HareM HareM
115
BLOG

Fantastyczny (i zwycięski!) turniej Kamila Majchrzaka

HareM HareM Sport Obserwuj notkę 4
Polak wygrał turniej ATP 250 w Hertogenbosch!

Kuleje Iga, bardzo blado wypada w ostatnim czasie nasza, jeszcze do bardzo niedawna, druga rakieta Magda Fręch (dziś, na ten przykład, odpadła w kwalifikacjach do Berlina), nie może dojść do siebie po kontuzji Hurkacz. Myślałby kto, że nasz tenis w odwrocie. A tu „równo prawda” (wymiana „g” na „r” moja, tak żeby się admin nie przyczepił i z powodu cytatu tekstu mi nie skasował), jakby to powiedział dla jednych sławny, dla innych (np. dla mnie) mniej, ksiądz Tischner.

O Mai Chwalińskiej pisano przez ostatni tydzień bardzo dużo. Ja też pisałem. Wystarczy. Trza dziewczynie dać od siebie chwilę odpocząć. Okazuje się jednak, że polski tenis nie tylko nią w tej chwili stoi.

Zupełnie przyzwoicie, może nawet znacznie lepiej, wypadła na inaugurację sezonu trawiastego Magda Linette. W Hertogenbosch, w pierwszym swoim tegorocznym kontakcie z trawą, dotarła aż do półfinału, gdzie musiała uznać wyższość nie byle kogo, bo zwyciężczyni Wimbledonu sprzed dwóch lat, Czeszki Krejcikowej. Polka nie miała, co prawda, we wcześniejszych fazach turnieju zbyt trudnych rywalek, ale już sam fakt dojścia tak daleko w jakimkolwiek turnieju, to nie jest ostatnimi czasy dla naszej reprezentantki aż taki chleb powszedni. Delikatnie pisząc. Zresztą. Wygrane z Birrell czy Sonmez może na kolana nie rzucają, ale swoją wagę mieć mają. Ponadto kto kazał Potapowej czy Tauson przegrywać z Angielką czy Turczynką? O ile wiem, na pewno nie Polka, bo pewnie chętnie by sobie na tak dysponowanej Dunce czy Austriaczce (ha, ha, ha!) w bezpośrednim meczu poużywała i miała w CV cenne zwycięstwo. Tak, że pod nieobecność Świątek i Chwalińskiej, honoru polskiego żeńskiego tenisa broniła w tym tygodniu Magda Linette i ta obrona była, można to stwierdzić z pełną odpowiedzialnością, skuteczna.

Jednakże polskim asem wyciągniętym z rękawa okazał się w Hertogenbosch Kamil Majchrzak. Nasz tenisista przeszedł tam sam siebie. Nie mogliśmy znów specjalnie liczyć na Hurkacza, który odpadł już w pierwszej rundzie z 76. w rankingu Węgrem Fucsovicsem. Majchrzak nam to, po wielokroć, wynagrodził. Polak, po powrocie z tenisowej Syberii, już w zeszłym roku zdradzał ciągoty do znacznie lepszego grania niż wcześniej. I faktycznie dużo lepiej grał. Przełożyło się to zresztą na wyniki. Nie tylko w turniejach, gdzie głównie grano o pietruszkę (musiał w nich uczestniczyć, żeby poprawiać ranking). W Wimbledonie dotarł aż do rundy czwartej, w US Open do trzeciej. Potem niestety złapał kontuzję, po której jakby z lekka przystopował.

W Holandii, bo Hertogenbosch jest właśnie tam, zaprezentował się jeszcze lepiej niż rok temu w Londynie. Zobaczmy bowiem, kogo rozkładał na łopatki. Po kolei. Najpierw Fin Virtanen, z którym tydzień wcześniej przegrał półfinał w którymś z challengerów. To musiało dać naszemu zawodnikowi lekkiego kopa. Zawsze taki udany rewanż, chcąc nie chcąc, samopoczucie poprawia. Następnie, tak na dotarcie się, będący nieco dalej w rankingu (205) Australijczyk McCabe. No i potem to już „sól tenisa”. Niemal najlepsi z najlepszych. Rozstawiony z turnieju z jedynką, światowa czwórka, Francuz Auger-Alliaisme i pewne 2:0. Równie pewna wygrana z Miedwiediewem, obecnie niby ósmym (po turnieju awansował o jeszcze jedną pozycję i jest siódmy) tenisistą globu, ale parę lat temu nawet numerem 1 na świecie. No i wreszcie finał z wyjątkowo niewygodnym graczem, jakim jest Australijczyk de Minaur. W Hertogenbosch rozstawiony z dwójką, w rankingu ATP aktualnie, tak przed jak i po finale z Polakiem, numer sześć na świecie.

To są, proszę Państwa, wyniki, zarówno jak chodzi o wygraną w turnieju takiej rangi, jak i pojedyncze zwycięstwa z graczami o tak wysokiej pozycji w stadzie, jakich Majchrzak nie notował nigdy w życiu. Dało mu to, też nienotowane wcześniej w historii jego startów w ATP, 47 miejsce w aktualnej hierarchii. W tym tygodniu jest to najwyższy skok z wszystkich graczy czołowej dwusetki klasyfikacji. Do skoku Mai Chwalinskiej po turnieju w Paryżu może trochę brakuje, ale… za chwilę mamy kolejnego Wielkiego Szlema i można dalej gonić:).

Oczywiście nie ma się co podniecać i bić piany. Majchrzakowi daleko jeszcze do pozycji jaką, swego czasu, miał wśród tenisistów Hubert Hurkacz. Tak jak zresztą Chwalinskiej do pozycji, nie tylko niegdysiejszej, ale również tej aktualnej, Igi Świątek. 

Natomiast nie odnotować tego faktu, który jest jego, jeszcze raz powtórzę, jego największym zawodowym sukcesem i w polskim tenisie, myślę o występach indywidualnych, czymś, tu sypnę eufemizmem, nieszczególnie częstym, byłoby zwyczajnie grzechem.

Ponieważ, jak powszechnie wiadomo, ja od takiego grzesznego życia stronię, więc siłą rzeczy musiałem ten tekst z siebie wydusić.

A teraz, po spełnieniu tej oczywistej oczywistości, idę zobaczyć, acz niechętnie, jak Hiszpanie znęcają się nad drużyną z Wysp Zielonego Przylądka. Ten Infantino to ma fajnie. Może do tej Ameryki spokojnie jachtem czy łódką z Europy się przemieszczać. A nawet wpław. Bez względu na pogodę. Co ma bowiem wisieć, nie utonie.


HareM
O mnie HareM

jakem głodny tom zły, jakem syty to umiem być niezły

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Sport