28 obserwujących
1221 notek
687k odsłon
  661   1

Dwie dychy Djokovica! Tegoroczny Wimbledon wygrali najsilniejsi. I najlepsi.

Oczywiście piszę o singlach bo deble, a tym bardziej miksty, to bardziej w kategorii „ciekawostki” powinny być rozpatrywane. Co oczywiście nie oznacza, że nie doceniam np. wyniku Światek z Mattek-Sands albo, ze nie będę się cieszył w Tokio z medalu naszego miksta. Będę. Tylko znaj proporcje, mocium panie.
Może zła kolejność w tytule. Najpierw powinno być „najlepsi”. No bo zarówno Djokovic, jak i Barty byli w tym roku w Londynie zdecydowanie najlepsi. Oboje mieli trochę kłopotów w finale czy tam, szczególnie Australijka, w poszczególnych gemach paru innych spotkań, ale nikt im się, zasadniczo, oprócz rzeczonych finałów, nie postawił. Barty, za wyjątkiem decydującej batalii, przegrała w całym turnieju jeden set (w pierwszej rundzie z Suarez-Navarro), a i to nie wiadomo czy, ze względów humanitarnych, go Hiszpance po prostu nie podarowała. Nole też przegrał tylko jeden set w rundzie inauguracyjnej, w dodatku pierwszy. Kłopotów, do dzisiaj, nie miał żadnych, chyba, żeby za coś takiego uznać dość wyrównane, wynikowo, wszystkie trzy sety półfinałowe z Szapowałowem.
Co do meczów finałowych. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się tak zaciętego finału kobiet. Oglądałem (obowiązki rodzinne) tylko cztery ostatnie gemy tego spotkania i już tylko one wydały mi się bardzo interesujące, żeby nie napisać rewelacyjne. A, jak słyszę, Czeszka naprawdę w kaszę nie chciała dać sobie dmuchać. I to przez cały mecz. Przede wszystkim pokazała pazury. Walczyła. Nie to co w Rzymie z Igą. Nie wiem czy to zasługa nawierzchni czy magia Wimbledonu, ale po raz pierwszy od kilku lat dało się tę Pliskovą lubić. Nie tylko zresztą w tym meczu, bo w spotkaniu z tą Godzillą z Białorusi też widać było, że robi, co może. I zrobiła. W finale rady nie dała, bo Barty jest dużo wszechstronniejsza. Na tyle, że mimo że nie grała swojego najlepszego tenisa, a Czeszka tak, to potrafiła przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę.
Teraz mężczyźni. Nie wiem jak państwo, ale ja uważam, ze w tym meczu można było kibicować tylko i wyłącznie Serbowi. Z trzech powodów. Pierwszy. Ten zarozumiały bubek z Włoch w dniu wczorajszym zachował się po meczu w stosunku do Polaka tak nieładnie, że szkoda się rozwlekać. Powód drugi, najbardziej subiektywny. Lubię Serba, nie tylko z powodu jego niebywałego  talentu. Kibicowałem mu m.in. dlatego, że chciałem, żeby dogonił w Londynie Federera i Nadala i, podobnie jak oni, miał po Wimbledonie na koncie 20 wielkoszlemowych tytułów. I tak się stało! Myślę, że Novak jest w tej sytuacji największym kandydatem do wygrania kolejnego  Szlema, w Nowym Jorku, i  do objęcia prowadzenia w wyścigu na najbardziej utytułowanego tenisistę wszech czasów. Powód trzeci. Zachodnia publika. Ci ludzie, którzy pono pretendują do miana obiektywnych, nigdy nimi nie byli, nie są i nie będą. Jak ktoś ma wątpliwości, niech posłucha zachowań tej publiki tylko podczas 30-tu finałowych wielkoszlemowych meczów Djokovica. Zobaczy wtedy, jacy oni obiektywni. Ci w Paryżu, ci w Londynie i ci w Nowym Jorku. To jest dramat. I proszę mi nie przywoływać angielskiego bydła z piłkarskich meczów z Niemcami czy Danią i na tym tle nie mówić, że mogło być gorzej (a propos rzeczonego bydła to przecież identycznie było już podczas grania naszego hymnu na Wembley w październiku 1973-go roku). Równie dobrze można by było porównywać z odgłosami z chlewni czy obory, choć nie wiem, czy nie obrażam w tej chwili dwóch szlachetnych gatunków zwierząt. Wracając do tenisa. Obiektywny Zachód tak serdecznie boi się o utratę palmy pierwszeństwa w tenisie na rzecz jakiejś tam Serbii, że nie jest nad tym w stanie w żaden sposób zapanować. Ta, nie dająca się w żaden sposób ukryć, niechęć do Serba przewija się przez tenisowe korty od dobrych 10-ciu lat. To znaczy od kiedy zdali sobie sprawę, ze wcześniej czy później przebije w osiągnięciach ich najwybitniejszych przedstawicieli. To jest wręcz niesamowite. Facet tyle lat jest na topie, a w każdym meczu o stawkę ma zawsze przeciw sobie zachodnią publikę. I to nie na zasadzie dyskretnego dystansu, ale nieskrywanej wręcz wrogości. Odwrotnie niż Federer, którego zajadli fani potrafią wręcz gnoić jego rywali, wszystko jedno kto to jest, nawet wtedy, kiedy ci są debiutantami. Sam to kiedyś widziałem w hali Bercy czy jak ona się tam nazywa.
No więc kibicowałem Serbowi. I doczekałem się jego 20-go, jak najbardziej zasłużonego, tytułu. I strasznie mnie to kręci. I ogromnie mu gratuluję. Było, jak powinno. Był najlepszy, choć nie w topowej formie, i wygrał.
I teraz niech wygra jeszcze w USA. Zostanie rekordzistą, a przy okazji ustrzeli wszystkie 4 Szlemy w jednym roku. Federerowi się to nie udało, choć były takie 3 sezony, że był we wszystkich czterech wielkoszlemowych finałach. Dwukrotnie wygrał po trzy finały (przegrywał w nich w Paryżu), raz zrobił to dwa razy. Nadal nawet nie miał szansy by pomyśleć, że coś takiego może mu się udać. Sam Djokovic tylko raz, 6 lat temu, był we wszystkich finałach, ale wygrał „tylko” trzy z nich (podobnie jak w przypadku Szwajcara, „położył” go wtedy Paryż).
A z Barty (jak nie rozłożą jej kontuzje, na które jest dość podatna), to będzie w niedalekiej przyszłości mogła wygrywać tylko nasza Iga. Jak, oczywiście, będzie dalej solidnie i sumiennie trenować. Usłyszałem ostatnio opinię, że różnie z tym w niedalekiej przeszłości bywało. Mam nadzieję, ze to zwykła, niczym nie uzasadniona, plota. I tego się, na razie, trzymam.
Podsumowując: brawo Barty, brawo Djokovic! Londyńska Para Królewska!

Lubię to! Skomentuj31 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport