27 obserwujących
1199 notek
675k odsłon
  654   1

Ostał nam się ino Hur

I to Kacz, a nie Ben. Ale za to jaki!
Swego czasu moim ulubieńcem, czego się (również teraz, kiedy to trochę inaczej już wygląda) w żadnym razie i broń Boże nie wstydzę, wręcz przeciwnie nawet, był JarKacz. Teraz na bohatera, też nie tylko mojego pewnie, wyrasta HurKacz. I tak sobie myślę. Czemu akurat HurKacz, a nie, na ten przykład, Hur(Herr)Tusk?
Każdy to sobie wytłumaczy jak chce, ale coś w tym musi być, jak powiedział syn, pukając w wieko trumny ojca. Miejscowe Platfusy niech dalej problem roztrząsają, a  my wróćmy do Wimbledonu, bo o nim, jakby kto nie zauważył, chwilowo piszę.
Ze dwa, albo i trzy, miesiące temu Hubert Hurkacz odniósł sukces swojego życia. Wygrał ATP 1000 w Miami. Praktycznie piątą lewę Wielkiego Szlema. I natychmiast zgasł. Jakby go przygniotło. I to nie byle co, a walec co najmniej. Przegrywał w pierwszych rundach wszystko, co się dało. I czego się nie dało, też przegrywał.
Przyszedł Wimbledon i patrz Pan. Jak Feniks z popiołów. I jeszcze teraz Miedwiediew. Chapeau bas, dryblasie. Jesteś Wielki! Już nie tylko wzrostem.
Co dalej? Od wczoraj wiadomo. Federer. No to trza go, po prostu, ograć. Swoje już Helwet w życiu wygrał. Starczy mu.
Jedziemy z nim, Hubertus. I polowanie na gościa, serwami, zrobimy. Jest do upolowania. Należy to wykorzystać. Drugiej szansy na półfinał, a może i finał, Wielkiego Szlema tak szybko nie będzie.

PS
Tym ostatnim zdaniem to go chyba przekonałem, co?
HurKacza, znaczy:).

Lubię to! Skomentuj46 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport