Teczuszka Stańczyka
Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć.
500 obserwujących
715 notek
4069k odsłon
  6974   20

Manipulacje ministra Jabłońskiego, czyli czy KPO się opłaca

Rząd uzgadniając KPO po kryjomu zgodził się na bardzo głębokie zmiany w wielu dziedzinach życia. Dzisiaj ministrowie próbują przekonywać, że to świetna inwestycja, choć nie mają do tego żadnych podstaw.

Publikuję całość wątku, rozbierając go na czynniki pierwsze.

W skrócie: KPO to środek do dwóch celów:

1) wzrostu poziomu życia i zbliżania go to tego w Niemczech, Francji, Holandii itp.

2) wzrostu siły politycznej naszego państwa

Kamienie milowe to opis reform, które wszystkie kraje UE będą w najbliższych latach wprowadzać. To żadne „ultimatum dla Polski”; treść kamieni milowych dla 27 państw ma ścisły związek z prawem UE. Mówiąc inaczej: reformy i tak byłyby wdrażane. Dzięki KPO są na to dodatkowe pieniądze.

To oczywista nieprawda. Nie zapadła żadna decyzja, a tym bardziej nie zostało zmienione prawo UE w taki sposób, żeby wymusić na państwach członkowskich taki zakres zmian, jaki został zawarty w KPO. Nie bardzo wiadomo, co ma na myśli pan minister pisząc, że „kamienie milowe to opis reform, które wszystkie kraje UE będą w najbliższych latach wprowadzać”. Będą, bo? I dlaczego ma z tego wynikać, że Polska również ma je wprowadzać? Innymi słowy – gdyby nie szantaż finansowy poprzez KPO, nie byłoby absolutnie żadnego twardego powodu, żeby wprowadzać to, do czego się poprzez KPO zobowiązaliśmy. A jeśli nawet jakieś regulacje, które w tej chwili znalazły się w KPO, miałyby przybrać w przyszłości postać dyrektyw czy rozporządzeń UE, to wymagałoby to przejścia całego żmudnego procesu legislacyjnego. Tymczasem teraz jest to po prostu zobowiązanie, podjęte w tajemnicy przed Polakami, które musimy wykonać w ciągu kilku lat.

Przy okazji warto zauważyć, że pan minister demaskuje bezsilność własnego obozu politycznego wobec Unii, choć narracja zawsze była zgoła inna. Bo cóż to znaczy: reformy byłyby i tak wdrażane? Mamy rozumieć, że PiS jest całkowicie bezsilny i Unia po prostu rozjechałaby nas jak walcem w sprawach dla nas niekorzystnych?

Cyfryzacja, czyste powietrze, energia ze źródeł innych niż coraz droższy gaz i węgiel, transport oparty o paliwa inne niż coraz droższa ropa – to wszystko i tak czeka nas w ciągu najbliższych 10-15 lat. Dziś mamy ostatnią okazję by część wydatków sfinansować z pieniędzy UE. Inwestycje w nowoczesne gałęzie rozwoju to lepiej płatne miejsca pracy, większe dochody polskich firm i wyższe pensje pracowników. Jeśli my tych inwestycji nie zrealizujemy – zrobią je inni, na swoich warunkach (gorszych dla nas). Dziś możemy zrobić to sami (i sfinansować część z UE).

Znów nieprawda. Ani węgiel, ani gaz, ani ropa nie są „coraz droższe” z jakichś nadnaturalnych przyczyn, które już nigdy nie ustaną. Są drogie z powodu sytuacji politycznej w tym konkretnym momencie. Ale za pięć lat mogą znów być tanie. Nie ma znów żadnego racjonalnego powodu, poza klimatystyczną ideologią UE, dla którego mielibyśmy porzucać te surowce. Natomiast faktem jest, że rząd Morawieckiego pod tą ideologią wielokrotnie się podpisywał.

Nie jest też prawdą, że „inwestycje w nowoczesne gałęzie rozwoju” zgotują nam raj. Wszyscy eksperci, z którymi rozmawiałem, a którzy analizowali skutki Zielonego Ładu dla Polski, wskazywali, że Polska praktycznie nie ma czym tutaj konkurować. Lukratywne biznesy, powiązane z klimatyzmem UE, są już poobstawiane przez innych, znacznie potężniejszych graczy. Polskie firmy na razie nie zyskują, ale giną pod naciskiem systemu ETS. Jak również wiele razy pisałem, pieniądze na zieloną transformację nie oznaczają wspomożenia tych firm, które nie dają sobie z nią rady. Nie oznaczają też utrzymania miejsc pracy. To nie jest tak, że mała piekarnia, bankrutująca z powodu cen gazu i prądu, zostanie dzięki tej kasie uratowana. Te pieniądze trafią do biznesów hodowanych na zielonej ideologii, często kupujących ją na Zachodzie.

KPO to ok. 36 mld € – czyli ok. 165 mld zł. To ponad 1/4 rocznego budżetu państwa. Czy poradzilibyśmy sobie bez tych pieniędzy? Albo: czy moglibyśmy te pieniądze pożyczyć na komercyjnych zasadach? Odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi: poradzilibyśmy sobie. Ale jakim kosztem? Trzeba byłoby zrezygnować z wielu inwestycji, ograniczyć programy społeczne, wydatki na edukację, służbę zdrowia… To prosta droga do zatrzymania reform państwa. I utraty władzy przez PiS. Konsekwencja: powrót do stanu doskonale określonego przez PJK jako „narodowa mikromania”.

Rezygnacja z dużych inwestycji („po co w Warszawie, skoro jest w Berlinie?”). Brak jakichkolwiek ambicji liderowania naszemu regionowi. „Średni rozwój” jako sufit możliwości Polski.

Ale może da się te pieniądze uzyskać bez KPO, np. pożyczyć na zasadach komercyjnych, emitując obligacje i powiększając deficyt? Oczywiście, można. Ale bez akceptacji KPO wiarygodność kredytowa państwa spada —> obligacje są coraz droższe —> dług coraz większy. Efekt: jak wyżej.

Pan minister zapomina podzielić sumę z KPO na pożyczki i sumy bezzwrotne (pożyczki to ok. jednej trzeciej). Pożyczki – przypomnijmy – gwarantowane sobie wzajemnie przez kraje UE. Faktycznie na korzystnych warunkach.

Lubię to! Skomentuj66 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka