27 obserwujących
1302 notki
764k odsłony
  60   0

Raporty z pucharowych skoczni – Planica (17)

No i po sezonie. To znaczy zawodnicy mają. Nam przyjdzie jeszcze podsumować wyniki w Planicy, co poniżej czynię, i, najdalej za parę dni, cały sezon. Nie ma co czekać. Ruszamy.
Ponieważ to ostatni raport sezonu, z pojedynczej skoczni znaczy, to każdemu z występujących skoczków postanowiłem poświecić chociaż jedno zdanie. Nie w każdym wypadku będzie to zasłużone, ale niech będzie moja strata.
Najpierw będzie o tych, co poodpadali w piątek, potem o tych, którzy pożegnali się z tegoroczną edycją Pucharu w sobotę, a o najlepszych dopiero na koniec.
Mocnym akcentem zakończył sezon Decker Dean. Amerykanin po raz 15-ty w karierze nie przeszedł kwalifikacji.
Ponieważ o każdym należy na koniec sezonu wspomnieć, to wspomnę też  i o Caseyu Larsonie. Piątkowe podejście było 50-tym (na 51, które miały miejsce), gdzie nie zdobył żadnych punktów. Na tę 50-tkę skłąda się 38, wraz z piątkową, nieprzebrniętych kwalifikacji i 12 bezpunktowych konkursów.
O Czechach nie da  się praktycznie od kilku lat napisać nic. Nic dobrego. Ale coś napisać trzeba. Tak najkrócej. I najtrafniej. I to będzie opis wszystkich ich skoków przez przynajmniej ostatnie dwa lata. Nie tylko tego, co zaprezentowali Kozisek z Lejskiem w piątek. „Veni, vidi, cecidi”.
Zadebiutował w piątek w PŚ słoweński pół-Polak Patryk Vitez. Odpadł w kwalifikacjach. Był zdecydowanie najsłabszym ze Słoweńców. Jak na Rycerza, to wypadł dość słabo.
Nieco lepiej, przynajmniej wynikowo (choć efekt finalny ten sam) wypadł kolejny ze Słoweńców, Jan Bombek. Ale żeby w jego występie było coś bombowego, to nie powiem.
Trzecim ze Słoweńców, który nie dostał się do piątkowego konkursu był Żak Mogel. Trzy lata temu, przez moment, kiedy dwukrotnie dość obficie zapunktował w Kuusamo, wydawało się, że Słowenia będzie miała z niego pociechę. Ale to wrażenie okazało się bardzo przelotne. Niczym deszcz w Grecji.
Pod koniec sezonu Szwajcarzy, ratując FIS przed kompromitacją (nie skompletowałby nawet pełnej ósemki drużyn na zamykające sezon zawody drużynowe) i będąc pod ścianą z powodu kontuzji Dominika Petera, postanowili wystawiać w zawodach Andreasa Schulera. Również w Planicy. No i tyle. Oczywiście odpadł w kwalifikacjach.
Finowie podobnie. Gdyby nie usilne naciski FIS nikomu z nich nie przyszłoby do głowy wysyłać Kalle Heikkinena do Planicy. No, ale skoro FIS nalegał i pewnie opłacił obecność, to czemu nie? Przynajmniej Kalle mógł w końcu obejrzeć piękne góry w Słowenii. I nawet spróbować skoczyć na mamucie. BTW. Czy ten Jarkko Maettae jest w tym roku naprawdę aż tak słaby, żeby nie móc go tu przysłać? Do konkursu też by się pewnie nie dostał, ale 158m to by chyba uzyskał skacząc nawet „na Fettnera”. Tego sprzed 10-ciu lat, nie z teraz.
Matthew Soukupa to już FIS o przyjazd na I-ligowe zawody się nie prosi. Chyba. No bo żywcem nie ma powodu. Chyba, ze na miksta. W zawodach, gdzie rywalizują sami mężczyźni Kanadyjczyk dochrapał się w piątek 50-go pucharowego podejścia. Tylko jedno z nich, w poprzednim sezonie, przyniosło efekt punktowy. Jednopunktowy, przypomnę. Ten sezon Soukup zamknął w piątek okrągłą liczbą piętnastu bezpunktowych kontaktów z Pucharem. Czternaście razy odpadł w kwalifikacjach, a raz był, nie wiadomo po co zresztą, w konkursie. Znalazł się tam tylko dlatego, ze eliminacje się nie odbyły.
12-ty raz w sezonie (na 14 poodejść) odpadł w kwalifikacjach Alex Insam. Skutki współpracy z Kruczkiem wydają się nieodwracalne. W Planicy, w której uzyskał swego czasu najlepszy rezultat w karierze, do konkursu nie dostał się po raz pierwszy. Nie wiem czy był to największy włoski talent. Może nie. Ale na pewno talent doszczętnie zmarnowany.
Ponieważ obiecałem, nie do końca przezornie, że napiszę o każdym, który wystartował w Planicy, to o obu Francuzach też muszę. No to proszę. Mathis Contamine i Valentin Foubert wystartowali w kwalifikacjach w Planicy. Obaj, jak to mają w zwyczaju w większości takich startów, z przytupem odpadli. W dodatku bez zaokrągleń statystycznych, które w jakiś tam sposób by to pisanie o nich wytłumaczyły. A nie, coś znalazłem. Ten pierwszy zaliczył 25-ty kontakt z Pucharem.
Reprezentant Estonii, Kevin Maltsev, w liczbie nieprzebrniętych kwalifikacji dobił w piątek do „oczka”. Rok temu, przechodząc kwalifikacje pobił w Planicy swój, niepobity do dzisiaj, rekord życiowy kończąc konkurs na 38-mym miejscu. W tym roku było zdecydowanie gorzej.
Nie udał się debiut na Velikance Fatihowi Ipcioglu. Po raz 20-ty w karierze Turek oblał kwalifikacje.
Tylko raz, na sześć dotychczasowych podejść, zdobył w Planicy punkty Antti Aalto. Nie dokonał tego również w swoim jubileuszowym pucharowym 125-tym podejściu. Co więcej. Po raz trzeci nie przeszedł planickich eliminacji.
W swoim 75-tym kontakcie z Pucharem Kejczi Sato po raz 10-ty nie wszedł w piątek do konkursu.
Nie przepada za Planicą Władymir Zograwski. Potwierdził to również w swoim równo 250-tym pucharowym podejściu. Był to jego ósmy start na słoweńskim obiekcie. Bułgar nie przeszedł tu progu kwalifikacyjnego już po raz czwarty. Korekta. 250-ty pucharowy start Zograwskiego miał miejsce tydzień temu w Oberstdorfie. Wtedy to po raz 110-ty nie zdobył punktów w konkursie. Zapomniałem to odnotować i dopiero teraz  to odkryłem. I bardzo najlepiej, bo nie miałbym od czego tego ustępu zacząć:).
Nie wiem jak bardzo szykował się na Planicę Ulrich Wohlgenannt, być może wcale (w końcu rok temu zaliczył tu dość spektakularną wtopę), ale tego, że będzie ostatni w kwalifikacjach nie przewidywał chyba w najczarniejszych kalkulacjach. Ze statystycznego punktu widzenia spotkała go w każdym razie tylko jedna, wątpliwej urody, okrągłość. Nie zaliczył tych kwalifikacji po raz piąty w karierze.



Po prawie czterech miesiącach przerwy wrócił do Pucharu Tilen Bartol. Słoweniec pobił wyraźnie swój rekord sezonu, ale do wejścia do rundy finałowej piątkowego konkursu trochę brakło. Był to 60-ty w karierze konkurs Bartola. 35-ty, w którym musiał się obejść bez zdobyczy punktowych.
Zakończył w piątek karierę Anze Semenic. Zakończył godnie, bo punktami i to takimi, które pozwalają mu skończyć karierę z okrągłą sumką (punktów) w tle. Z 650-ma konkretnie, co daje Słoweńcowi w klasyfikacji najlepszych zwykłych punkciarzy aktualnie, na moją wiedzę, pozycję nr 212. Szału oczywiście nie ma, ale skoczków sklasyfikowanych w tym rankingu jest na dzisiaj 976-ciu, a iluś tam, i to nie stu albo dwustu, tych punktów przecież nie zdobyło w ogóle. To był 25-ty konkurs w karierze Słoweńca, kiedy zmieścił się w czołowej 20-tce zawodów.
Daiki Ito skakał jeszcze w sobotę w drużynówce, ale on również pożegnał się w ten weekend z Pucharem Świata. Mógł zakończyć karierę równo 250-ma konkursami i równo 20-ma zawalonymi kwalifikacjami. Z okazji nie skorzystał i, jak chodzi o oblane eliminacje do konkursu, to kończy z „oczkiem”. No i do 250-ciu konkursów też brakło…
Nie wchodząc w piątek do serii finałowej Norweg Robin Pedersen wyrównał swój bilans punktowanych i niepunktowanych konkursów. Na koniec sezonu jest po 23.
Już po raz piąty w karierze (czwarty w tym sezonie) Niko Kytoesaho ukończył zawody główne na miejscu 35-tym. Żadnej innej pozycji nie zajmował jeszcze tyle razy. Żadne inne okrągłości w Planicy Fina nie dotknęły.
Piątek był za to udany dla Arttiego Aigro. Najlepszy punkciarz w historii skoków estońskich zaliczył 15-ty swój punktowany konkurs w karierze. Az 20% z tych punktowań to sprawka Planicy. Tylko w Kuusamo Estończyk czuje się lepiej.
Przy okazji opisu piątkowego występu Fredrika Villumstada muszę powiadomić, że jednak zmieniłem zdanie. Jak ktoś skoczył w piątek bardzo słabo i w dodatku bez zaokrągleń, to mogę mu poświęcić tylko taki tekst jak ten. Więc po co?
Andrzej Stękała też skoczył bez zaokrągleń, ale przynajmniej przyzwoicie. Wyraźnie najlepiej w sezonie zresztą. Dlatego o nim wspominam.
Podobnie z Jakubem Wolnym. Żadnych statystycznych zaokrągleń się nie doszukałem. To najlepszy, oprócz MŚwL, występ Kuby w tym sezonie. Pierwszy raz tej zimy zdobył punkty klasyczne. Jeden, szczerze pisząc, ale zawsze. W Planicy Polak wystąpił w piątek po raz siódmy. I po raz siódmy zapunktował. Średnio zajmował tu miejsce ciut wyżej niż 17-te. Co oznacza, ze w piątek skoczył tu powyżej średniej. Wolny jest od piątku 205-tym skoczkiem, którego dorobek punktowy przekracza po tym sezonie więcej niż 700 zwykłych punktów. 705 ich uzbierał. Szkoda, że w tym sezonie było tego tak mało.
Najlepszy sezon w karierze Joacima Oedegaarda Bjoerenga. Mimo, że zdobył w nim tylko 7 punktów. Wszystkie w dwóch ostatnich konkursach sezonu, w których mógł brać udział. Strasznie stabilny w tych zdobywanych punktach jest. Punktował trzy razy w karierze. Raz za cztery i dwa razy po trzy oczka.
Mackenzie Boyd-Clowes zmierzył się w piątek z Pucharem Świata po raz 225-ty w karierze. Było to występ na tyle dobry, by przejść kwalifikacje i na tyle słaby, by nie wejść do finału.
Zadebiutowała na koniec sezonu megasensacja zimy poprzedniej, czyli Bor Pavlovcic. Szału nie wzbudził, choć po pierwszej serii był w piątek bardzo wysoko. Tak czy inaczej, Słoweniec podtrzymał serię. Skakał na Velikance po raz szósty i po raz szósty skakał w serii finałowej. To jest szósty sezon, kiedy Pavlovcic choć raz w sezonie występuje w zawodach PŚ. I szósty sezon z rzędu kończy zimę z punktami. Przy czym, będąc szczerym, tylko raz, w zeszłym roku, jego dorobek za sezon przekroczył 20 oczek. Za to ile razy!
Po raz 95-ty w karierze nie zdobył w konkursie punktów Simon Ammann. Jego największym sukcesem w Planicy jest chyba to, że nie ogłosił, że kończy karierę. Tylko nie wiem czy dla wszystkich jest to rozsądna decyzja. Dla mnie, jeśli ktoś zapyta, to owszem. Skoro nie chce, to nie ogłasza.
Nie wyszedł zupełnie pierwszy piątkowy konkursowy skok największej niespodziance końcówki sezonu – Finowi Eetu Nousiainenowi. Żeby było śmieszniej to to 40-te miejsce to i tak jego najlepszy rezultat na słoweńskim mamucie.
Bendik Jakobsen Heggli, który też jest odkryciem końca obecnego sezonu, punktował w Planicy po raz trzeci w tym sezonie. W drugiej serii go zdyskwalifikowano. Gdyby nie to, tych punktów byłoby z pewnością więcej. No, ale babcie wąsów nie mają.
Odnalazł się na koniec sezonu najmłodszy z Prevców. Szkoda, że tak późno. Piątkowe wysokie siódme miejsce (20-ty wynik biorąc pod uwagę całą karierę, ale dopiero 5-ty najlepszy na Velikance) było jego setnym punktowaniem w historii jego wszystkich startów w PŚ.
A teraz, w kolejności odwrotnej do miejsca zajętego na koniec sezonu, już ci, którym dane było wystąpić w rewelacyjnym, moim skromnym zdaniem, konkursie rozegranym w niedzielę.
Już 155-ty raz Michael Hayboeck wylądował w piątek w czołowej 20-tce pucharowych zawodów. W niedzielę, kiedy to przystępował do konkursu finałowego jako 37-my skoczek sezonu (notabene uważam, że możliwość występu w finale powinni mieć, bez względu na różne absencje, tylko ci, którzy zakończyli zimę na miejscach 1-30), po raz 10-ty w karierze zajął miejsce 10-te. Ciekawa rzecz. Aż pięć z 10-ciu lokat w czołowej 10-tce Hayboeck zajmował dotąd dokładnie 10 razy. Dziesięciokrotnie był już trzeci, szósty, siódmy, dziewiąty i teraz dziesiąty. Częściej jego nazwisko widniało w protokołach konkursowych tylko na pozycji 15 i 16 (po 11 razy).
 Kobajaszi Starszy i Gorszy pokazał w Planicy, że jest gorszy zdecydowanie. To jego niby trzeci najlepszy w karierze punktowo sezon i wcale nie aż taki najgorszy (zdobył w nim łącznie np. tyle samo punktów, co Marcin Bachleda w całej karierze), ale w Planicy żywcem był beznadziejny. W niedzielę dwa punkty zdobył tylko dlatego, że skakali w 30-tkę i że na skakanie zdecydował się Kilian Peier (czym mnie zresztą, przyznam się, zaskoczył).
Naoki Nakamura wypadł w Planicy mniej wiecej tak, jak Kobajaszi Gorszy. Ale przynajmniej może sobie dopisać po sezonie jedną okrągłość. 45-ty raz zdobył w niedzielę pucharowe punkty. W konkursie, w którym, podobnie jak starszego kolegi czy Hayboecka, powinno go nie być.
W niespecjalnie udanym stylu pożegnał się ze skokami narciarskimi Severin Freund. W piątek po raz 45-ty nie zdobył punktów. W niedzielę, w swoim 250-tym konkursie w I-ligowej karierze po raz 205-ty je zdobył, ale tylko dlatego, ze inaczej się nie dało. Więcej miejsca poświęcę mu, podobnie jak innym świeżutkim emerytom, w podsumowaniu sezonu.
Andreas Wellingen furory w tym roku w Planicy na pewno nie zrobił, ale pokazał się z solidnej strony. Najsolidniejszej z Niemców w każdym razie. Oprócz Geigera oczywiście. W niedzielę skoczek z Ruhpolding zapunktował po raz 140-ty w karierze.
Dla Gregora Deschwandena finał tegorocznego sezonu był 195-tym konkursem w karierze i równo 50-tym, który zakończył miejscem w trzeciej 10-tce.
Z dwóch planickich konkursów Dawid Kubacki dużo przyjemniej będzie  niewątpliwie wspominał ten niedzielny, który był też jego 275-tym pucharowym podejściem. Ale i w sobotnim Polak też zanotował sporą okrągłość. Dokładnie taką samą jak opisywany ciut wyżej Helwet. Kubacki, który ma na liczniku, było nie było, 23 pucharowe podia, w Planicy nigdy nie był wyżej jak szósty. Tym bardziej należą mu się brawa za niedzielne miejsce w 10-tce.
Johann Andre Forfang żadnych zaokragleń w miniony weekend nie zanotował, natomiast dzięki wynikowi uzyskanemu w niedzielę po raz siódmy w karierze przekroczył próg trzystu punktów w sezonie. To już musi budzić szacunek. Tym bardziej, że to dopiero ósma zima Norwega w cyrku.
Swój świetny sezon zakończył w niedzielę takimi sobie punktami Daniel Tschofenig. Zwracam uwagę na jedno. Ma na koncie 25 pucharowych podejść i w każdym przypadku kończyło się to udziałem w zawodach głównych. Tylko nieliczni wchodzili tak dobrze w karierę.
Słabiutka na koniec sezonu postawa większości Niemców. W tym Constantina Schmida, który do Planicy nie zdradzał zmęczenia sezonem. W Słowenii wyglądał jakby go jednak dopadło. Niemiec zakończył sezon niezbyt efektownie. Ale, mimo wszystko, w niedzielę zaokrąglił przynajmniej liczbę swoich obecności w trzeciej 10-tce konkursu. Do 30-tu.
Już trzeci raz w sezonie nie wszedł do konkursu Stephan Leyhe. W niedzielę miał to szczęście, że było tylko 30-tu skoczków, więc zapunktował. 140-ty raz w karierze w 175-tym pucharowym podejściu.
Po poprzednim weekendzie w Oberstdorfie wydawało się, że nic już lepszego w sportowym życiu spotkać Zigi Jelara nie może, a spotkało. Weekend w Planicy. W te dwa weekendy nie tylko zdobył ponad dwa razy więcej punktów niż przez całą resztę sezonu, ale też uzyskał cztery z pięciu najwartościowszych rezultatów w karierze, A w piątek, jako wisienka na torcie, przypadło mu, bezapelacyjne dodajmy, zwycięstwo w zawodach. W niedzielę Słoweniec zaliczył swój 70-ty I-ligowy konkurs. Po raz piąty zmieścił się w najlepszej szóstce zawodów. O takich drobiazgach jak zdobycie Małej Kryształowej Kuli za loty nie wspominam. Szkoda czasu:)
Kamil Stoch skakał w tym roku w Planicy dużo lepiej niż w zeszłym. I to jest ta dobra wiadomość, bo jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. W piątek miał miejsce jego 405-ty kontakt z Pucharem, odbył 385-ty konkurs w karierze, punktował po raz 325-ty, a po raz 85-ty wylądował w drugiej 10-tce zawodów. I już po raz 15-ty w karierze na miejscu 11-tym. W niedzielę na miejscu 14-tym znalazł się po rzaz piąty. Było to też 140-te punktowanie Polaka, kiedy nie zmieścił się w czołowej 10-tce.
Spuchł trochę pod koniec sezonu, rewelacyjny na pewnym jego etapie, Lovro Kos. Ale i tak może mówić o świetnym sezonie. W niedzielę skakał po raz 30-ty w I-ligowym konkursie i po raz 15-ty zmieścił się wśród 20-tu najlepszych.
Rewelacyjny austriacki weteran, 37-letni (przynajmniej rocznikowo) Manuel Fettner, w ostatni weekend sezonu też zasłużył na brawa. Najpierw, po raz 5-ty w karierze, udało mu się zamknąć czołową 10-tkę zawodów (to w ogóle pierwszy raz kiedy w Słowenii się w niej zmieścił), a zawody finałowe po raz 80-ty ukończył w drugiej 10-tce. Było to jednocześnie jego 195-te punktowanie w karierze.
Tak jak przewidywałem w poprzednim odcinku (nie było to zresztą nadzwyczaj trudne), Killian Peier nie potrafił w piątek przejść kwalifikacji i po raz 30-ty w karierze je oblał. W niedzielnym finale, jak się można było spodziewać, był ostatni. Szwajcar startował dotąd w Planicy pięciokrotnie. Trzy raz odpadał w eliminacjach, a dwukrotnie zdobywał punkty. Z prozaicznego powodu. W obu przypadkach były to finałowe zawody sezonu.
Po dwóch latach i dwóch tygodniach przerwy Peter Prevc znów znalazł się na pucharowym podium. I za dwa dni zdrowo poprawił. Piątkowe drugie miejsce i niedzielne trzecie nie przesunęły go jednak w żadnej z „medalowych” klasyfikacji wszech czasów ani o włos. Wśród killerów jest dalej 13-ty, a wśród pudli figuruje oczko wyżej. Ale za to zaokrąglił liczbę najniższych podiów. Do 15-tu. Skoczków którzy, tak jak on, przynajmniej po 15 razy stali na każdym z podiów, naliczyłem jeszcze 12-tu. W niedzielę Pero już po raz 135-ty w życiu zajął miejsce w najlepszej 10-tce zawodów. Słoweniec został też w piątek 10–tym skoczkiem w historii PŚ, który zdobył przez całą karierę więcej niż 9500 pkt. Ma ich po niedzieli 9602 i traci do 9-go Goldbergera już tylko 77 oczek.
Piotr Żyła miał niewątpliwie przed tegoroczną Planicą większy apetyt. Wyszło jak wyszło. W piątek po raz 10-ty w karierze skończył zawody na miejscu 18-tym. Konkurs finałowy natomiast był dla niego równo 330-tym pucharowym podejściem.
Dzięki świetnemu występowi w konkursie finałowym sezonu Jukia Sato trzeci sezon z rzędu kończy z dorobkiem ponad pięćsetpunktowym. Drugie miejsce w niedzielę to był jego trzeci najlepszy rezultat w karierze. W czołowej szóstce zawodów znalazł się Samuraj po raz 15-ty. Przekroczył też na koniec sezonu, jako 106-ty skoczek w historii, barierę 2000 pucharowych punktów. Przy czym jest 105-ty w rankingu. Przy równej liczbie oczek wyprzedza Petera Zontę lepszym bilansem zwycięstw.
Przeciętny koniec sezonu w wykonaniu Daniela Hubera zaowocował jednak dwoma okrągłościami statystycznymi. Najpierw w piątek po raz 25-ty ukończył konkurs w 10-tce trzeciej, a dwa dni później po raz 50-ty w drugiej. Ta bardzo przeciętna końcówka zadecydowała o tym, że Austriak nie pobił swojego rekordu punktów zdobytych w jednym sezonie. Rok temu był lepszy o 6 oczek.
Cene Prevc w pierwszy dzień weekendu się, jak na ten sezon, nie popisał. Po raz 20-ty w karierze wylądował w trzeciej 10-tce zawodów. W niedzielę było już zupełnie inaczej. Po raz 15-ty skończył w czołowej 10-tce. 20% tych miejsc w 10-tce to miejsca siódme. Wszystkie 3 razy wyskakał je w tym sezonie. Przystępując do kolejej edycji pucharowych zmagań średni z Prevców będzie miał na liczniku równo 80 pucharowych podejść.
Jan Hoerl jakby wydawał się Velikanki nie lubić. Dlatego jego dość słabe miejsca w obu planickich konkursach niespecjalnie dziwią. Ale jednego w Słowenii dokonał. Dołączył do grona skoczków, którzy przekroczyli w ciągu kariery punktowy próg tysiąca oczek. Zawodnik z Bischofshofen ma ich po Planicy 1007, co sadowi go aktualnie w tabeli wszech czasów na miejscu 173-cim. Ma identyczny dorobek punktowy jak Niemiec Siegmund, ale z wiadomych względów go wyprzedził.
Timi Zajc zaczął zdobywanie punktów w sezonie od czwartego miejsca i je na nim skończył. Nawet podwójnie. Zaokrąglił tym samym liczbę zajętych w karierze czwartych lokat do pięciu. To jego trzeci sezon, kiedy zdobywa co najmniej 600 pucharowych punktów. Zapomniałbym. Słoweniec wygrał tego dziwoląga o nazwie „Planica 7”.
Anze Lanisek, dzięki zajęciu w piątek trzeciego miejsca, awansował na 70-te miejsce wśród najlepszych pudli wszech czasów. Z wszystkich skoczków, którzy stali na podium razy 13 Słoweniec ma najsłabszy jakościowo „bilans medalowy”. Z wszystkich dwóch, bo jak się okazuje tyle samo pudeł na koncie ma jeszcze tylko Heinz Kuttin, którego ich bilans to 2-6-5, a Słoweńca 1-8-4. A Lanisek dodatkowo zaokrąglił Słoweńcem liczbę najniższych podiów do równych 70-ciu. W niedzielę 40-ty raz Słoweniec był obecny wśród najlepszych skoczków dnia. Był to zdecydowanie najlepszy weekend Laniska w historii jego występów w Planicy. Jego najwyższa dotąd pozycja na Velikance to lokata 14-ta w finałowym konkursie sezonu w zeszłym roku.
Markus Eisenbichler, wbrew pozorom, też startował w Słowenii. W piątek nawet zarejestrowałem jego drobną statystyczną okrągłość. Po raz 205-ty przymierzył się do Pucharu i po raz 195-ty wziął udział w I-ligowym konkursie. Niemiec zrobił w tym roku w Planicy to samo, co sezon wcześniej zrobił w niej Kamil Stoch. W zasadzie nie zrobił tego, czego Polak też w zeszłym roku nie zrobił. Mając na to ogromną szansę. Nie przekroczył bariery tysiąca punktów w sezonie, co przed weekendem wydawało się na wyciągnięcie ręki.
Stefan Kraft, ponieważ rzeczony tysiąc punktów osiągnął już tydzień wcześniej w Oberstdorfie, w Planicy mógł się skupić na czym innym. No i się skupił. Najpierw, w piątek, zaokrąglił liczbę swoich niepodiumowych miejsc w czołowej 10-tce do 75-ciu, a w niedzielę, przy okazji 230-go punktowania, liczbę lokat zajętych w najlepszej 20-tce do równych dwustu.
To były zdecydowanie dwa najlepsze konkursy w życiu Halvora Egnera Graneruda na słoweńskim mamucie. Nigdy wcześniej nie zajmował tu tak wysokich miejsc jak w piątek i niedzielę. Nawet w genialnym dla siebie sezonie poprzednim. Mimo to wypadł z podium generalki. Były już przypadki, ze ktoś z wyższą od Graneruda liczbą punktów nie stawał na końcowym podium, ale wtedy ktoś taki nie przegrywał o, bagatela, 4 oczka. Ja się, w przeciwieństwie do Stoeckla i kolegów z drużyny, jego frustracji nie dziwię. A jak na siłę szukać jakichś statystycznych zaokrągleń, to w piątek po raz 25-ty krnąbrny Wiking ukończył konkurs w 10-tce poza podium.
Niesamowity sezon (mistrzostwo olimpijskie, mistrzostwo świata w lotach) niesamowity tej zimy Marius Lindvik zakończył niesamowitym zwycięstwem na skoczni, na której do tego weekendu na 5 startów dwa razy, ze strachu, nie przystąpił do zawodów, a trzykrotnie nie wszedł do rundy finałowej. Trochę to podejrzane, szczególnie w kontekście sporego naburmuszenia Graneruda. Lindvik odniósł 5-tą wygraną w sezonie.  Było to jednocześnie 10-te podium tej zimy i 20-te w karierze. Ma też po Planicy na liczniku 60 konkursów, w których był w czołowej 20-tce.
Karl Geiger natomiast, co przewidywałem między wierszami już w poprzednim odcinku, nie zdobył Pucharu Świata mimo, że osiągnął (już w pierwszym z tegoweekendowych konkursów) barierę 1500 punktów w sezonie. Takich skoczków było, w całej historii cyrku, ledwie kilku. Ammann, Stoch, najstarszy Prevc, Kraft, Schlieenzauer, Kasai, Ahonen, Funaki. Ale tylko jego, Geigera, spotkało to po raz drugi. Niemiec ma w tej chwili na koncie 100 konkursów, które ukończył w czołowej 20-tce, ale poza podium.
Rioju Kobajaszi praktycznie już w piątek przesądził o tym, że Kryształowa Kula za obecny sezon trafi w jego ręce. Przy okazji, jako 28-my zawodnik w historii, przekroczył próg 6000 pkt uzyskanych w ciągu kariery. Ma ich, licząc już z niedzielą, 6045. W niedzielę, po raz pierwszy w karierze, zajął w I-ligowym konkursie miejsce ósme. Tym samym może się pochwalić, że zajmował już w pucharowych zawodach każdą z lokat w czołowej 15-tce.
Eurosport trąbił o tym przez pół piątkowej transmisji, ale z obowiązku trzeba o tym też napisać. Słoweńcy wyrównali w tym dniu najlepsze, w skali jednych zawodów, drużynowe osiągnięcie w historii Pucharu Świata. Po raz drugi w historii skoczkowie z jednego kraju zajęli w konkursie cztery pierwsze miejsca. Po raz pierwszy zrobili to Austriacy 42 lata temu w Thunder Bay, w pierwszej pucharowej edycji. Tyle, że nie były to prestiżowe zawody na koniec sezonu, tylko nieco kadłubowy konkurs, na który nie przyjechało wielu dobrych skoczków. Na przykład NRD-owcy czy Nykkaenen (co do tego ostatniego stuprocentowej pewności nie mam, ale skoro nie widzę go wśród 20-tu najlepszych zawodników obu kanadyjskich konkursów, to graniczy to z przekonaniem niemal całkowitym). A sytuacja, kiedy pucharowe podium zajęli w całości skoczkowie jednej nacji, miała w piątek miejsce już po raz, jeśli nic mi nie uciekło, 28-my. Z tego aż 16-krotnie była udziałem Austriaków. Przy czym Słoweńców dotyczyła bodaj po raz drugi. Wcześniej dokonali czegoś takiego sześć lat temu w Sapporo.


Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport