27 obserwujących
1338 notek
791k odsłon
  1065   5

Świątek w półfinale, Lewandowski w transie

Nasz tenisowy nr 1 na świecie przekroczył dziś w nocy kolejny próg. Trzeci raz w sezonie Iga awansowała do przynajmniej półfinału turnieju Wielkiego Szlema. Po półfinale w Melbourne i zwycięstwie w Paryżu, w Nowym Jorku jest już też co najmniej w najlepszej czwórce zawodów.

Ciesząc się oczywiście ogromnie z tego największego w historii polskiego tenisa ery open sukcesu na ziemi amerykańskiej, nie sposób nie zauważyć, że styl, w jakim ten wielki sukces został odniesiony, był znacznie słabszy od stylu prezentowanego przez Polkę podczas wspomnianych dwóch poprzednich turniejów. A od tego w Paryżu to ze dwie półki.

Pytanie jest następujące. Czy ten styl ma znaczenie? Chyba ma. W każdym razie w tenisie znacznie bardziej niż w piłce nożnej. Może niepotrzebnie? Nie zastanawiamy się bowiem nad tym jaką jakość prezentowaliśmy 50 lat temu na Wembley. Wspominamy wynik i jego, wspaniałe skądinąd, reperkusje. To dlaczego mamy tak nie zrobić w wypadku nocnego meczu Igi? Żartuję oczywiście, bo forma w tenisie, moim skromnym zdaniem, nie musi przerastać treści, ale powinna być jednak do niej z lekka dopasowana. Oczywiście wyjątki, w postaci pojedynczego meczu, są dopuszczalne, ale już kilka spotkań z rzędu granych w kiepskim stylu tenisowym tuzom splendoru nie dodaje.

Żeby nie było, że się tylko niezdrowo i niezasłużenie podniecam, to jednak parę zdań komentarza na temat samego meczu napiszę. Do pierwszego seta w wydaniu Polki żadnych większych zastrzeżeń mieć nie można. Przełamana zaraz odrobiła straty, a potem, w mniejszym lub większym stopniu, panowała nad sytuacją, wygrywając wszystkie gemy do końca partii. 6:3 i, na dodatek, przełamanie rywalki na inaugurację partii drugiej. I tu się zaczęło…

Drugi set skończył się tie-breakiem. Na 12 poprzedzających go gemów tylko dwa, słownie dwa (każda z pan wygrała po jednym) zakończyły się zwycięstwem serwujących. Nie wchodząc w szczegóły i nie siląc się na żadne głębsze analizy, bo nie o to chodzi, to ćwierćfinał turnieju Wielkiego Szlema zasługuje jednak na to, by występujące w nim strony zaprezentowały w nim określony poziom jakości. Tego w tym drugim secie nie zauważyłem. Panie męczyły się ze sobą nawzajem, a każda jeszcze osobno ze sobą samą, jakby odbywały na korcie karę za czyny popełnione poza nim. Na szczęście w tenisie wprowadzono kiedyś instytucję tie-breaka, dzięki czemu mecz nie trwa do tej pory (u mnie jest 8.31 a.m.) i mógł się skończyć przed trzecią. Dlatego o 8.31 możemy świętować niewątpliwy wielki sukces Igi i zastanawiać się nad jej szansami w półfinałowym meczu, który będzie miał miejsce już najbliższej nocy. Polka trafia na Sabalenkę. Sabalenkę, która w drugiej rundzie cudem pokonała Kanepi, ale w czwartej wygrała ze znajdującą się tutaj w bardzo dobrej formie Collins, a w ćwierćfinale rozwalcowała Pliszkovą. Więc mamy ciepło. Ale jest jeszcze druga strona medalu. Taka, że Polka grała z Białorusinką w tym roku już trzy razy i za każdym razem obiła ją niczym Tyson Gołotę. Więc rywalka może już mieć uraz psychiczny. Tym bardziej, że psychikę ma raczej, wbrew wyglądowi, wątłą. Zresztą. Pegula w końcu też prezentowała się we wcześniejszych meczach tegorocznego US Open lepiej od naszej, a przyszło jej dzisiaj polec.

Przy czym byłoby jednak znacznie przyjemniej, żeby Iga, jeśli ma ten półfinał wygrać, zaprezentowała się dobrze nie tylko od strony końcowego wyniku, ale tak w ogóle. A potem, w finale, niech zagra na miarę finału z Rzymu’21. Jeszcze raz brawo i… czekamy na lepszy tenis.

Drugi nasz sportowy bohater narodowy grał zainaugurował tymczasem, wraz z Barceloną, występy w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Zrobił to w stylu do Igi zgoła odmiennym. Strzelił trzy piękne gole (przy czym przynajmniej jednego z nich przy innym rywalu by pewnie, przyznajmy, nie strzelił) i od samego początku lideruje tabeli strzelców tegorocznej edycji rozgrywek. Nie wiem jak długo ta, mająca miejsce od drugiej kolejki La Ligi, sielana między nim a całą Katalonią (może za wyjątkiem kibiców Espanyolu) potrwa i czy będzie to tylko miesiąc czy cały rok miodowy, kto wqie czy nie cztery lata nawet, ale na chwilę obecną można z całą odpowiedzialnością przyjąć, że opuszczenie Bawarii przez Polaka było strzałem nie w 10-tkę, a w 11-tkę. Nie wiem jak Lewy i jego zespół wypadną za kilka dni w bezpośredniej konfrontacji z Bayernem w Monachium, ale w tym momencie mają uzasadnione prawo do optymizmu. W każdym razie na pewno nie będą przystępować do tego spotkania w roli Kopciuszka, w jakiej grali w sezonie poprzednim. Tak na Camp Nou jak i na Alianz Arenie.

Robert strzelił wczoraj w drugiej połowie już 8-go gola dla Barcy w sezonie, licząc tylko LL i LM. Ja wiem. Haaland strzelił jeszcze więcej. Ale, po pierwsze, nikt oprócz niego, a po drugie zobaczymy jak Norweg wytrzyma sezon zdrowotnie. W Borussi miał z tym duże kłopoty. Ja mu życzę oczywiście dużo zdrowia, ale nie wiem czy zdzierży cały sezon bez kontuzji. Na jego korzyść przemawia to, że nie jedzie na MŚ i wtedy, kiedy inni będą się zarzynać, on będzie mógł porządnie wypocząć, ale to jest tylko jedna strona medalu. Nie jest tak odporny na urazy jak Polak, a w Premier League dalej gra sporo rzeźników. Nie pisząc już o intensywności wszystkich ichnich rozgrywek krajowych.

Przy czym o zmęczenie Lewandowskiego meczami w Katarze niekoniecznie będziemy musieli się martwić, bo najprawdopodobniej po trzech meczach nasza reprezentacja wróci do kraju. Oczywiście chciałoby się, żeby było inaczej, ale obiektywnie rzecz oceniając wypada tak założyć.

Na razie jest lepiej niż dobrze. Wszelkie obawy o Lewego związane z jego zmianą klubu, okazały się bezpodstawne. I niech tak już zostanie. Na wieki wieków amen.

Wreszcie, na miarę talentu, spisał się w meczu z rywalem z najwyższej półki niewymieniony (choć też powinien był być) w tytule Piotr Zieliński. Dwa gole i genialna asysta w meczu z Liverpoolem mogą skutkować nawet poważną propozycją gry w drużynie Kloppa. Pytanie czy Napoli będzie chciało go teraz, to znaczy w zimie, najdalej w lecie, sprzedać. I czy Zieliński będzie chciał, bo to też może być problem. W każdym razie o takiego Zielińskiego my walczyli. A nie o mazgaja, którym po każdym występie reprezentacji Polski byle Tomaszewski se gębę będzie wycierał.

Dobra. Trzeba się po południu dobrze wyspać, bo o 3 w nocy mecz Igi. Dwa poprzednie mecze były wygrane, ale bez jakości. Do trzech razy sztuka. „Na przysłowiach polegaj jak na Zawiszy”. I tej dewizy się trzymajmy.


Lubię to! Skomentuj72 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport