez tych środków albo powstawałyby znacznie wolniej, albo nie powstałyby wcale. Drogi, kolej, energetyka, cyfryzacja, inwestycje samorządowe — wszystko to napędza gospodarkę. Tak wygląda gospodarka oglądana przez pryzmat wskaźników, unijnych funduszy i ocen agencji ratingowych. Przeciętny Polak może jednak patrzeć na nią zupełnie inaczej — przez ceny w sklepach, rachunki, wysokość rat czy zawartość własnego portfela. I ten obraz nie zawsze jest równie optymistyczny.
Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy zajrzymy do państwowego portfela. Państwo wydaje znacznie więcej, niż zarabia a pomysłów na zarabianie pieniędzy brak. W 2025 roku deficyt całego sektora finansów publicznych wyniósł aż 7,3 proc. PKB. Komisja Europejska prognozuje jego spadek do około 6,5 proc. PKB w 2026 roku, ale część ekonomistów rynkowych spodziewa się wyniku bliższego 6,7–6,9 proc. Bardzo dużo jak na państwo, którego gospodarka nie znajduje się przecież w głębokiej recesji.
I tutaj dochodzimy do sedna polskiego paradoksu. Zazwyczaj ogromne deficyty kojarzą się z kryzysem gospodarczym, masowym bezrobociem albo ratowaniem banków. Tymczasem Polska ma niezły wzrost gospodarczy i jednocześnie jeden z największych deficytów w Unii.
Jednym z najważniejszych powodów jest oczywiście obronność. Polska, ze względu na wojnę za wschodnią granicą i zagrożenie ze strony Rosji, przeznacza na armię ogromne środki. Można dyskutować o sposobie ich wydawania, ale trudno kwestionować samą potrzebę wzmacniania bezpieczeństwa państwa. Do tego dochodzą wysokie wydatki społeczne, wynagrodzenia w sektorze publicznym, emerytury oraz inne zobowiązania, których z dnia na dzień nie można po prostu wykreślić z budżetu. Problem polega więc na tym, że dług zaczyna rosnąć szybciej, niż życzyłyby sobie tego agencje ratingowe.
S&P przewiduje, że pod koniec dekady dług netto sektora publicznego może zbliżyć się do 70 proc. PKB. Moody’s również ostrzega, że bez wiarygodnego planu ograniczania deficytu zadłużenie będzie dalej szybko rosło. Do tego Polska od 2024 roku znajduje się w unijnej procedurze nadmiernego deficytu. Nie oznacza to, że jutro przyjedzie do Warszawy urzędnik z Brukseli i zabierze ministrowi finansów kartę kredytową. Oznacza jednak, że Polska zobowiązała się do stopniowego porządkowania finansów i ograniczania tempa wzrostu wydatków. I właśnie tutaj pojawia się polityczny problem.
Cięcie wydatków jest niepopularne. Podwyższanie podatków również. Szczególnie gdy na horyzoncie znajdują się wybory parlamentarne w 2027 roku. Agencje ratingowe doskonale o tym wiedzą.
19 sierpnia premier Donald Tusk i minister finansów Andrzej Domański przedstawili propozycje zmian podatkowych na 2027 rok. Rząd chce między innymi podnieść próg, do którego obowiązuje 12-procentowy PIT, ze 120 do 130 tys. zł oraz wprowadzić stawkę 24 proc. dla dochodów między 130 a 150 tys. zł. Według zapowiedzi skorzystać ma około 3,5 miliona podatników. Taka ulga kosztowałaby budżet według szacunków ekonomistów około 8–10 mld zł rocznie. Dlatego druga część planu przewiduje zwiększenie obciążeń gdzie indziej — między innymi podwyższenie CIT dla największych firm z 19 do 22 proc., podniesienie daniny solidarnościowej oraz ograniczenie możliwości korzystania z ryczałtu przez przedsiębiorców osiągających bardzo wysokie przychody.
Minister finansów zapewnia, że cała operacja ma być neutralna dla budżetu. Jest tylko jeden problem: między zapowiedzią polityczną a wpływami podatkowymi na koncie państwa znajduje się jeszcze parlament, prezydent, przedsiębiorcy, podatnicy i gospodarcza rzeczywistość. Agencje ratingowe doskonale o tym wiedzą. Dlatego bardziej interesuje je to, co rząd rzeczywiście zrobi, niż to, co zapowie na konferencji prasowej. Fitch wydaje dzisiaj swój werdykt i właśnie dlatego 21 sierpnia 2026 roku jest ciekawym dniem.
Wieczorem Fitch ma opublikować kolejny przegląd ratingu Polski. Rynek w większości nie oczekuje obniżki. Analitycy mBanku po przedstawieniu nowych propozycji podatkowych uznali nawet, że prawdopodobieństwo zmiany ratingu jest obecnie minimalne. Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem pozostaje więc utrzymanie A- z perspektywą negatywną. Czyli kolejny kredyt zaufania który kiedyś trzeba będzie spłacić. Fitch już w lutym podkreślał, że polski rating wspierają duża i zróżnicowana gospodarka, członkostwo w Unii Europejskiej, wiarygodna polityka pieniężna oraz dobra pozycja zewnętrzna. Jednocześnie agencja wskazywała dokładnie te same słabości, które widzimy dzisiaj: wysoki deficyt, szybko rosnący dług i brak wystarczająco przekonującej ścieżki konsolidacji finansów publicznych.
Jest jeszcze jeden ciekawy element tej układanki. S&P Dow Jones Indices uznał, że Polska spełnia kryteria rynku rozwiniętego i w czerwcu 2026 roku rozpoczął konsultacje w sprawie przeniesienia naszego kraju z kategorii Emerging Market do Developed Market. Jeśli decyzja będzie pozytywna, zmiana miałaby zostać wdrożona podczas rekonstrukcji indeksów we wrześniu 2027 roku. Polska nie jest już gospodarką, której główną przewagą jest tania siła robocza i nadrabianie zaległości wobec Zachodu. Staliśmy się dużym europejskim rynkiem, z rozwiniętym sektorem bankowym, przemysłem, eksportem i coraz większym znaczeniem dla międzynarodowego kapitału.
Nie jesteśmy Grecją z 2010 roku. Nie stoimy na krawędzi niewypłacalności. Polska ma dużą gospodarkę, własną walutę, rosnące dochody, dostęp do unijnych funduszy oraz nadal wysoki rating inwestycyjny, ale byłoby równie nierozsądne powiedzieć, że nic złego się nie dzieje.
Deficyt przekraczający 6 proc. PKB nie może trwać bez końca. Dług może rosnąć przez wiele lat, ale wraz z nim rosną także odsetki. A pieniądze przeznaczane na obsługę długu to pieniądze, których później zabraknie na szkoły, szpitale, emerytury, drogi czy bezpieczeństwo. Największym problemem Polski jest dzisiaj to, że mamy gospodarkę wystarczająco silną, aby przez długi czas ukrywać słabość finansów państwa.
Można jeszcze długo jechać z zapaloną kontrolką. Pytanie tylko, czy rozsądny kierowca naprawdę powinien czekać, aż silnik zgaśnie.
Grafika: Karzo & ChatGPT
KI‑Modus: Link: https://www.erstegroup.com/de/research/report/en/ER5135


Komentarze
Pokaż komentarze (9)