Wielu aktorów, tak jak i reprezentantów innych dziedzin sztuki, tzw. opinia publiczna zalicza do "wybitnych", "wielkich" czy "genialnych". Media wszelkiego rodzaju, szczególnie mainstream, próbują z niektórych na siłę robić, wzorem politycznych, róznego rodzaju "autorytety" tudzież "gwiazdy". I na okrągło szermują takimi określeniami. Tymczasem tak naprawdę to w stosunku do bardzo nielicznych z nich mozna uzyć tych słów.
Sposród znanych mi przedstawicieli polskiej sceny Zbigniew Zapasiewicz był jedyny w swoim rodzaju. Nie widziałem go w roli, w której nie zrobiłby na mnie wielkiego wrażenia. Z każdego gestu, wypowiadanej frazy czy kwestii, które odgrywał emanowały wyjątkowy profesjonalizm, klasa i wielkie rzemiosło. W zasadzie nie widziałem lepszego aktora. W Polsce i na świecie. Oczywiście w Polsce 1989 - 2009 hołubiony specjalnie byc nie mógł, bo tu niespecjalnie liczą się rzeczywiste talenta i praca. W aktorstwie również.
Nie chciałbym być, szczególnie dzisiaj, zbyt patetyczny, ale dla mnie Zapasiewicz był w polskim teatrze i filmie kims takim jak polski papież w kościele. Przerósł innych o głowę.
Mimo jego niezliczonych wspaniałych ról do końca życia najbardziej zapamiętam fragment puszczanej chyba w Teatrze Telewizji monodramy jakiegoś holenderskiego chyba autora z niezapomnianą kwestią "Kocham Cię, chamko, mówię". Majstersztyk i rodzynek.
Żegnaj, mistrzu.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)