27 obserwujących
1286 notek
743k odsłony
  946   0

Niewątpliwie wielki sukces. Bez względu na wzgląd

Iga Świątek osiągnęła dziś w nocy swój drugi najlepszy wynik w karierze. Tylko raz, ponad rok temu w Paryżu, udało się jej osiągnąć więcej niż teraz w Melbourne.
Półfinał Wielkiego Szlema to jest coś, co jest dane naprawdę nielicznym. A już Polakom w szczególności. Nie licząc przedwojennej mistrzyni Jadwigi Jędrzejewskiej (przepraszam, ale przy całym szacunku, to nie ta skala rywalizacji), oprócz Igi do tego etapu wielkoszlemowych zmagań dobrnęli tylko Agnieszka Radwańska, w sumie 5 razy (3-krotnie Wimbledon i 2 razy Melbourne), oraz Hubert Hurkacz w zeszłym roku raz w Londynie. Takiego Wojciecha Fibaka w najlepszej czwórce turniejów wielkoszlemowych nie było, na przykład, ni razu. Czyli, reasumując, to dopiero ósme takie wydarzenie (od momentu, kiedy zapanowało w tenisie era Open, a był to rok bodaj 1969-ty), kiedy reprezentant(ka) Polski gra przynajmniej do połowy drugiego tygodnia jednego z czterech najważniejszych turniejów tenisowego współzawodnictwa.
Więc, jak już ustaliliśmy, sukces jest to wielki. Nie przykładałbym przy tym specjalnej wagi do tego, że druga połowa drabinki miała obsadę nieco silniejszą. Również to, że najsilniejsze (potencjalnie) rywalki Igi z jej połówki odpadały, zanim mogły na nią trafić, nie obniża w żaden sposób rangi tego sukcesu. Skoro bowiem odpadły z tymi, które przegrały z Polką, to znaczy, że tym bardziej były od niej słabsze. Nie martwię się też tym, że widziałem już Polkę w lepszej dyspozycji. Bo chyba widziałem. Ale gra się tak, jak pozwala przeciwnik. Być może przeciwniczki 15 miesięcy temu w Paryżu pozwalały Idze na więcej. Ponadto. Jak ona, robiąc tyle anforset eros i dabl fots co dziś, potrafi wygrać ćwierćfinał, to co to będzie jak się pod tym względem poprawi? A już nie wiem co, jak się potrafi znacząco?
Co nie znaczy, że jutro i, ewentualnie w sobotę, będzie lekko. Wręcz przeciwnie. Będzie ciężko. Rzekłbym nawet, że bardzo. O finale na razie nawet nie myślę, tym bardziej, że Barty to w tej chwili zupełnie inny rozmiar kaloszy. O niej pomyślimy po półfinale, choć akurat Madison Keys to jest ktoś, kto ją może jutro rano rozkminić. Keys bowiem może pokonać każdego. Oraz, żeby było śmieszniej, z każdym przegrać. Tak już ma. Jak jej te jej bomby zaczną wchodzić, a ostatnio właśnie wchodzą i dzięki temu jest chyba w życiowej formie, to może być sensacja. Więc tym bardziej nie ma się co dziś skupiać na Barty.
Ze swoją półfinałową przeciwniczką, rocznikowo 8 lat starszą Amerykanką, Danielle Collins, nasza mistrzyni Roland Garros grała dotąd tylko raz. Podczas zwycięskiego dla siebie zeszłorocznego turnieju w Adelajdzie. Czyli niemal dokładnie rok temu. Świątek wygrała spotkanie, zwyciężając w pierwszym secie 6:2, a potem rywalka, przy stanie 3:0 dla Polki, skreczowała. Kariera Collins była wyboista, naznaczona licznymi przeciwnościami losu, o których tu pisał nie będę. W Wielkim Szlemie najlepiej gra się jej właśnie w Australii. Dwa lata temu była tu już w półfinale. W tym turnieju w czwartej rundzie pokonała wyżej rozstawioną Belgijkę Mertens. Poza tym, tak jak Iga dzięki Kanepi uniknęła konfrontacji z Sabalenką, tak Amerykankę z konieczności grania z Kontaveit i Halep wyręczały, odpowiednio, Tauson i Cornet, które z kolei, choć nie bez trudności, pokonała ona.
Myślę, że w tak wysokim stadium turnieju rozstawienie i pozycja w rankingu nie odgrywają już tak wielkiej roli. W pozytywnym i negatywnym tego słowa znaczeniu. Nie odegra też głównej roli psychika. W tym sensie, że każda z nich osiągnęła największy, od dłuższego czasu, sukces. Obie już swoje w tym turnieju zrobiły. Teraz można wyłożyć na ladę same umiejętności. Zaważą one i zmęczenie. W wypadku Świątek musi być niewątpliwie, po dwóch ostatnich spotkaniach, duże. W wypadku Collins nie wiem, bo jej meczów nie oglądałem.
Iga Świątek, powodując u mnie palpitacje serca niemal od samego początku tegorocznego Australian Open (przecież pierwszy mecz rozpoczęła od 0:3 z jakimś totalnym nonejmem), dotarła w nim do strefy medalowej. Jak ma go wygrać, to może mnie denerwować dalej. Jak ma przegrać, nawet w czwartek, to trudno. Ale wtedy niech pokaże pełną gamę swoich ogromnych możliwości i przegra po pięknym meczu.

Lubię to! Skomentuj50 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport