28 obserwujących
1221 notek
687k odsłon
  702   0

Na razie idzie jak Janowicz. Czy jutro pójdzie w ślady Radwańskiej?

Wczoraj oglądałem tylko pierwszego seta. Potem miałem swoje obowiązki, więc pozostałą część meczu obejrzałem dopiero dzisiaj, w powtórkach. Obejrzałem, to i mogę się wypowiadać. Przynajmniej będę wiedział o czym piszę:).
Hubert Hurkacz rozegrał w środę mecz życia. I to nawet nie chodzi o to, że dostał się do półfinału Wielkiego Szlema. Zresztą. W skali bezwzględnej wygrana w Miami jest chyba jednak wartościowsza. Raz, że to piąty najważniejszy turniej na świecie (zaraz po tych w Melbourne, Paryżu, Londynie i Nowym Jorku), a dwa, że tam był najlepszy, a tu na razie jeszcze nie jest.
Chodzi o coś innego. Polak, w bardzo zaawansowanej fazie londyńskiego turnieju, pokonał największą w tym momencie legendę tenisa w historii. Swojego idola, dzięki któremu zaczął się w ogóle interesować tenisem i brać go na poważniej. Zwyciężył Federera w sposób nie podlegający jakiejkolwiek dyskusji, będąc lepszym od Szwajcara dosłownie w każdym elemencie gry. Trochę tych meczów z udziałem Helweta się w życiu naoglądałem. I nie pamiętam, przynajmniej wtedy kiedy Roger był już uznanym zawodnikiem, żeby ten pozwolił sobie, z czyjejkolwiek strony, na takie manto w decydującym secie gry. Pamięć ludzka jest zawodna, ale naprawdę nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek w historii obszedł się w Wimbledonie z mistrzem z Bazylei w tak surowy, brutalny wręcz, sposób w deciderze. A i w całym spotkaniu też.
Prawie przez cały mecz po zagraniach Polaka ręce same składały się do oklasków. Przynajmniej moje. O fantastycznych serwach nawet nie wspominam, bo to znak rozpoznawczy Hurkacza i warunek sine qua non nawiązania walki z najlepszymi. Ale jemu wczoraj wychodziło też wszystko inne. Forhand, backhand, passing shoty, skróty, loby, gra po linii. No dosłownie wszystko. Nawet przy siatce grał lepiej od Federera!
Oczywiście. Federer to w tym roku już nie ten Federer co kilka lat temu. Jest już stary. Ma 40 lat na karku. No ale o to, to bym akurat Hurkacza nie winił. To znaczy konkretnie o to, że się urodził o 10 lat za późno i nie mógł Szwajcarowi spuścić tego manta w roku, na ten przykład, 2011. Ponadto nie wiadomo jakby faktycznie było. A jak było wczoraj, każdy widział.
Trochę szkoda, że ta wygrana nie miała miejsca w finale. Bo wtedy to można by było poszaleć, ze się tak wyrażę, medialnie. Już widzę te tytuły na portalach. „Umarł Król! Niech żyje Król”. Albo „Polak zdarł królewskie szaty z Federera”. Albo „Wieloletni tenisowy władca brutalnie zwleczony z tronu”. Itd., itp. Oczywiście żaden z tych tytułów nie byłby w zgodzie z prawdą, ale tytuł nie musi być do końca prawdziwy. Ważne, ze jest nośny. Tak przynajmniej wielu sądzi.
W każdym razie. To, co przez całą karierę nie udało się ani Agnieszcze Radwańskiej i, jak dotąd, nie udało się również Idze Świątek, czyli wygrana z najwybitniejszą czynną legendą tenisowego świata, udziałem Huberta Hurkacza już jest. Osiągnął też wczoraj to, czym przed nim mógł się poszczycić tylko jeden polski tenisista. Tym tenisistą jest oczywiście Jerzy Janowicz, a rzeczą, którą się, zasłużenie, szczyci jest dotarcie do półfinału Wielkiego Szlema. Hurkacz to osiągnięcie wyrównał. Jeśli w piątek pokona Berrettiniego, z którym notabene ma bilans, ten w ATP, 1:0, to będzie już najwybitniejszym polskim męskim „wielkoszlemowcem”. No i zrówna się w kategorii „open” z Agnieszką Radwańską. Co mu wtedy zostanie? Oczywiście zrównać się w niedzielę z Igą Świątek.
LET IT BE, jak powiedział kiedyś Paul McCartney. I zaraz potem zaśpiewał.

Lubię to! Skomentuj46 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport