27 obserwujących
1286 notek
743k odsłony
  1816   5

Iga Świątek wciąż nie do zatrzymania!

Zaczynam się bać. Bać o to, że jeżeli nasze sportowe dobro narodowe się nie uspokoi i nie przestanie w końcu wygrywać  każdego spotkania, w którym bierze udział, to może ją to doprowadzić, i to już w najbliższym czasie, do samouwielbienia. Co może skutkować, tak przynajmniej dzieje się w znacznej większości tego typu wypadków, znaczną obniżką formy aktualnej tenisowej rakiety numer jeden świata. A przecież za miesiąc zaczyna się Wielki Szlem w Paryżu!
Więc tak się zastanawiam. Może by tak wreszcie przegrać jakiś pojedynek, żeby zmniejszyć presję, jaka niewątpliwie, i to w skali hiperbolicznej, z każdym wygranym meczem może narastać? To tak na marginesie i tytułem troski o przyszłość, bo teraźniejszość powodów do troski na pewno nie daje. Wręcz przeciwnie.
Iga Świątek wygrała godzinę temu czwarty turniej WTA (wysokiej rangi w dodatku) z rzędu. Wygrała go nie bez kłopotów. Tyle, że te kłopoty miała w ćwierćfinale (mniejsze) i wczoraj w półfinale (potężne). Dzisiaj, grając z aktualnym numerem cztery na świecie, czyli najwyżej rozstawioną z przeciwniczek, z którymi przyszło się Polce w Stuttgarcie zmierzyć, ustawiła sobie Sabalenkę, niczym Tyson Gołotę, w narożniku i biła jak w bęben (może trochę przegiąłem, ale co mi tam). Nie ma się więc co dziwić, że w tym meczu do jednej bramki wygrała w dwóch krótkich setach 6:2, 6:2.
Po wczorajszym półfinale popełniłem na Salonie tekst, w którym wyraziłem opinię, że jeśli Iga dzisiaj wygra, to znaczy, że aktualnie o dwie klasy przerasta konkurencję. Nie może więc dziwić fakt, że w tej chwili tę opinię w całej jej rozciągłości podtrzymuję i że się z nią nawet zgadzam.
Iga te wszystkie panie rzeczywiście ma w tej chwili w kieszeni. Co nie znaczy, że jakiegoś meczu nie przegra. Dużo jej zresztą we wczorajszym meczu z Samsonową nie brakowało. Natomiast zieje wręcz od Polki pewnością siebie i niekwestionowaną klasą. Jeśli nie będzie jakiejś, nie umiem sobie wyobrazić czym spowodowanej, katastrofy, to ja naprawdę i przy szczerych chęciach, nie widzę powodów, żeby Polka nie zaszalała również w Madrycie, Rzymie i Paryżu. Nie musi od razu wszystkich tych turniejów wygrać, bo jak trafi przykładowo na szaloną Jabeur albo Samsonową we wczorajszej formie, to wszystko jest możliwe, ale drżyjcie rywalki. Wszystkie bez wyjątku. Bardziej niż dotychczas bo, po sobotnim półfinale, współczynnik pewności Igi, że można wyjść z każdej sytuacji wynosi najprawdopodobniej jeden. A że umiejętności również oscylują w okolicach maksimum, to…
Ładne to Porsche, nie powiem. Przy okazji odniosę się do zachowania dzisiejszej finałowej rywalki Świątek. No arogancja tych niektórych ruskich i ruskopodobnych jest niebywała. Nie dość że była od naszej trzy razy gorsza i nie dorastała jej w tym meczu do pięt, to jeszcze się obraziła. Na wszystkich. Na Igę, że wygrała, na publikę, że kibicowała Polce (a komu miała, łukaszenkowska pupilko?) i na organizatorów, że jej, mimo porażki, też Porsche nie podstawili. Niech się cieszy, że jej publika po każdym zagraniu nie wygwizdywała, a zamiast tego biła brawo i próbowała, bez skutku zresztą, dopingować do lepszej gry.
Dobrze ujął to wszystko po meczu mąż Agi Radwańskiej Dawid Celt, który to spotkanie współkomentował. Nie zostawił na Białorusince i jej zachowaniu suchej nitki. Brawo, brawo, brawo! Zawsze podejrzewałem, że Aga musi mieć dobry gust. Teraz to wiem.
Dość przepraszania Rosjan i ich akolitów za to, że bez gry nie otrzymują przynależnych im, z definicji przecież, hołdów z tytułu ratowania świata przed faszystowską Ukrainą. Bo oni, Rosjanie i Białorusini, przecież tak cierpią i składają codziennie ofiary. A świat, ten zły, egzemplifikowany głównie przez Stany, Polskę i podobne takie, nie wiedzieć po co powstałe, twory, w ogóle nie jest w stanie tego ogarnąć.
Wracając do naszej Polki-Demolki. Wygrała 22-gi* mecz z rzędu na poziomie turniejów WTA. Takiego wyniku nigdy (słownie: NIGDY) nie osiągnęła nawet Lepsza Williams**. Jest parę lepszych w tym względzie w historii ale, oprócz Navratilovej, są realnie do pobicia. Oczywiście to jest tylko statystyka. Dużo ważniejsze jest to, że polska tenisistka od dwóch miesięcy nie ma sobie równych w całym świecie. I to, że od dwóch miesięcy jest prawdziwym, nie jakimś rankingowym tylko, numerem jeden na świecie. Bez jakiejkolwiek dyskusji. Bo rzeczywiście nikt na świecie nie gra od niej w tym roku lepiej w tenisa.

*- tak naprawdę powinno być 23-ci, ale mi się palec na klawiaturze opsnął, a potem, przy autokorekcie, jak zobaczyłem zapis 22, to zmieniłem resztę z "-ci" na "-gi" :)

** - de facto jest inaczej, ja to podawałem za komentatorami Canal+, a potem wyszło, że Serena ma na koncie aż 34 wygrane z rzędu

Lubię to! Skomentuj96 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport