W tym roku, takie sygnały wysyłali przed Turniejem, już na pewno miało być inaczej i paskudna passa miała być, na 100%, przełamana.
Nasi zachodni sąsiedzi prezentowali w drugiej połowie grudnia (nie analizując dogłębnie tego, z czego, przynajmniej po części, mogła ona de facto wynikać) wielką formę. Wygrane trzy z czterech (dwa razy Geiger, raz Paschke) ostatnich przedturniejowych konkursów i do tego jeszcze, to już od samego początku sezonu, parę miejsc na konkursowym podium oraz tuż za nim. Dodatkowo bardzo dobry występ prawie całej drużyny w inauguracyjnym konkursie Turnieju w Oberstdorfie (zwycięstwo Wellingera, w ścisłej czołówce Raimund i Geiger, niewiele gorzej Paschke). Przychodzi Garmisch, gdzie mają dodatkowo grupę krajową, i niewiele z tego wynika. Przeciwnie. W stawce, która może się liczyć w finale na Trzech Króli, pozostaje tylko Wellinger. A po Innsbrucku prawie pewne staje się, że jego szanse na pokonanie Wielkiego Samuraja są bardziej iluzoryczne niż rzeczywiste. O czym przekonaliśmy się definitywnie w Bischofshofen. Najpierw w kwalifikacjach, a potem już dzisiaj, w konkursie. I znów niemieckie nadzieje pryskają i zostają odłożone, przynajmniej na rok, do szuflady. Tymczasem 27-letni ledwie Rioju dobija do duetu Stoch-Recknagel sadowiąc się wraz z nimi, ex aequo, na czwartym miejscu wśród najbardziej utytułowanych zwycięzców turnieju (Wirkola też ma trzy wygrane Turnieje, ale oprócz tego był jeszcze trzy razy na końcowym podium, więc jest trzeci za Aho (5 zwycięstw) i NRD-owskim dopingowiczem Weissflogiem - 4).
Rioju Kobajaszi wpisał się dziś do ksiąg statystycznych Turnieju jeszcze z jednego powodu. Jest pierwszym w historii skoczkiem, który wygrał T4S czterokrotnie lądując w konkursach na miejscu drugim. Takiego przypadku jeszcze nie było. Trzykrotnie w historii skoczek narciarski w postaci Hannawalda, Stocha i tegoż Rioju, wygrywał we wszystkich czterech konkursach. Kilka razy było już tak, że zwyciężał w Turnieju zawodnik, który nie wygrał żadnej jego składowej (najbardziej spektakularna z tych sytuacji miała miejsce w roku 1972, ale to temat na inne opowiadanie). Ale żeby wygrać cały Turniej będąc w poszczególnych konkursach za każdym razem drugim, to dzieje się po raz pierwszy.
Po dwóch weekendach obecnego sezonu napisałem, że będę zdziwiony, jeśli Kraft do końca T4S nie wyprzedzi Ahonena w liczbie konkursowych miejsc na pudle, a obu naszych najwybitniejszych w historii skoczków w liczbie pucharowych zwycięstw. Dziś tym aż tak zdziwiony nie jestem, ale wypada odnotować, że po dzisiejszym triumfie Austriakowi do pobicia rekordu wszech czasów Wielkiego Mruka brakuje już tylko jednego, słownie: JEDNEGO, pudła a do wyniku Małysza i Stocha już tylko trzech zwycięstw. Notabene Kraft zrównał się dziś w liczbie zwycięstw z Ahonenem właśnie i wspólnie piastują piąte miejsce (za Schlierenzauerem, Nykaenenem i dwoma Polakami). I jeszcze jedna, niezbyt miła dla nas, Polaków, ze statystycznego punktu widzenia, rzecz. Otóż jak chodzi o zdobytą w całej karierze liczbę pucharowych punktów, to Kraft dzięki dzisiejszemu zwycięstwu wyprzedził był właśnie w tym zakresie Adama Małysza. Po zawodach w Bischofshofen na jego koncie jest 13076 zwykłych (czyli liczonych tak jak obecnie) pucharowych punktów, a nasz emerytowany mistrz wywalczył ich łącznie o 6 mniej. Zresztą. Tylko patrzeć jak Kraft wyprzedzi też Kamila, który po dzisiejszych zawodach ma ich w dorobku łącznie 13377, tj. o 301 więcej niż skoczek z Austrii. Obecna forma obydwu zawodników wskazuje na to że, jeśli nie nastąpi trzęsienie ziemi, to trzeba się będzie liczyć z tym, że jeszcze w tym sezonie, i to nie dalej jak w lutym, Kraft Stocha i tutaj wyprzedzi. Jego i, przy okazji, Kasaiego, który tych punktów przez całą karierę zgromadził na dziś dzień, wg moich obliczeń, o 106 więcej od Stocha. Wtedy przed Kraftem będzie już tylko Janne Ahonen, którego skoczek z Salzburga powinien „łyknąć”, jeśli wciąż będzie w wysokiej formie, za najdalej dwa sezony. Fin uzbierał w ciągu kariery 15786 oczek. 2710 więcej niż ma ich dziś Kraft. Średnia Austriaka za poprzednie pięć sezonów to 1260 pkt. W tym będzie znacznie większa. A przypomnijmy, że w sezonie 2020/21, ze względu na dokuczającą mu kontuzję, nałapał „tylko” 429 punktów.
No to na koniec słowo o naszych. W końcu, po austriackich konkursach Turnieju, możemy o nich napisać parę cieplejszych zdań. Przy czym, żeby nie urośli za bardzo w piórka, nie ma co przesadzać. Skaczą lepiej niż miesiąc czy nawet dwa tygodnie temu, ale miejsca w drugiej, a bardziej w trzeciej, 10-tce to nie jest to, do czego nas przez parę ostatnich lat, przyzwyczajono. Jedynie Zniszczoł zaczyna skakać na poziomie z poprzedniego sezonu. I przy jego nazwisku można, szczególnie po T4S, postawić plusa. Reszta naszych reprezentantów w PŚ wciąż skacze dużo gorzej od tego, co pokazywała w poprzednich latach. Kota z tych dywagacji w ogóle wyłączam, bo to w tej chwili co najwyżej drugoligowiec.
Przez najbliższe dwa weekendy Puchar Świata przenosi się do Polski. Do Wisły, Szczyrku i Zakopanego. Jeśli i tu nie będzie zdecydowanej poprawy, to już do końca zimy bym się wiele nie spodziewał. No bo gdzie nadrabiać, jak nie na obiektach, które się zna jak własną kieszeń?
1121
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (30)